Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
Blog > Komentarze do wpisu

Gorący pies po polsku

Kto by pomyślał, że po burzy przychodzi słońce, a po chujowym dniu z chujowymi kierowcami przychodzi zajebisty dzień z zajebistymi pilotami... A plan był zupełnie inny.

W planie miałem luzacki wyjazd najdłuższą i najwyższą kolejką linową na świecie. Kolejka wyjeżdża na 4600 m, zbudowali ją Niemcy (a jakże!), ale znajduje się w Wenezueli. W Mierdzie. Ups, w Meridzie. No ale skoro jest w Wenezueli, to ciągle musi coś z nią być nie tak. I znowu jest zamknięta. Tym razem wywiesili anuncio. Od 23 do 26 stycznia cerrado por mantenimiento. Znaczy zamknięte. Naprawiają. Ch wam w D, zawsze można zrobić coś innego, w końcu Mierda to adventure capital of Venezuela. Więc poszedłem do jednej z pobliskich agencji, do tej samej, która dwa lata temu załatwiła mi dwa tygodnie bólu w okolicach ogonka. No i okazało się, że można sobie polatać. Dokładnie tak, jak 2 lata temu. Nawet w tym samym miejscu.

Lot miał być o 3 po południu, więc postanowiłem spróbować innego "naj" i zrobić lodzika. Jest tu taka lodziarnia, która figuruje w Księdze Rekordów Guinessa jako ta, która ma najwięcej na świecie smaków lodów. Ponoć są nawet lody o smaku hamburgera. Dla mnie prawdziwym rekordem byłoby, gdyby to był smak hamburgera z Baru Rab. Ale nie dane mi było tego sprawdzić. Lodziarnia czynna od 2:15 pm. A ja o 3 pm miałem lot, którego nie chciałem przegapić. Parapente, czyli paralotnia.

Dwa lata temu latało się fajnie, ale jakoś bez emocji. Tym razem było zupełnie inaczej. Pilot był młodszy, miał więcej jaj, przy okazji czegoś się dowiedziałem na temat teorii i praktyki latania paralotnią, no i porobiliśmy kilka fajnych, 360-stopniowych obrotów. Co prawda to nie to samo, co altonen na lotnisku w Kluczewie, ale za to obracamy się paręset metrów nad ziemią. Więc lot był naprawdę dużo, dużo lepszy niż ten dwa lata temu.


Przy okazji dowiedziałem się, że w Meridzie (a raczej w jej okolicach) jest tor kartingowy. Ale pojeżdżę tam następnym razem. Po paralocie wychlaliśmy cały zapas piwka w lokalnym sklepie, a potem poszliśmy do baru. Tego samego, w którym byłem wczoraj. To ponoć najlepszy w mieście. Yyyyyyy. To ja chcę do Rockera :)

Ale po drodze trafiłem na zabawną ciekawostkę. W ulicznym stoisku sprzedają perros calientes. Czyli gorące psy, albo inaczej hot-dogi. No i jest też hot-dog po polsku. Perro caliente polaco.


Nie różni się specjalnie od hot-doga po niemiecku, może ma inną parówę w środku. Ale zjadłem, smakowało mi, a sprzedawca zrobił baaardzo zdziwioną minę, kiedy usłyszał, że zamawiam tego gorącego psa tylko dlatego, że sam jestem Polaco. A tak to cudo wygląda:


sobota, 26 stycznia 2008, lachmani

TrackBack
TrackBack URL wpisu:








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...