Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
Blog > Komentarze do wpisu

To miejsce jest bez sensu

Misio z Sok Lim Tours z zapałem nas informował dzień wcześniej, jaki to pazerny jest ten zły pan z ochrony środowiska, co załatwia przejazd do Bokoru, i że musi być 5 osób w grupie, bo mu się inaczej nie opłaca. Jednak kiedy grupa uzbierała się 7-osobowa, jakoś nie kwapił się, żeby trochę opuścić z tych 40 dolków od osoby. No ale nic to, aktualnie chłopak jest monopolistą, więc zdziera, ile może.

Mieliśmy trochę problem, żeby zdążyć z Kep Lodge do Kampotu na zbiórkę o 8:30, bo nasza 4-osobowa polska ekipa poruszała się 4 razy wolniej, niż każdy z osobna. Ale dzwonnik-podróżnik powyprzedzał trochę na czołówkę i byliśmy na czas. Oczywiście okazało się, że i tak musimy czekać na leniwych Hiszpanów, którzy jeszcze jedli śniadanie. A tak naprawdę to mogliśmy spokojnie wyjechać godzinę później, bo i tak musieliśmy czekać godzinę, aż nam zbudują drogę.

To nie pomyłka. Na drodze do Bokoru (brzmi prawie jak Mordor) trwają wielkie prace budowlane. Wieść gminna niesie, że jakiś kambodżański bogacz, właściciel firmy, która bogaci się na turystach tłumnie odwiedzających Angkor, dostał zgodę na budowę nowego ośrodka wypoczynkowego, hotelu, kasyna czy czego tam jeszcze w środku parku narodowego. Niemożliwe? Ale prawdziwe. No i prace się właśnie zaczęły. Żeby jednak coś sensownego zbudować na górze, trzeba najpierw zrobić drogę. No i właśnie ją robią. Po rozmachu prac należy przypuszczać, że będzie to czteropasmowa autostrada. Na razie karczowane są drzewa, no i robione miejsce na późniejszą drogę. A miejsce to jest robione w miejscu istniejącej, wąskiej drogi, zbudowanej jeszcze przez Francuzów w 1920 roku, i od tego czasu chyba nie naprawianej. Więc w trakcie prac pojawiają się momenty, kiedy droga przestaje na jakiś czas istnieć. Spychacze i koparki przesypują tony ziemi z miejsca na miejsce, a po jakimś czasie odtwarzają drogę. Albo coś na jej kształt.

Czekaliśmy więc godzinę, aż nam zrobią w miarę równy kawałek terenu, po którym będziemy mogli przejechać dalej. Czas ten upłynął mi na ćwiczeniu mojego żałosnego hiszpańskiego. Może dzięki temu, kiedy wrócę do szkoły, nie będę specjalnie odstawał od poziomu reszty mojej grupy. Dziewczyny pewnie znowu wakacje spędzały w Hiszpanii i solidnie poćwiczyły. No to ja sobie poćwiczyłem hiszpański w Kambodży.

Kiedy już droga została tymczasowo odbudowana, pojechaliśmy dalej. Od wjazdu do parku na szczyt, a właściwie płaskowyż, jest 32 km. Więc da się to zrobić na rowerze, zwłaszcza, że podjazdy nie są zbyt strome - problem tylko w tym, że oficjalnie nie można tam wjechać. Ale jeśli ktoś się postara, to może się uda. Czekam na relacje.

Na górze byliśmy około południa, i zaczęliśmy zwiedzanko. Szczęśliwie nasz nieudolny przewodnik, którego angielszczyzna była zbliżona do mojej kambodżańszczyzny, zostawił nas w spokoju i mogliśmy sobie pochodzić bez jego zbędnego towarzystwa. A Bokor to miejsce, które najlepiej zwiedzać samemu, albo przynajmniej w małych grupach. Klimat jest dość niesamowity - masa opuszczonych budynków, niektóre całkiem zrujnowane, niektóre (jak największy i najbardziej bezsensowny budynek kasyna) nadal w całkiem niezłym stanie. Jest nawet kościół (katolicki, a jakże). Jako ciekawostkę mogę dodać, że w tymże kościele przez jakiś czas stacjonowali Czerwoni Khmerzy, i ostrzeliwali Wietnamczyków, którzy z kolei stacjonowali w kasynie, położonym paręset metrów dalej.

Z tym ostrzeliwaniem mogli faktycznie mieć problemy, bo na płaskowyżu Bokoru pogoda zmienia się z minuty na minutę. Są chwile słońca, ale przeważnie są chmury, które wiatr z dużą prędkością przegania po otwartym terenie. Kiedy widoczność się poprawia, widać morze i równinę u stóp gór. Kiedy nadchodzą chmury, widoczność spada prawie do zera. Generalnie sceneria rodem z horroru. Niestety podczas naszej wizyty soundtrack był wyjątkowo nieciekawy - na placu budowy, kilkaset metrów od kasyna, napierdalał (to jedyne właściwe słowo) młot pneumatyczny. W końcu przestaliśmy go słyszeć, ale atmosfera horroru nie była do końca taka, jaka być powinna.

Pierwsze wrażenie, które mi się nasunęło na widok sporego, porośniętego pomarańczowo-zielonymi porostami budynku kasyna, brzmiało: Ten budynek jest bez sensu. Wygląda to jak jakiś szalony sen architekta-żabojada, bo ten budynek w ogóle nie pasuje do tego kambodżańskiego górskiego pustkowia. Ale powody, dla których Francuzi zbudowali to właśnie w tym miejscu, są proste - w latach dwudziestych wynalazek pod nazwą klimatyzacja jeszcze nie istniał. Jedynym sposobem na ucieczkę od kambodżańskiego upału (a wierzcie mi, ten bywa naprawdę męczący) był wyjazd w góry. Prawdziwych gór w Kambodży nie ma, ale jest Bokor, wznoszący się na 1079 m n.p.m. Więc Bokor musiał wystarczyć.

Nie trzeba wielkiej wyobraźni, żeby sobie stworzyć w głowie obraz tego, co tam się musiało dziać za francuskich czasów. Ponoć ci, którzy roztrwonili majątki życia w kasynie, często rzucali się od razu ze specjalnie dla nich przygotowanej skały. Ci, którzy wygrywali, mogli się upajać wygraną - zapewne w ciekawym towarzystwie - w pokojach na pięterku.

Połaziliśmy sobie po tych ruinach ze dwie godzinki, chociaż chciałoby się więcej. Ale niestety trzeba było wracać. Zdążyliśmy jeszcze na mini-posiłek w budynku strażników parku (którzy raczej niezbyt się zajmują strzeżeniem czegokolwiek), a potem na pickupa i z powrotem w dół. Zabawa z odbudową drogi oczywiście się powtórzyła, ale tym razem czekaliśmy nieco krócej. No i koło piątej byliśmy z powrotem w Kampocie, biedniejsi o 40 dolków, ale bogatsi o ciekawe wrażenia i odrobinę hiszpańskojęzycznej praktyki. Mam nadzieję, że kiedy już droga zostanie zbudowana, to uda mi się wjechać na ten cholerny Bokor na rowerze.

środa, 22 października 2008, lachmani

Polecane wpisy

  • Wakacje w Kambodży

    Na tę piękną zimową niedzielę mam dla Was wakacyjną opowieść sprzed kilku lat. Opowieść o krótkim, tanim, ale całkiem ciekawym wypadzie na kambodżańskie plaże .

  • Bokorek-horrorek plus praktyczne info

    Przy okazji cięcia tego filmu uświadomiłem sobie, że została mi jeszcze masa gównianych filmików do obrobienia, nie tylko z Indochina Beach Tour, ale też z Born

  • Wqrviacz zimową porą

    Już się zdążyliśmy przyzwyczaić, że jak spadnie 5 cm śniegu, to prondu ni ma . Tym razem linie pourywały się gdzieś w okolicach Szczecinka i Białogardu. Ale bia

TrackBack
TrackBack URL wpisu:








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...