Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
Blog > Komentarze do wpisu

Dakar jednak w Afryce

Sprawdziłem to na własnej skórze. Dakar na pewno leży w Afryce, a nie na Atacamie, niezależnie od tego, co Wam wmawiają w telewizji. I skoro już trochę znam drogę, to chętnie tu kiedyś znów przyjadę, tym razem jakąś wypasioną, kolorowo pooklejaną terenówką. Na sponsorskie oferty czekam już teraz: ponizejmilionanieschodze@g.pl

Ostatni odcinek zapowiadał się sofciarsko - dzień zacząłem od śniadania i basenu, potem przyjechała taksówka, nawet mało poobijana, i miała mnie zawieźć na dworzec gruchotów. Po drodze padały różne propozycje - że za 35 tysięcy franiów (50 euro) gość mnie zawiezie prosto do Dakaru, a nie na dworzec gruchotów za 2500 franiów. Że może 25 tysięcy, ale weźmiemy jakiegoś innego pasażera. Ale padła też propozycja, że może wolę jechać normalnym autem, np. Mietkiem, a nie busz-taksówką/taxi-brousse/sept-plackiem. Ostatecznie nie był to Mietek, tylko Nissan z rozbitą przednią szybą. Oprócz mnie było tylko dwoje pasażerów - wysoka dziewczyna z wyprostowanymi włosami, obwieszona kilogramami złota, i równie wysoki koleś, jak się okazało potem - jej mąż. Cena dogadana: 7000 franiów - całkiem OK, biorąc pod uwagę, że sept-placek kosztuje 5000. No to jedziemy.

Nie, zaraz. Najpierw stacja benzynowa. Potem trzeba wrócić po jakieś papiery. Potem coś nie sprzęga z autem. Jedziemy do przydrożnego warsztatu, gdzie uwaleni olejem po pachy goście wciskają piach w rozebrane silniki. Zanim wyjechaliśmy z Saint Louis (które nie jest dużym miastem), minęła godzina. Potem szło nam nieźle, postoje były tylko trzy - jeden na jedzenie, jeden na kupowanie owoców, i jeden na kupowanie innych owoców. A potem już nie było postojów, tylko jeden wielki korek, który zaczął się kilkanaście kilometrów przed Dakarem. Ten korek to musi tam być permanentne zjawisko - tak twierdzili moi współpasażerowie, i było to widać po zachowaniu ulicznych sprzedawców. W korku można kupić wszystko. Od owoców i napojów, przez piłki do gry w szmaciankę i koszulki Manchester United, do płyt CD i plakatów z podobizną Wielkiego Przywódcy, który zdaje się właśnie zmarł. Nie wiem, jak mu na imę czy nazwisko, ale jak poczytam trochę w sieci, to Wam powiem. W każdym razie jego naznaczona upływem czasu twarz spogląda ze sporej ilości senegalskich billboardów.

Jazda w korku trwała ze trzy godziny, potem już tylko przesiadłem się do taksówki i zatłoczonymi ulicami pojechałem do hotelu Oceanic. To ponoć jedna z najlepszych opcji, jeśli chodzi o tanie noclegi w Dakarze. Oczywiście jeśli 30 euro za jednoosobowy pokój to dla kogoś tanio. No ale innego wyjścia nie było. Dobrze przynajmniej, że dostałem wielki apartament zamiast jakiejś ciasnej klitki. I w związku z tym relacji z dakarskiego życia nocnego nie będzie. Bo po prostu padłem na pysk.

Rano za to poszedłem trochę pochodzić po tym całym Dakarze. Nie bardzo rozumiem, co tam jest takiego, że co roku wszyscy tam jeżdżą tymi terenówkami. Miasto jak miasto, z tym, że dość ciekawie położone, bo na półwyspie wbijającym się w Atlantyk. A ponieważ półwysep jest wąski u podstawy, i dopiero na końcu się rozszerza, to jest tam tylko jedna droga i stąd te korki. Ale widać, że jakaś autostrada jest w budowie.

Przeszedłem się kawałek, cyknąłem kilka drętwych fotek, powalczyłem z wyjątkowo natrętnymi ulicznymi sprzedawcami czegokolwiek, a potem wsiadłem na statek i wraz z liczną bandą białasów i lokalnych turystów popłynąłem na wyspę Goree. To ponoć wielkie centrum handlu niewolnikami, ale jak tam przypłynąłem, to żadnego handlu nie było. Może dlatego, że niedziela. Znaczy handel był, ale nie niewolnikami. Można było kupić różnej maści lokalną cepelię, i - sądząc po tym, co miały ze sobą białasy na powrotnym statku - cepelia ta cieszy się sporym powodzeniem. Wyspę można leniwym krokiem przejść wzdłuż i wszerz w godzinę, jest trochę kolonialnej architektury, muzeum historyczne, resztki armat i skały. To ponoć bardzo ważne miejsce w historii niewolnictwa w czarnej Afryce, ale ponieważ nie mam z tym haniebnym procederem absolutnie nic wspólnego (moja Przenajświętsza Ojczyzna też nie - mam nadzieję), to moja wiedza na ten temat jest znikoma. I podobnie znikome jest moje zainteresowanie tym tematem.

Potem jeszcze spożyłem ostatnią wieczerzę, zakupiłem kilka butelek senegalskiego piwka, wsiadłem w taksówkę i pojechałem na lotnisko, które okazało się równie syfiaste, jak cała reszta senegalskich instytucji transportowych. Najlepsze, że za brudny i zaszczany kibel każą sobie płacić, a za małą butelkę wody kasują półtora euro. Na szczęście przemyciłem własną. Nie odmówiłem sobie jednak przyjemności skonsumowania paru piwek za ostatnie zachodnioafrykańskie franie.

Iberia, na której ostatnio wieszałem psy, pozytywnie mnie zaskoczyła - miałem sporo miejsca na nogi i do Madrytu nawet wygodnie mi się leciało. A potem wreszcie ujrzałem to, czego mi przez ostatnie tygodnie najbardziej brakowało...

I założę się, że nikt nie zgadnie co to takiego. Nie był to berliński kebab, który ucieszył mnie jak małego dzieciaka, i nie był to nawet zachód słońca, którym przywitała mnie Przenajświętsza Rzeczpospolita wraz ze swoim Pływającym Ogrodem. Niniejszym ogłaszam: Dakar 2009 zakończony!

poniedziałek, 02 lutego 2009, lachmani

Polecane wpisy

  • Udało się. Dojechaliśmy do Dakaru.

    Aż mi się nie chce wierzyć, że 8 miesięcy po powrocie udało mi się wreszcie uporać ze wszystkimi filmami z dakarskiej wycieczki. Wnioski mogą być dwa: albo niep

  • U Świętego Ludwika w Afryce

    No dobra, my tu gadu gadu w radio, a czas leci. Chciałoby się zacytować piosenkę Dr. Hackenbusha , ale tam dużo brzydkich słów jest, więc się powstrzymam. Od mo

  • Tylko piach

    No może nie tylko, ale prawie. Poniższy, ekstremalnie nudny film jest o piachu, przez który trzeba przejechać, żeby dotrzeć do Dakaru. Generalnie piach zaczyna

TrackBack
TrackBack URL wpisu:








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...