Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
Blog > Komentarze do wpisu

Nasza-szkapa na wulkanie

Pobyt w Manili urozmaiciliśmy sobie wycieczką do wulkanu Taal, leżącego jakieś 2 godziny drogi na południe od miasta. Wulkan jest dość niezwykły, bo wewnątrz głównego, rozległego krateru znajduje się spore jezioro, a na środku jeziora - wyspa. To nie koniec. Na wyspie są dwa kratery, a w jednym z nich... Tak. Kolejne jeziorko. Zielonkawe. I nawet ma jakąś wyspę, tyle że już bez kolejnego krateru z jeziorem.

Na krawędzi zewnętrznego krateru leży Tagaytay, miasteczko, w którym przechwycił nas lokalny naganiacz proponujący transport na wyspę. Za 1500 peso zostaliśmy zapakowani do tricykla i zawiezieni na przystań. Po drodze zdążyliśmy złapać kapcia w przednim kole, ale kierowcy to nie przeszkadzało za bardzo. Na przystani wsiedliśmy do łódki, która zawiozła nas na wyspę. Łódki z dodatkowymi "pływakami" po bokach kadłuba, noszące lokalną nazwę bangka, występują wszędzie na Filipinach, ale ich jeziorna odmiana była jakoś wyjątkowo bezmyślnie zaprojektowana, bo cała woda rozpryskiwana przez kadłub trafiała do jego wnętrza. Więc na wyspę dotarliśmy kompletnie mokrzy. Mimo to natychmiast zaatakowali nas lokalni oszuści, próbujący nam wcisnąć przejażdżkę do krateru na jakiejś wymęczonej, starej szkapie. Twierdzili przy tym, że krater jest "very, very far, five kilometers, sir". Nic to, że na tabliczce jest wyraźnie napisane, że odległość to 1700 metrów i że idzie się 45 minut średnim tempem. Fakt, że pod górkę, fakt, że w kurzu i w upale, ale przeciętny emeryt jest w stanie ten dystans pokonać i nie umrzeć na serce. No chyba, że z wrażenia, kiedy zobaczy krater i jeziorko. Co nie zmienia faktu, że spora liczba turystów woli pomęczyć trochę szkapę niż spocić się odrobinkę, i dociera do punktu widokowego katując biedne zwierzęta.

Wśród tych turystów była ekstremalna ekipa, najprawdopodobniej rodem z Japonii. Każdy z członków ekipy był wyposażony w odzież, obuwie i akcesoria pozwalające wytrzymać w dowolnym miejscu naszej planety, a zapewne również całego Układu Słonecznego, bez plam potu, bez przemoczenia, oraz bez jedzenia i picia przez 52 tygodnie. Oddychające koszulki, nieprzemakalne spodnie, ultralekkie buty z poduszkami powietrznymi, zegarek z wbudowanym GPSem, odtwarzaczem mp17 oraz dostępem do internetu, plecaki ze spadochronami, noktowizyjne okulary, kamery wideo Full HD ze 120-krotnym zoomem - to wszystko wyglądało, jakby zostało zakupione specjalnie na tę jedną ekstremalną wyprawę. Taal Volcano Extreme Challenge 2009. Żaden z elementów ekwipunku nie tylko nie nosił najmniejszych śladów zużycia, ale nie było na nim nawet odrobiny brudu. Być może ekwipunek był również brudoodporny, ale bardziej prawdopodobne, że członkowie ekstremalnej ekipy w liczbie chyba 6 zostali na brzeg krateru wyniesieni w hermetycznych, klimatyzowanych lektykach. Kiedy bowiem przeszli kilka ostatnich metrów piechotą, przy akompaniamencie przeraźliwej muzyki wydobywającej się z najnowszego modelu telefonu, o jakim w zacofanej Europie jeszcze nie słyszano, na muskularnej klatce piersiowej lidera ekipy pojawiły się jednak plamy potu. Zapewne z wrażenia, że jakiś spocony białas kazał mu wyłączyć muzykę.

Poza tym na wulkanie nie działo się nic specjalnego. Nie licząc widoku zielonkawej wody w jeziorku, który sfotografowałem chyba ze 100 razy. Taki tam widok. Dzień jak co dzień.

Droga powrotna przez jezioro była jeszcze bardziej mokra niż w tamtą stronę, ale przynajmniej na końcu czekało nas miłe zaskoczenie - kierowca tricykla wymienił przednie koło! Więc daliśmy się zawieźć z powrotem do Tagaytay, a stamtąd przyszło nam jechać w korku 3 godziny zwykłym, nieklimatyzowanym autobusem do Manili. I wszystko byłoby OK, gdyby nie jeden detal - z głośników w autobusie dobiegały dźwięki o natężeniu przekraczającym próg ludzkiej tolerancji. Na początku dźwięki towarzyszyły jakiemuś amerykańskiemu filmowemu gniotowi klasy F, w którym w ciągu 15 minut wszyscy główni bohaterowie umarli kilkanaście razy, ale potem pojawiali się znów bez śladu krwi, brudu, ani nawet potu. Zapewne mieli ekstremalne japońskie koszulki. Niestety potem na ekranie pojawiło się jakieś arcydzieło filipińskiej kinematografii, z którego nie dało się zrozumieć wiele ponad to, że ktoś w szpitalu pomylił noworodki, a głównymi bohaterami byli dwaj kompletni imbecyle, śpiewający od czasu do czasu piosenkę z refrenem "Pamela One, Pamela Two, Pamela Three, Pamela Four". Do Manili wróciliśmy kompletnie wypompowani mentalnie.

środa, 15 kwietnia 2009, lachmani
Tagi: Azja

TrackBack
TrackBack URL wpisu: