Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
Blog > Komentarze do wpisu

Wielki Piątek jak co roku

Po wczesnej pobudce, oczywiście przesadzonym śniadaniu, na które mama Con podała nam głównie jajka w różnych postaciach, oraz po kilku tricyklowo-jeepneyowych przesiadkach znaleźliśmy się w dziurze o nazwie Bacolor, gdzie na niewielkim kawałku pola naprzeciwko kościoła na krzyżach wisieli już pierwsi nieszczęśnicy. Od samego rana we wszystkich miejscowościach po drodze było widać rozchlapujących krew biczowników z czerwonymi plecami i zasłoniętymi twarzami.

Kiedy dojechaliśmy do San Fernando, biczowników była już cała masa. Niektórzy wchodzili w tłum, bryzgając wokoło czerwonymi kroplami, a tłum rozbiegał się w popłochu. Niektórzy wyglądali na wyraźnie znieczulonych alkoholem, co zresztą zostało potwierdzone wieczorem w trakcie konwersacji z lokalnym miodem o lekko zmaltretowanych plecach. Nawet przyzwoicie te jego plecy wyglądały.

Ponieważ już to widziałem 3 lata temu, to nie zrobiło to na mnie jakiegoś większego wrażenia. Byłem tylko mocno zaskoczony, kiedy kilku chłopaków zaczęło dość mocno okładać pięściami biedaka niosącego krzyż. Nie dowiedziałem się, czy to był element wygłupu, czy może koleś im czymś podpadł, ale wyglądało to na poważną przemoc.

Zanim dotarłem na miejsce ukrzyżowań, czekała mnie jeszcze kolejna pseudopedofilska przygoda. Na straganie przy ulicy siedziało kilka bardzo młodych dziewcząt, które na mój widok zaczęły na mnie pokrzykiwać "Hey Joe!". To taki standard w odniesieniu do białasów. Ale najodważniejsza, na oko 14-letnia, posunęła się nieco dalej. "Hey Joe, give me a kiss!". Co było robić... Efektem była niesamowita radość całej gromadki. Mam tylko nadzieję, że to nie jest karalne, i że żadni fanatyczni obrońcy moralności nie będą mnie prześladować za moje delikatne zboczenia. W końcu gość, który wcina ugotowane, nienarodzone kaczki, całuje młode dziewczynki i fotografuje swoje stopy, nie może być całkiem normalny. Może też powinienem się trochę pobiczować?

Rafał z Maciejem wcisnęli się na krzywego do strefy dla VIPów i dziennikarzy, ale ja nie dałem rady. Powiedzieli, że zboczeńców wpuszczają tylko po rejestracji, a rejestracja już była zamknięta. Ustawiłem się więc przy samym płocie przed krzyżami, w miejscu pozbawionym jakiegokolwiek cienia. Zanim jeszcze cała "ceremonia" się rozpoczęła, byłem kompletnie mokry, a pot ściekał mi nawet po nogach. Przede mną jakaś chora na głowę Holenderka modliła się o raka skóry. Niestety pojawiły się chmury, które od czasu do czasu dawały chwilę wytchnienia, i być może raka nie będzie.

Jezus Chrystus kazał na siebie czekać w upale ponad godzinę. Zanim się pojawił w towarzystwie całego orszaku rzymskich żołnierzy ze złotymi, plastikowymi hełmami, Matki Boskiej, Marii Magdaleny i MC Hammera vel Młotkowego, na Golgotę wchodzili kolejni biczownicy z czerwonymi plecami, klękali przed krzyżem i mamrotali pod nosem swoje modlitwy. Jeden z nich był tak zakręcony, że zamiast na pagórek z krzyżami trafił w sam środek tłumu koło mnie, wzbudzając ogólną panikę. Dopiero jakaś litościwa dusza skierowała go we właściwą stronę.

Kiedy już pojawił się Jezus, poszło szybko. Dwóch towarzyszy przywiązano do bocznych krzyży (na razie bez przybijania), potem MC Hammer wcisnął Jezusowi gwoździe w dłonie, poprawił młotkiem, krzyż postawiono do pionu, MC Hammer na dokładkę wbił dwa gwoździe w stopy, któryś z żołnierzy wcisnął plastikowy grot włóczni pod Jezusowe żebra, i w tym momencie zgromadzony tłum miał parę minut na fotki i filmy. Od agencyjnych fotoreporterów z wypasionymi, obłędnie długimi teleobiektywami i profesjonalnymi kamerami na wielkich statywach, do lokalsów próbujących coś zarejestrować komórkami, wszyscy pstrykali i kręcili. Pewnie jakby to wszystko podliczyć, wyszłoby paręset tysięcy czerwonawych zdjęć. Zupełnie nie wiem, po co aż tyle.

Potem Jezusa obwiązali białą szarfą, zdjęli z krzyża i gdzieś popędzili. Nie widziałem dokąd, bo tłum mi zasłaniał. Za to do jego dwóch towarzyszy dołączył trzeci, MC Hammer znów się wziął do roboty, i za parę minut wszyscy w trójkę wisieli  z przebitymi dłońmi i stopami, spoglądając z góry na rozchodzący się powoli tłum. Bo po Jezusie wszyscy stracili zainteresowanie i poszli się napić i coś zjeść. Nawet mimo tego, że głos z głośników informował, że w kolejce czeka jeszcze więcej kandydatów na Chrystusa.

My też zrezygnowaliśmy z oglądania kolejnych Chrystusów i poszliśmy się napić, bo ileż można stać na polu w upale i kurzu. Niestety porwała nas podejrzana couchsurfingowa ekipa pod przewodnictwem nieco ciepławego gościa o pseudonimie DJ, która wywiozła nas do jakiejś meksykańskiej knajpy w położonym nieopodal mieście Angeles, głównym filipińskim kurwidołku, gdzie na ulicach widać tylko starych, grubych białasów i młode filipińskie prostytutki. Jedzenie było dobre, ale otoczenie - średnie. Na dodatek potem musieliśmy znowu kilkoma jeepneyami kulać się z Angeles do domu rodzinnego Con. Wróciliśmy tak wymęczeni, jakby to nas krzyżowano i biczowano.

Ale to nie był koniec Wielkiego Piątku, bo została jeszcze platformerska procesja. Niektóre platformy były naprawdę okazałe, a według naszej zgodnej opinii zdecydowanie wygrywała platforma z białymi piórami, kojarząca się bardziej z jakąś rewią niż z Wielkim Piątkiem. Platformy wolno toczyły się przez miasteczko, za każdą z nich szła grupa ludzi ze świecami, były jakieś bębny, trąby, śpiewy i noszenie krzyży na plecach. Wszyscy wystrojeni w najlepsze ciuchy, szczególnie przyjezdna rodzina naszej gospodyni, więc i ja ubrałem się najbardziej odświętnie, jak tylko mogłem. Znaczy założyłem wygniecionego, ale w miarę czystego białego t-shirta.

piątek, 24 kwietnia 2009, lachmani
Tagi: Azja

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...