Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
Blog > Komentarze do wpisu

Strata czasu

Nie żebym twierdził, że wizyta w Cuenca jest stratą czasu. Wręcz przeciwnie. Bardzo fajne to miasteczko, z kolonialną architekturą i sporą ilością imponujących kościołów. W niektórych nawet znajome postaci można spotkać. Jedynym większym minusem tego miasta jest zdecydowanie nadmierny ruch (a raczej bezruch) samochodowy na wąskich uliczkach starówki.

Strata czasu była spowodowana zbyt dużą ilością potwornie niezdecydowanych gringos w naszej wesołej ekipie. A to może bym kupiła sobie aparat (oczywiście z pomocą Lachmana jako eksperta od gównianych aparacików), a to może coś innego byśmy zjedli, a może śniadanie, a może kawka, i w ten sposób ucieka pół dnia. Drugie pół zostało spożytkowane (i zdecydowanie nie zmarnowane) na załatwienie sprawy najwyższej wagi. Czyli biletów lotniczych do żółwiego cyrku o tajemniczej nazwie Galapagos.

Ciekawa sprawa z tymi lotami na wyspy. Latają tam 3 linie lotnicze, w tym dwie główne: AeroGal i TAME. Obie mają swoje strony internetowe, na których - teoretycznie - można kupić sobie bilet. Teoretycznie, bo kiedy próbowaliśmy to zrobić, wychodziło nam, że najbliższe wolne miejsca są w połowie lutego. Spowodowało to lekki atak paniki, bo wszyscy twierdzili, że z biletami na Galapagos żadnego problemu nie ma, a tu nagle klops. Okazało się jednak, że chociaż strony linii lotniczych mówią co innego, to bilety owszem są, ale do kupienia za pośrednictwem pośredników. Czyli biur podróży.

No więc odwiedziliśmy ich kilka w kolonialnej Cuence, i po długich dyskusjach wśród niezdecydowanych gringos zakupiliśmy bilety, sztuk 4, w tamtą stronę na wyspę Santa Cruz, a z powrotem z wyspy San Cristobal. Za jedyne 400 dolków bez paru nędznych groszy.

Kiedy to już zostało załatwione, przyszedł czas odprężenia i rozrywki, czyli spożywania napojów wyskokowych w lokalnych spelunach. W weekendowe wieczory główna rozrywkowa ulica Cuenki, ulica Długa (Calle Larga), jest zamykana dla ruchu, a po zamkniętej ulicy szwendają się tłumy lokalnej młodzieży, gdzieniegdzie tylko upstrzone białawymi mordami gringos. Więc dodatkowo upstrzyliśmy lokalny barowy krajobraz naszymi białawymi mordami. Nawet zabawne to było, zwłaszcza, że z jakiegoś nieznanego mi powodu moja nie całkiem biała morda wzbudzała całkiem spore zainteresowanie płci przeciwnej. Do tego stopnia, że zdarzyło się coś, czego nie pamiętam od baaardzo długiego czasu - na serwetce przyniesionej przez kelnera dostałem numer telefonu jakiejś lokalnej gwiazdeczki, która wcześniej ukradkowo zerkała w naszą stronę z sąsiedniego stolika. Ja rozumiem, że kuenkańscy macho-konusy nie są zbyt atrakcyjni, ale dziewczyny mogłyby sobie jakichś młodszych i piękniejszych gringos upatrywać jako obiekt pożądania. W każdym razie, głównie w związku z porannym wyjazdem, nie przeżyłem żadnej gorącej latynoskiej przygody. Jednak poranny wyjazd nie przeszkodził nam zaliczyć jeszcze jakiejś dogorywającej imprezy tanecznej. Ponoć nieźle nam szło. Jak na gringos oczywiście.

Następnego dnia zdążyłem jeszcze przejść się po centrum, zajrzeć do kościoła, fotek parę cyknąć, a potem trzeba było się na dworzec udać. Droga do Galapagos prowadzi przez Guayaquil. A Guayaquil leży na poziomie morza. Więc nagle zrobiło się gorąco i wilgotno. I tak już miało zostać. 

środa, 10 lutego 2010, lachmani

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...