Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
Blog > Komentarze do wpisu

Zabiłem lwa i wcale nie jestem z siebie dumny

Po rewelacyjnym nurkowaniu z młotami miała miejsce pijacka impreza, w związku z którą kanadyjska część naszej gringoekipy nie była w stanie ruszyć tyłka z wyra rano. My jednak, prawdopodobnie dzięki polskiej krwi nieustraszenie płynącej w naszych żyłach, powstaliśmy z martwych, i o 8 rano byliśmy już na łodzi, która płynęła na wyspę o wdzięcznej i dźwięcznej nazwie Floreana. Miało być fajnie i sympatycznie, jednak krótko po wyjściu z portu w Puerto Ayora w coś przywaliliśmy. Uderzenie było głuche, a woda za łodzią zabarwiła się na czerwono. Kapitan łodzi wzruszył ramionami, wymienił opinie na temat potencjalnej ofiary (- Zółw? - Nie, za cicho było. - Lew? - Chyba lew. - Silnik OK? - OK.) ze swoim pomagierem, i popłynęliśmy dalej. Nastroje nie były zbyt wesołe, ale oczywiście szybko wszyscy zapomnieli o tym niemiłym incydencie. Prawie wszyscy. Nas ten incydent skłonił do posępnych rozważań na temat tego, czy czasem Galapagos nie należałoby całkowicie zamknąć dla wszelkich turystów. Ale na pisemne rozważania przyjdzie jeszcze czas.

Floreana przywitała nas deszczem i wściekłymi falami, które nie bardzo nam chciały pozwolić wejść do wody podczas pierwszego snurkowania. Kiedy najodważniejszym udało się wejść, okazało się, że widoczność pod wodą jest bliska zeru. Zobaczyliśmy tylko jednego wielkiego lwa morskiego i pół żółwia. Poszliśmy więc na obiad. Dalej lało. Wsiedliśmy na łódź. Lało. Popłynęliśmy w kolejne miejsce, wskoczyliśmy do wody. Przestało lać, ale znów nic ciekawego pod wodą nie było - druga połowa żółwia i ze trzy ryby. Już byliśmy przekonani, że wyrzuciliśmy 65 dolków w błoto, a raczej w mętną morską wodę.

Na szczęście w planie było jeszcze jedno pływanko z rureczką. Zanim dotarliśmy na miejsce, wyszło słońce, a kiedy tylko wskoczyliśmy do wody, natychmiast przypałętała się do nas rodzinka lwów morskich. Radość nasza nie znała granic. Najpierw czułem się trochę nieswojo, bo to jednak spore zwierzaki, a samce ponoć potrafią chapnąć w obronie swojego terytorium. Ale to na lądzie - pod wodą gryzą tylko durnych starych Holendrów, próbujących ich dotykać bez zaproszenia. No i może czasem spróbują ugryźć żółtą obudowę podwodną w rękach Lachmana.

Zabawa z lwami dostarczyła mi tyle radości, że nie tylko nie chciałem wyleźć z wody, ale też zmieniłem całkowicie zdanie na temat tego dnia. Chociaż szczerze mówiąc wycieczki na Floreanę nie polecam. Są lepsze, tańsze i bardziej dostępne miejsca do pływania z lwami i żółwiami. Na przykład na San Cristobal.

Nie mam żadnych sensownych zdjęć z Floreany (bo padało), i nie mam żadnego sensownego filmu (bo nie mam kiedy go ulepić), więc tym razem musi wystarczyć jedna marna podwodna fotka (do tego nie z Floreany) oraz ten sam filmowy wqrviacz-zapowiadacz.

sobota, 13 lutego 2010, lachmani

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...