|
Blog > Komentarze do wpisu
Zaginiony wulkan odnaleziony w Rio. Riobamba.Skoro dalej padało, a wulkanu nie udało się zobaczyć, trzeba było spadać z Baños. Więc spadliśmy do Rio. Znaczy do Riobamba. Po drodze czekała nas śmieszna niespodzianka. Nasz autobus okazał się być totalnym gringobusem. To znaczy nie było w nim żadnych lokalsów, tylko same białasy. Na dodatek białasy, które zachowywały się jak stado zagubionych we mgle baranów. Postanowiliśmy w związku z tym napisać i nagrać nową wersję "Enter Sandman" z refrenem kończącym się słowami "Off to Gringo, Gringoland". Światowa premiera wkrótce. Głównym powodem, dla którego gringos przybywają do Rio, jest pociąg. Cud ten ekwadorskiej techniki podąża krętą trasą w dół wąwozu zwanego Nariz del Diablo, czyli Nos Diabła. Brzmi groźnie. Do tego jeszcze jakiś czas temu można było jeździć na dachu, co nadawało tej kolejowej przejażdżce dodatkowego adrenalinogennego wymiaru. Niestety, komuś adrenalina za mocno uderzyła do łba. Ponoć jakiś japoński turysta przesadził z entuzjazmem i z dachu zdjęły go jakieś druty albo inna przeszkoda. Niech spoczywa w pokoju. Od tamtego czasu na dachu się już nie jeździ. Na dodatek pociąg przestał być pociągiem, a stał się szynobusem. Nie tylko odebrało mu to wszelką magię, ale odebrało też masę miejsc turystom. W szynobusie jest tylko 40 miejsc. A to oznacza, że o bilety jest dość trudno. Niby można wcześniej zarezerwować, na przykład przez jakiś hotel, ale to nie zawsze działa. O kupieniu biletów na miejscu można zapomnieć. To znaczy owszem, można je kupić, ale zwykle na następny tydzień dopiero (pociąg jeździ 3 razy w tygodniu). W dniu naszego przyjazdu (czwartek) najbliższe wolne miejsca były na środę. Stwierdziliśmy zgodnie, że chromolimy szynobus i czekać nie będziemy. Postanowiliśmy za to wybrać się na kolejny wulkan. Chimbo (tak pieszczotliwie nazwaliśmy Chimborazo, najwyższą górę Ekwadoru) leży całkiem niedaleko Rio, i oczywiście można sobie zafundować rowerowy zjazd w dół. Trafiliśmy do (rekomendowanej przez Biblię) agencji ProBici, która czasem używa też innej nazwy. Zapomniałem jakiej. Agencja miała dwa plusy: fajne trasy (inne firmy robią masówę pod tytułem zjazd szutrem z wulkanu do bramy parku, a potem asfaltem w dół) oraz naprawdę wypasione rowery. Tarczowe hamulce, porządne amortyzatory, wszystko elegancko zadbane. Jedynym problemem był właściciel i przewodnik w jednej osobie. Wszechwiedzący, gadatliwy, upierdliwy i nadopiekuńczy. Dość powiedzieć, że dobieranie rowerów, kasków i rękawic dla naszej czwórki trwało jakieś półtorej godziny. Następnego dnia rano ruszyliśmy jeepem w stronę Chimbo. Wszystko odbywało się według utartego schematu wulkanicznej wycieczki rowerowej - wyjazd na górę, krótki beztlenowy spacerek do schroniska na 5 tys m n.p.m. i z powrotem, przesiadka na rowery i jazda w dół. Tym razem byliśmy bardzo ostrożni, ponieważ poprzedniego dnia nasz kolega Dżerry oraz jego koleżanka-rodaczka zaliczyli solidne wywrotki. Koleżanka wyszła z tego bez szwanku, ale Dżerry'emu wyrósł garb, a właściwie trzeci pośladek. Nam udało się przetrwać bez wywrotek, mimo przemożnej chęci rozwijania poddźwiękowych prędkości na długich, wyboistych zjazdach. Były też podjazdy, na których płuca przypominały o tym, że do poziomu morza jest jeszcze ponad trzy kilometry. Ale ogólnie dotarliśmy do mety w San Juan w pełni usatysfakcjonowani, witani radosnymi pokrzykiwaniami lokalnej ludności. Nie bardzo wiem, czemu się tak cieszyli, bo w końcu debile podobni do nas przemykają po ich drogach prawie każdego dnia. Może przemykają wolniej? Ale miało być o cudownie odnalezionym wulkanie... Otóż Tungurahua, czyli wulkan wybuchający z rogiem w Baños, odnalazł się w Riobamba. No, może nie całkiem. Ale z Rio było go przynajmniej widać czasem. A najlepszy widok był z dachu naszego hotelu. Więc oto i on. Na koniec pobytu w Rio mieliśmy śmieszną autobusową przygodę. Z racji mojego porannego grzebalstwa spóźniliśmy się na autobus do Cuenca o 11. Następny o 13. Dawno odjechał? 5 minut temu. To może go dogonimy? Pani z kasy mówi, że zadzwoni do kierowcy, żeby na nas zaczekał gdzieś na wylocie z miasta. Wskakujemy w taxi i jedziemy. Wysiadamy w umówionym miejscu, ale autobusu brak. Za to pojawia się gość z innej firmy autobusowej, dzwoni do swojego kierowcy, i za chwilę siedzimy w kolejnej taksówce. Tym razem jedziemy ładnych paręnaście kilometrów, wyprzedzając na czołówkę na zakręcie pod górkę. Ale w kolejnej dziurze czeka na nas autobus, którym we względnym komforcie dojedziemy do Cuenca, po drodze podziwiając widok Nariz del Diablo, dla odmiany z góry. Oj, konkretny to był widok. środa, 03 lutego 2010, lachmani
TrackBack
|
|