Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
Blog > Komentarze do wpisu

Kolka w kanionie

Kiedy byłem w Czarnogórze, zapewniano mnie, że ten cały kanion Tary to jest drugi pod względem głębokości na świecie. Podli oszuści. Możecie się schować ze swoimi nędznymi 1200 metrami. Kanion Colca ma 3,5 km głębokości, a głębszy od niego jest tylko kanion Cotahuasi, który zresztą leży niedaleko. Też w Peru. Nie, to wszystko bzdury. Jak zmierzyć głębokość kanionu? Od dna do szczytów otaczających go gór? Jak daleko te góry mogą być od kanionu? A ponoć w Himalajach jest jakaś dolina, która ma ponad 5 km głębokości. Nieważne. Grunt, że Kanion Colca jest naprawdę głęboki, naprawdę ładny, i naprawdę można tam pójść samemu.

Masa agencji turystycznych w Arequipie organizuje wycieczki trekkingowe do kanionu Colca, oferując opcje od 1-dniowej wizyty (chyba bez maszerowania), przez najpopularniejsze 2- i 3-dniówki, aż do chyba 5-dniowych spacerków. Cena 2-dniowego treku to jakieś 150-200 zeta. W sumie niedrogo, biorąc pod uwagę, że w cenie jest przejazd, przewodnik, żarcie i nocleg w "oazie" Sangalle na dnie kanionu. Ale nie o cenę tu chodziło. Po prostu miałem ochotę pobyć trochę sam na łonie przyrody, bez oglądania się na grupę gringo-maruderów albo wręcz przeciwnie, gonienia wyścigowców pragnących dotrzeć do celu w jakimś ekspresowym tempie. Więc spacerek po kanionie Colca zrobiłem całkiem solowo.

O 3 rano, wraz z małym plecaczkiem wypełnionym 6 litrami wody (bo ponoć w kanionie jest okrutnie droga), zapakowałem się do gringobusa jadącego do Cabanaconde. Po drodze było pyszne śniadanie w turystycznej restauracji w Chivay oraz godzinny postój na Cruz del Condor. To taki punkt widokowy na krawędzi Kanionu Colca, na który codziennie, niemal o wyznaczonej godzinie, przylatują kondory. Chociaż liczba mnoga nie jest tu całkiem na miejscu, bo akurat tego dnia kondor był tylko jeden. Za to chętnych do oglądania jego lotów - gdzieś koło setki. Kondorowi to niespecjalnie przeszkadzało. Kondor wielki powinien raczej nosić nazwę "leniwy", bo generalnie nie bardzo mu się chce machać wielkimi skrzydłami. Czeka więc, aż słońce zacznie nagrzewać ściany kanionu, a potem po prostu sobie szybuje z rozłożonymi skrzydłami. Podejrzewam też, że kondory lubią, kiedy się je podziwia, bo inaczej nie miałyby powodu, żeby na ten Cruz del Condor przylatywać. A turyści są dla kondorów pełni podziwu i nawet biją brawo, kiedy ptaszysko odpowiednio blisko przeleci. A ptaszysko lubi brawa. Nie dziwota więc, że nad głowami gawiedzi namiętnie szybuje.

Ja niestety byłem trochę za daleko, za to później, już w kanionie, skrzydlate bydlę przeleciało mi jakieś 2 metry nad głową. Wrażenie niesamowite, rozdziawiłem gębę i gapiłem się tępo, nawet aparatu nie zdążyłem wyjąć...

Po obejrzeniu samotnego kondora dałem się zawieźć na rozwidlenie dróg przed Cabanaconde, zarzuciłem plecaczek z wodą na grzbiet i pomaszerowałem w stronę wielkiej dziury w ziemi wyrzeźbionej przez rzekę Colca. W miejscu, z którego ruszałem, krawędź kanionu leży gdzieś na 3200 m n.p.m, a rzeka płynie na wysokości 2100 m. Więc do zejścia jest ponad kilometr. Szlak jest oczywisty, zgubić się nie da (chociaż słyszałem, że są tacy, którym się to udało), czasem można spotkać jakąś maszerującą grupę niemieckiej młodzieży, czasem jacyś lokalsi z osłami przemkną, więc jakby komuś stało się coś (typu skręcona kostka), to zawsze będzie się komu na ramieniu wypłakać i o pomoc poprosić. Podejrzewam, że w sezonie to na tym szlaku może być niezły tłok. Ale w lutym, w porze deszczowej, było w miarę pusto.

Więc tak sobie szedłem niespiesznie, zatrzymując się dość często celem uwiecznienia rozkosznych widoczków. I po jakichś 3 godzinach znalazłem się na dnie. Znaczy w San Juan de Chuccho. W kanionie znajduje się kilka większych i mniejszych wiosek. Do niektórych nawet dotarły takie wynalazki jak elektryczność (zdaje się, że właśnie ciągnięty jest prąd do wszystkich kolkańskich wiosek), anteny satelitarne oraz zasięg sieci komórkowych. Ale większość to kompletne dziury. Życie tam do łatwych nie należy - nie ma żadnych dróg, więc trzeba z buta albo na oślim grzbiecie do krawędzi kanionu się najpierw dostać. Co oznacza pokonanie tego kilometra w pionie. Więc jestem pełen podziwu dla lokalnych mieszkańców.

Trudy życia nie pozbawiły lokalsów gościnności, więc w San Juan zostałem poczęstowany obiadkiem za 5 zeta, a głównym daniem było mięso z alpaki (to taki kuzyn lamy). Nawet dobre było, tylko trochę żylaste. Okazuje się jednak, że alpaki są hodowane głównie po to, żeby wełnę dawały, więc na mięso zabija się tylko stare  i zużyte egzemplarze. Nic dziwnego więc, że mięsko jakieś takie twardawe.

Po obiadku pomaszerowałem dalej w deszczu, najpierw pod górę do jednej z bardziej cywilizowanych (czytaj: zelektryfikowanych) wiosek, a potem znowu w dół, w stronę Sangalle. Kiedy tam dotarłem krótko przed zmierzchem, natychmiast przechwycił mnie właściciel kompleksu bambusowych chatek o nieco zbyt eleganckiej nazwie "El Eden". Eden to to nie był, ale było łóżko, basen z letnią, geotermalną wodą, i kibel z dziurawym dachem. Niezbyt to było przyjemne, bo przez cały wieczór lało, więc i do kibla się z dachu lało. Za to nocleg kosztował jedyne 10 zet, a kolejnych 10 zet kosztowała mnie kolacja. To akurat trochę wygórowana cena jak na jakość tego posiłku, ale nie ma co narzekać. Mój dzień zakończył się o 19:15, kiedy to udałem się na bardzo zasłużony odpoczynek.

Planowałem pobudkę o 4:30, żeby około piątej ruszyć na szlak, bo chciałem zdążyć na jakiś autobus do Arequipy, a coś mi świtało, że odchodzą tylko wcześnie rano. Ale zaspałem. Zdawało mi się, że ciągle leje, więc uznałem, że nie ma po co wstawać. Tymczasem był to szum pobliskiego wodospadu. Więc na szlaku byłem dopiero koło szóstej. Droga pod górę zajęła mi dużo więcej czasu, niż przewidywałem, ale to dlatego, że nie mogłem nie delektować się widokiem przepastnego kanionu, chmurek i ośnieżonych gór na horyzoncie. Gdzieś z daleka widziałem grupę maszerujących z plecakami białasów, a zupełnie z bliska - leniuchów, taszczących swoje grube tyłki do góry na oślich, końskich albo mulich grzbietach. Spotkałem też ciekawskiego osła, który wnikliwie przypatrywał mi się zza kaktusa. Wyglądał groźnie, więc postanowiłem nie zbliżać się za bardzo. Więc znów niespiesznie, noga za nogą, fota za fotą, gramoliłem się pod górę. Do Cabanaconde doszedłem po ponad czterech godzinach, i okazało się, że ostatni autobus właśnie sobie odjechał. Ale okazało się, że w grupie gringos, którą widziałem wcześniej w wąwozie, jest mój izraelski kolega lotnik-nielot. Więc zagadnąłem ich przewodnika, czy mógłbym się do nich za drobną opłatą przyłączyć. I się przyłączyłem. I dzięki temu spędziłem godzinę w cudownie relaksujących gorących źródłach niedaleko Chivay. Jednak hitem drogi powrotnej były owoce kaktusa (nawet nie wiedziałem, że to się opuncja nazywa), cudownie kolorowe i obłędnie soczyste.

Do Arequipy wróciliśmy wczesnym wieczorem, i miałem w sam raz tyle czasu, żeby wrócić do hotelu, zabrać tobołki i ruszyć na dworzec autobusowy. Co prawda w hotelu okazało się, że na recepcji jest jakiś świeży gamoń, który nie mógł znaleźć klucza do przechowalni bagażu, ale kiedy w końcu wyraziłem swoje lekkie zniecierpliwienie, to wpadł na genialny pomysł, żeby wleźć do przechowalni przez okienko i otworzyć ją od środka. Więc jednak nie taki całkiem gamoń. I dzięki temu zdążyłem jednak na ten luksusowy nocny autobus do Cusco, w którym co prawda nie dało się całkiem rozłożyć luksusowego siedzenia, a luksusowe wifi nie działało, ale za to luksusowo pogadałem sobie z brytyjską sąsiadką. I tak pławiąc się w tym luksusie dotarliśmy nad ranem do perły peruwiańskich miast.

Ponieważ fotek z kanionu jest zdecydowanie za dużo, a ja nie jestem w stanie wybrać tych najlepszych, zapraszam do obejrzenia całego albumu. A ja i tak jakiś suplement jeszcze wrzucę.

sobota, 13 marca 2010, lachmani

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...