Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
Blog > Komentarze do wpisu

Do dwudziestu jeden razy sztuka...

...czyli Wielka Czwóreczka (i znajomi) po raz drugi.

Wiem, że nie jestem całkiem normalny. I wiem, że oglądanie teoretycznie tego samego festiwalu po raz drugi w ciągu trzech dni jest teoretycznie lekkim nonsensem. Ale to nie był ten sam festiwal. A poza tym... każdy powód do podróży jest dobry. Zwłaszcza, jeśli jest to dwudziesty pierwszy koncert Metalliki.

Po powrocie z Wawki skonsultowałem się z tajemniczym szwajcarskim finansistą, i zgodnie uznaliśmy, że skoro Praga jest całkiem blisko, więc nic nie stoi na przeszkodzie, żeby na jakiś koncercik tam pojechać. Tym bardziej, że koncercik zapowiadał się całkiem zacnie. Oprócz Wielkiej Czwóreczki, znanej z Bemowa, miała grać Skuta Alicja (Alice In Chains), Terapia Ze Znakiem Zapytania (Therapy?) oraz Kamienny Kwas (Stone Sour). Co prawda nie mieliśmy biletów, ale postanowiliśmy iść na żywioł i spróbować nabyć je na miejscu.

Zapakowaliśmy się więc do auta, biorąc dla miłego towarzystwa pewną filigranową mistrzynię sprinterską, i ruszyliśmy do Czech. Jechaliśmy powoli, niemieckie fotoradary tylko raz zarejestrowały naszą prędkość, do tego spożyliśmy przepyszny czeski posiłek gdzieś przy rondzie, więc w okolice terenów festiwalowych (Milovice niedaleko Pragi) dotarliśmy dopiero koło godziny 16. I tam okazało się, że nasi południowi bracia nie grzeszą specjalnie rozumem, przynajmniej jeśli chodzi o organizację dojazdu (i wyjazdu) dla 30 tysięcy festiwalowych widzosłuchaczy. Cały ruch na festiwal odbywał się jedną wąską drogą. Więc wjeżdżaliśmy ponad godzinę. Ogarnęło nas lekkie przerażenie na myśl o tym, co będzie się działo przy wyjeżdżaniu, ale na chwilę postanowiliśmy o tym zapomnieć. Szybkim krokiem udaliśmy się w stronę kas, gdzie oprócz biletów po oficjalnych cenach znaleźliśmy też kilku rodaków sprzedających te same bilety dużo taniej. Nie wiem skąd je mieli i czy były prawdziwe, ale nawet jeśli były fałszywe, to były to dobre fałszywki, bo bez problemu weszliśmy z nimi na koncert, i to do sektora pod sceną, noszącego szumną nazwę Golden Circle. Ani on Circle, ani Golden, ale nazywa się ładnie.

Nasi południowi bracia mają jednak trochę od nas lepiej poukładane w głowach, bo kolejka do piwa praktycznie nie istniała. Do tego z piwem można było chodzić wszędzie. Uczcie się od Czechów, barany z Wiejskiej. Za to publiczność była dość nieruchawa. Ale nam to zupełnie nie przeszkadzało. Obejrzeliśmy kawałek występu Megadeth, który był zupełnie inny niż ten warszawski - bardziej przekrojowy, mniej związany z Rust In Peace.

Potem poszliśmy pod drugą scenę, bo tam występowała Terapia Ze Znakiem Zapytania. To jeden z tych zespołów, które widziałem kilkanaście razy, i który zawsze chętnie obejrzę po raz kolejny. Mieli swoje pięć minut na głównych scenach (czasy Troublegum i Infernal Love, czyli lata dziewięćdziesiąte), a potem wrócili do grania raczej mało popularnej muzyki i na mniejszych scenach. W sumie fajnie, bo dzięki temu udało mi się kiedyś wypić z nimi piwko po koncercie w duńskim Esbjergu, gdzieś koło 2001 roku.

Od kilku lat nie było mi po drodze na żaden z ich występów, ale teraz okazało się, że mimo upływu lat nadal potrafią dać ognia. I to z ust ich wokalisty, Andy Cairnsa, popłynęły słowa, które stały się dla mnie hiciorem festiwalu: "Chciałbym zadedykować następną piosenkę prezesowi firmy naftowej BP". A tekst refrenu - nieco prymitywny, ale jakże trafny - brzmi: When you live like a fucker - you die like a motherfucker. I cała sala śpiewała z nami.

Po Terapii trzeba było wrócić pod scenę główną, bo tam pojawiła się Skuta Alicja. Wokalistę można było z daleka pomylić z Lenny Kravitzem, ale jak zaczął śpiewać, to wątpliwości pryskały. Miło się słuchało, ale trzeba się znowu było ewakuować pod "małą scenę", bo zaczynał się koncert Stone Sour, a nie miałem zamiaru go odpuścić.

I się nie zawiodłem. Corey i kumple właśnie nagrali nową płytę, która co prawda ukaże się dopiero we wrześniu, ale już teraz dali nam posłuchać paru kawałków na żywo. I fajnie się słuchało. Starszych kawałków też. Corey próbował też uczyć publiczność swojego głupkowatego tańca, grał na gitarze, śpiewał, skakał, a nawet rozebrał się na koniec. Tak właśnie powinny wyglądać rockowe koncerty. Żeby tylko zamiast wokalistów dominowały wokalistki... Chociaż z drugej strony wcale bym nie chciał, żeby taka Nosowska rozbierała się na scenie.

Po Stone Sour przyszedł czas na posiłek, i tu nastąpiła niespodzianka. Ponieważ mainstreamowe żarcie typu kiełbasa i kurak było straszliwie oblegane, zaatakowaliśmy mniej oblegane stoisko z jedzeniem meksykańskim. A tam - prawdziwe Meksykanki, takie normalnie z Meksyku. Więc nawet pogadaliśmy z nimi po meksykańsku, czy jak tam się ta ich gwara nazywa.

Slayer... tym razem mnie zmęczył. Jak dla mnie dwa koncerty tego zespołu w ciągu 4 dni to trochę za dużo. Mogę ich oglądać i słuchać, ale nie częściej niż raz na jakieś 3 lata. Tym razem miałem po prostu dość. Zwłaszcza, że robiło się późno, nogi bolały, a jeszcze trzeba było znieść dwie godziny występu Królowej, której imię zaczyna się literkę M.

Zaczęło się dobrze po jedenastej. I może dlatego podczas koncertu Metalliki nikt nawet mnie nie popchnął. W Polsce to nie do pomyślenia. Ale może czescy bracia byli zmęczeni, albo są lepiej od Polaczków wychowani. W każdym razie mimo niewielkiej odległości od sceny nie było żadnych przepychanek, pogo, crowdsurfingu i innych festiwalowych wynalazków. Dwudziesty pierwszy koncert Metalliki zapamiętam jako bardzo spokojny, przynajmniej po stronie publiczności.

Bo na scenie było jak zwykle. Głośno, równo, z dużą energią, zwłaszcza jak na panów krótko przed pięćdziesiątką. I to przez całe dwie godziny. Więc po raz dwudziesty pierwszy zdarłem sobie gardło krzycząc "Seek And Destrrrroy", a potem wraz z moimi towarzyszami popędziłem do samochodu. Dzięki temu udało nam się być jednym z pierwszych samochodów na wąskiej drodze wyjazdowej, którą tym razem oprócz samochodów podążali także piesi festiwalowicze. Czechom gratulujemy festiwalowej dezorganizacji. Ale po jakichś 40 minutach byliśmy już na autostradzie, a po kolejnych 4 godzinach - w pięknym Szczecinie.

O 6:40 z uśmiechem na ustach spełniłem swój obywatelski obowiązek, o 7:30 byłem w łóżku... ale już o 8:05 na nogach. O 9:00 meldowałem się na starcie rajdu w Stargardzie, około 11 debiutowałem w roli pilota, pilotując mojego pilota (jakkolwiek niezrozumiale by to nie brzmiało). Przy okazji stwierdziłem, że jednak cholernie trudne to zajęcie, dużo trudniejsze niż kręcenie kierownicą. Około 12 przestrzelone hamowanie odebrało mi (jako kierowcy) szansę na miejsce na podium, ale za to koło 13 (jako pilot) pomogłem mojemu pilotowi (jako kierowcy) zająć pierwsze miejsce w klasie. Więc chyba nawet jakiś puchar dostanę. Około godziny 14 zasypiałem za kółkiem jadąc w stronę Szczecina. O 15 leżałem w łóżku. A o 21 byłem na nogach i zaczynałem ciężką intelektualną pracę ku chwale Ojczyzny. Oto ile pozytywnej energii jest w stanie dać człowiekowi jeden mały rockowy koncercik.

wtorek, 29 czerwca 2010, lachmani

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...