Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
Blog > Komentarze do wpisu

Dziesięć godzin drogowej schizofrenii

500 metrów pięknego, równego, dwupasmowego betonu. Potem hamowanie. Kupa żwiru, gruzu i błota, uskok i zjazd o pół metra w dół. Na wąski, dziurawy asfalt. Kilkaset metrów jazdy po tym asfalcie, z prędkością dochodzącą w porywach do 30 km/h. Hamowanie. Kupa żwiru, gruzu i błota, i podjazd o pół metra. Na piękny, równy, dwupasmowy beton. Ale jest go tylko paręset metrów. Hamowanie, zjazd... I tak przez dwie godziny. A to dopiero początek.

Potem robi się jeszcze ciekawiej. Droga robi się węższa, taka powiedzmy na dwa autobusy z lusterkami plus grubość złożonej gazety. Asfalt, o dziwo nawet równy. Tyle, że na odcinku 200 km najdłuższa prosta ma jakieś 50 metrów. Poza tym zakręt przechodzi w zakręt. Marzenie rajdowca-amatora i koszmar kierowcy autobusu. Ten to się musi tą wielką kierownicą nakręcić. A do tego dochodzą liczni drogowi schizofrenicy-samobójcy, próbujący pozbawić się życia przy każdym wyprzedzaniu na czołówkę. Zupełnie nie wiadomo, czemu ich próby pozostają nieskuteczne. Mistrzowski tytuł uzyskał pewien motocyklista, próbujący oświetlać sobie drogę... diodową lampką z komórki. Chociaż fakt, stał się przez to dość widoczny. A jak głosi stare hasło: jesteś widoczny - jesteś bezpieczny. W paru miejscach droga jest lekko podmyta przez strumienie wody, ale ogólnie jakość nawierzchni pozytywnie mnie zaskoczyła.

Zatem ten piękny dzionek upłynął mi właściwie bezczynnie. Po prostu przez 10 godzin siedziałem w tym nieszczęsnym autobusie, toczącym się po krętej drodze do Rantepao. Ale nie tak od razu. Najpierw siedziałem przy śniadaniu. Potem siedziałem w taksówce, bo oczywiście byłem zbyt leniwy, żeby jak prawdziwy podróżnik-bakpaker jechać na dworzec autobusowy rikszą, a potem zapchanym minibusem. Zresztą nawet taksówką ledwo zdążyłem, bo genialni indonezyjscy planiści-urbaniści umieścili dworzec autobusowy (noszący tu dumne miano Terminala) jakieś 15 km od centrum miasta. Więc taksówka jechała prawie godzinę.

Autobus okazał się być mniej więcej na miarę moich oczekiwań, czyli bez rewelacji, ale też bez dramatu. Była klima, było w miarę wygodne siedzenie, do tego w pierwszym rzędzie, a więc z widokiem. A było na co patrzeć. 10 godzin drogowej schizofrenii. 10 godzin pełnych nieudanych prób samobójczych oraz ciekawych krajobrazów, niestety przeważnie przysłoniętych deszczowymi chmurami. Szkoda, bo ponoć jedna z gór ma kształt "kobiecych narządów płciowych", cokolwiek to znaczy. 10 godzin, przerywanych postojami na jedzenie i sikanie, i zakończonych wysiadką na głównej, brudnej, hałaśliwej ulicy w Rantepao, głównym mieście regionu Toraja.

PS. W związku z nadchodzącym wypadem na wyspy Togean i brakiem internetu tamże, następny wpis pojawi się pewnie za jakiś tydzień albo i więcej. Zapraszam do śledzenia wpisów na Blipie, po prawej stronie, poniżej okienka czatu, chociaż tu też gwarancji nie daję. Tymczasem!

środa, 21 lipca 2010, lachmani

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...