Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
Blog > Komentarze do wpisu

Noc w bunkrze i miłe wizowe powitanie

Tydzień na Wyspach Przystankowych (tak należałoby chyba po naszemu nazwać Perhentiany) minął szybko, i trzeba było zbierać graty do dalszej najistotniejszej części podróży. Wsiadłem więc na łódkę i popłynąłem na stały ląd. Podróż, choć dość krótka, była pełna atrakcji i emocji, które zapewniła nam pewna francuska mama, która przesiadła się z innej łodzi wraz ze swoim mężem i dwiema wczesnonastoletnimi córkami. Wszyscy wyglądali na bardzo znudzonych wakacjami i sobą nawzajem. W pewnym momencie jednak mama bardzo się ożywiła, kiedy łódka podskoczyła na fali, a na nasze twarze spadło kilkanaście kropel wody. French Mama odwróciła się gwałtownie w stronę "kapitana" łodzi i zaczęła się wydzierać w dość niezrozumiałym języku. Zapewne był to francuski, ale nie zrozumiałem ani słowa. Podejrzewam, że kapitan też słów nie zrozumiał ani słów, ani intencji French Mamy. Że niby niebezpiecznie prowadzi łódź? Pani, my tu nie takie fale w porze monsunu mamy. Wietnamskie statki idą na dno, a Ty mi tu wrzask podnosisz z powodu lekkiego rozbryzgu wody. Ochłoń, kobieto!

Wraz z poznaną na łodzi australijsko-kolumbijską parką wsiadłem do taksówki i pojechaliśmy do Kota Bharu. Taksiarz zapytał skąd jesteśmy, po czym okazało się, że oczywiście, słyszał o Polsce, kraju słynącym z katastrof lotniczych, wąsatych prezydentów i niezbyt wyrośniętych, ale nadmiernie ambitnych i agresywnych bliźniaków. Na szczęście ciężar konwersacji, po krótkim opisie aktualnej sytuacji politycznej w Rzeczpospolitej, przeniósł się na Perhentiany i ich lekko niekontrolowany turystyczny rozwój. Więc podróż do Kota Bharu minęła nam dość szybko.

Australo-kolumbijska parka zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie, szczególnie mikroskopijnym bagażem, przy którym moje plecaczki wyglądały jak walizka Ani Muchy. Pocieszałem się jedynie, że ich podróż trwała tylko 5 tygodni i nie obejmowała żadnych górek ani wulkanów. Posiedzieliśmy sobie w ulicznej knajpce, pogadaliśmy, a potem się pożegnaliśmy. Oni byli trochę mądrzejsi ode mnie, bo zarezerwowali sobie nieco wcześniejszy lot do KL. Mój był późnym wieczorem. Nie wiem, co mi do łba strzeliło, bo przylot do KL o 23 oznaczał, że raczej będzie problem z miejscem do spania. Do miasta za daleko, hotele przy lotnisku za drogie, i już miałem wizję spędzenia cudownej nocy na jakiejś ławeczce, kiedy z pomocą przyszedł mi cudowny wynalazek w postaci internetu.

Dzięki internetowi odkryłem bowiem, że w mieście Nilai, niedaleko kualalumpurskiego terminala LCCT (z którego lata AirAsia), jest hotelik o nazwie New Wave Hotel. I za 160 gitów zapewniają transport tam i z powrotem na lotnisko oraz nocleg. Więc skorzystałem. Może hotel nie był najcudowniejszym, w jakim spałem, bo przypominał bunkier, pokój nie miał okna, ale za to miał łazienkę, czyste łóżko, telewizor, a do tego kierowca okazał się być bardzo sympatyczną starszą panią w chuście na głowie. Więc całą drogę w obie strony spędziliśmy gaworząc sobie w najlepsze. I nawet się wyspałem.

Rano znalazłem się na lotnisku, ominąłem kolejkę czekując się w automacie, oddałem plecaczek, zjadłem śniadanko, i wsiadłem do azjatyckiego bydłolotu. Zdecydowanie lepszego od nieszczęsnego irlandzkiego pierwowzoru wożącego emigrantów między Tsetsinem a Londkiem Zdrój. Tyle, że znów spóźnionego. Filmów nie było, więc po drodze posłuchałem sobie pewnego pamiętnego koncertu z Berlina i stwierdziłem, że raczej na pewno będzie dwudziesty drugi raz.

A po trzech godzinach usiedliśmy na pasie lotniska w Makassar, na niewielkiej wysepce Sulawesi (2/3 powierzchni Ojczyzny Przenajświętszej), po naszemu czasem zwanej Celebes. Miałem pewne obawy co do procedury imigracyjnej, ale wszystko okazało się pójść jak z płatka. W ciągu 3 minut zbiedniałem o 25 dolków, wzbogaciłem się o wizę na 30 dni (którą będę musiał przedłużyć), nie musiałem już stawać w dłuuuugiej kolejce do odprawy paszportowej, tylko od razu poszedłem po bagaż. W międzyczasie zaczepiłem jakąś parkę Włochów, żeby wspólnie wziąć taxi do miasta. Potem dołączyła do nas kolejna parka, teoretycznie angielsko-australijska. Ale po krótkiej konwersacji okazało się, że australijskie dziewczę ma mamusię-Polkę, która urodziła się w Szczecinie. Nawet jacyś kuzyni w Szczecinie mieszkają. Ciekawie ile jeszcze osób o szczecińskich korzeniach przyjdzie mi spotkać na trasie.

Było nas trochę dużo do tej taksówki, ale taksówka też okazała się być spora, więc zmieściliśmy się wszyscy razem z bagażem. Ja wskoczyłem do bagażnika, i tak se jechaliśmy do miasta, mijając sznurek jednośladów podążających dróżką obok głównej jezdni. Pojawił się pewien problem z miejscem do spania, bo wszystko, czego próbowaliśmy, było pełne, ale ostatecznie wraz z makaroniarzami zakotwiczyłem w nieco dziwnym hotelu-domu-rezydencji o nazwie... niech sprawdzę... Pondok Suada Indah. Potem się okazało, że Biblia poleca to miejsce, ale oprócz nas nie było żadnych białasów. Trochę drogo (20 dolków), ale za to naprawdę ogromny pokój z klimą i telewizorem był dla mnie miłą odmianą po 5 dniach w perhentiańskiej chatce bez łazienki, za to z gekonami i masą komarów.

sobota, 17 lipca 2010, lachmani

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/07/17 12:48:48
Panie Lachman, jeden komentarz mi sie nasuwa po tej notce - brakuje Tobie sparowania na tej wycieczce! Przeciez to nie od dzis wiadomo, ze nieparzysta cyfra na takich wyjazdach to tylko klopot, najwiekszy dla tych nieparzystych wlasnie. Nie ma wiec rady... musisz jak najszybciej znalezc sobie a better half! ;-P
A reszta wyprawy i Twoj jej opis bardzo mi sie podoba. Tak trzymac!
-
2010/07/17 17:06:18
Pani Hadassa79, proszę się zająć swoimi sprawami związanymi z parowaniem i pozwolić Lachmanowi radzić sobie samemu.
Ale żeby było śmieszniej - od wczoraj już nie jestem sam w tej podróży, mam towarzyszkę, i do tego jest Polką. Jednak nie całkiem z mojego przedziału wiekowego. Za to gra na harmonijce. I to jak! :D
-
2010/07/17 18:20:22
Panie Lachman, widzę progres w parowaniu wycieczkowym i wilece mnie się to podoba. Co prawda w innych aspektach żywota jestem zwolenniczką cyfry 1, ale na wyjazdach zdecydowanie bardziej fungują dwójki. A Polska kobieta, niezależnie od przedziału wiekowego, tym bardziej grająca na harmoszce, i to w Azji, to prawdziwy skarb. Pilnuj się jej więc dobrze, a ja tymczasem... wracam do swojego parowania :-P








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...