Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
Blog > Komentarze do wpisu

Indonezyjska biurokracja i tania wóda do rana

Miałem jeden dzień przerwy w rybnej kąpieli, bo musiałem się zmierzyć z indonezyjską biurokracją celem przedłużenia mojej 30-dniowej wizy. Wyskoczyłem więc o poranku łodzią na stały ląd, a potem pocąc się jak świnia przespacerowałem się do Kantor Imigrasi na ulicy 17 Sierpnia. Wielokrotnie czytałem różne historie o korupcji i lenistwie indonezyjskich służb imigracyjnych, więc byłem przygotowany na różne ewentualności, głównie natury korupcyjnej. Tymczasem jednak największym utrudnieniem całej procedury była konieczność znalezienia kafejki internetowej i wydrukowania mojego biletu powrotnego. Podejrzewam jednak, że i bez tego dałoby radę sprawę załatwić. Z biletem powrotnym, kserokopią paszportu i wypełnionym formularzem (który musiałem niby kupić za 25 tysięcy, ale podejrzewam, że to było kieszonkowe) wróciłem do Pana Imigratora, który skasował mnie 250 tysięcy rupii (jak rząd w Jakarcie przykazał) za przedłużenie wizy i poinformował, że paszport z przedłużoną wizą będzie na mnie oczekiwać za dni parę. Uwierzyłem mu na słowo.

Przy okazji przyjrzałem się okazałej dzielnicy administracyjno-bankowej, w której tuż za płotami urzędowych pałaców rozciągają się maciupeńkie domki szaraczków. Którzy zresztą jak zwykle okazują się być niezwykle uczynni i sympatyczni - pewna dama, zażywająca odpoczynku pod daszkiem przed swym domkiem, była tak miła, że aż swoją córkę, na oko siedmioletnią, posłała z zarośniętym białasem, żeby ten zagubiony niedorajda trafił do kafejki internetowej. Zresztą "kafejka" (tzw. warnet) okazała się być prowizoryczną przybudówką do jednego z szarakowych domków, i sam bym nigdy do niej nie trafił.

Potem postanowiłem trochę pozwiedzać. Jednak zwiedzaniu przyświecało kilka celów. I cele te zostały wszystkie zrealizowane. Wiza - załatwiona. Bilet lotniczy z Bali na wschód - załatwiony. Statyw do aparatu (bo stary zaliczył zgon) - załatwiony. Fryzjer - załatwiony. Dzięki temu przestałem wyglądać jak zarośnięty dziad, a na dodatek o mało co nie przygruchałem sobie indonezyjskiego gerlfrenda, bo fryzjer był fryzjerką zdecydowanie zainteresowaną bliższą znajomością z białasem. Tylko trochę mało rozgarnięta była, i jakoś mało wesoła, zupełnie jakby nie była z Indonezji.

Załatwiłem też inne ważne rzeczy. Zakupiłem dla naszej międzynarodowej ekipy wyjątkowo podły i wyjątkowo drogi alkohol w postaci lokalnej wódki Mansion House. Próbowałem dostać coś lepszego, ale jak zobaczyłem, że butelka Bacardi kosztuje ponad 50 dolków, to zwątpiłem i postanowiłem się truć tańszym, lokalnym świństwem. Zakupiłem też pokaźną ilość lokalnej herbaty, która moim angielskim towarzyszom wyjątkowo przypadła do gustu. I przy tej okazji zostałem zaproszony do niesienia kagańca oświaty. O czym nieco później.

Wróciłem więc zachwycony i zadowolony z siebie na przystań, ale było już po zmroku i ciężko było znaleźć jakąś łódź. Ostatecznie załapałem się z jakąś lokalną rodzinką, niestety za cenę kilkakrotnie wyższą niż zapłaciłbym za zwykłą, publiczną łódź. Za to jakie emocje! Płynęliśmy przez godzinę zupełnie po ciemku, a w tym czasie szefuńcio łodzi próbował zmienić żarówkę w swojej wypasionej lampie. Ponieważ udało mu się to dopiero pod koniec podróży, zdążyliśmy ze trzy razy wypakować w jakiś dryfujący kawał drewna, którego wypatrywacz dziobowy nie zdążył wypatrzeć. Nic dziwnego w sumie - ciemno było jak dupie, a noktowizora u niego nie widziałem, tylko komórką próbował sobie przyświecać.

Dopłynęliśmy jednak szczęśliwie, rozentuzjazmowany opowiedziałem wszystkie historyjki tego dnia moim towarzyszom, skonsumowaliśmy jak zwykle pyszny obiad, a potem zaczęliśmy się czule i gorąco żegnać z dwiema Belgijkami, które następnego dnia opuszczały wyspę. Jedna z Belgijek dała się wcześniej poznać jako niezwykle niebezpieczne podwodne stworzenie - w czasie dwóch nurkowań zdążyła skopać wszystkich dookoła, może z wyjątkiem Svena-divemastera. Ja sam, kiedy zobaczyłem kopnięcie z półobrotu, które wyprowadziła w stronę mojej głowy, przez jakieś 100 milisekund intensywnie myślałem o ćwiczeniach z kursu nurkowego, polegających na oddychaniu pod wodą bez maski. Na szczęście zdążyłem się uchylić, i maska pozostała bezpiecznie na mojej twarzy, bo kopniak ostatecznie trafił mnie w czoło. Ale na lądzie Belgijki okazały się być całkiem sympatycznymi stworzeniami, i popijaliśmy tanią wódę nie dając reszcie gości spać do drugiej w nocy. Na nurkowym Bunakenie jest to równoznaczne z bladym świtem.

czwartek, 12 sierpnia 2010, lachmani

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...