Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
Blog > Komentarze do wpisu

Kręta droga do bombowego celu

Po pogodowej porażce w Toraja trzeba było kulać się dalej na północ. Celem docelowym, że się tak wyrażę, było miasteczko Ampana, z którego odchodzą promy i łodzie na Togeany, wyspy położone w głębokiej zatoce między centralną częścią Sulawesi a jego północnym półwyspem. Ale Ampana jest cholernie daleko, drogi kiepskie i kręte, autobusy powolne, więc raczej nie ma szansy, żeby tam dotrzeć za jednym zamachem. Postanowiliśmy więc zrobić sobie przerywnik po drodze i zatrzymaliśmy się w Tentenie, małym miasteczku nad wielkim jeziorem Poso.

Zanim jednak to nastąpiło, czekała nas drogowa przeprawa przez górki. Nie wiem, jak wyglądają górskie drogi na Sulawesi w porze deszczowej, skoro w porze teoretycznie suchej są pozmywane przez deszcz i osunięcia ziemi. Ale przyznać trzeba, że zdecydowanie większa część drogi z Rantepao najpierw na wschód do Palopo, a potem na północ, jest w bardzo przyzwoitym (czytaj: asfaltowym) stanie. Tyle że znów zakręt przechodzi w zakręt, i średnia prędkość to jakieś 25 km/h.

Było już więc dość późno, kiedy dojechaliśmy do tej nieszczęsnej Tenteny. Lonely Planet twierdzi, że nie ma tam zbyt wielu fajnych miejsc do spania, ale Lonely Planet często nie ma racji. Tak było też w tym przypadku. Bo w zeszłym roku w Tentenie otwarty został pewien ośrodek prowadzony przez wyjątkowo przedsiębiorczego Chińczyka, i zostaliśmy tam ugoszczeni prawie po królewsku. Wszystko nowiuteńkie, standard może nie królewski, ale czystość przyćmiewała wszelkie niedogodności. Był nawet dość powolny, ale bezprzewodowy internet, było pyszne śniadanie, była pralnia, i było po prostu sympatycznie. Ukochaliśmy więc Tentenę i przybytek o nazwie Ue Datu Cottages całym sercem.

Następnego dnia nasz chiński gospodarz wypożyczył dla nas motorower, w związku z czym pojechaliśmy na rekonesans po okolicy. Ruch był dość niewielki, więc stresu było dużo mniej niż w Rantepao.

Najpierw wpadliśmy na rynek w poszukiwaniu kulinarnych ciekawostek. No i znaleźliśmy. Nietoperze. Wyglądały delicioso.

Potem podjechaliśmy do wodospadu. Niagara to to nie była, ale woda pieniła się całkiem ładnie, a na dodatek nie było tam zupełnie nikogo. Podobnie na plaży przy Siuri Cottages, 20 km od Tenteny. Całkiem fajne miejsce na wypoczynek nad jeziorem. My zaliczyliśmy tylko krótką kąpiel w czystej wodzie, oraz zdawkową konwersację z pilnującym pustych domków lokalsem, który twierdził, że turyści jednak czasami do niego przyjeżdżają, i że nazajutrz oczekuje sporej grupy żabojadów.

Niestety, w odróżnieniu od targu, w nadrzecznych knajpkach nie serwowali nietoperzy, więc musieliśmy zadowolić się rybką i kurakiem. I wyszliśmy zadowoleni.

W naszej noclegowni zaroiło się od białasów w związku z przybyciem czwórki Francuzów. Okazało się że właśnie wracają z Togeanów, zwanych też Togianami, no i pogadaliśmy sobie trochę na ten temat. Nie byli zbyt rozmowni, jak to Francuzi, więc po uzyskaniu niezbędnych informacji każdy udał się w swoją stronę. Próbowałem jeszcze nakłonić gospodarza do pomocy w zapłaceniu za mój bilet lotniczy (bo indonezyjskie linie lotnicze zdają się nie akceptować zagranicznych kart kredytowych), ale okazało się to niemożliwe, bo w związku z natłokiem białasów bity i bajty nie były w stanie przecisnąć się przez ciasne łącze.

Niezbyt chętnie opuszczaliśmy Tentenę, ale poszło nam całkiem sprawnie. Motocykl na "terminal" autobusowy, kijang (czyli indonezyjska odmiana długodystansowej taksówki) do Poso, chwila oczekiwania, i minibus do Ampany. Kierowca miał chyba w planach bicie rekordu trasy, bo zapierniczał jak pojebany, ale za to byliśmy w Ampanie po 4 godzinach zamiast przewidywanych sześciu. Zainstalowaliśmy się w nieprawdopodobnie obskurnym hotelu Oasis, który z oazą miał tyle wspólnego, co obsrany wychodek z toaletą. Zresztą kibel w naszym najtańszym pokoju (10 dolków) bardziej przypominał wychodek niż to, co każdy z nas ma w domu. Obrazu nędzy i rozpaczy dopełniały liczne trupy much, ścielące się gęsto po podłodze przy recepcji. Dopiero kiedy muchy zainteresowały mnie na tyle, żeby zrobić im zdjęcie, wezwano odpowiednio przeszkolonego członka niezwykle licznego i bardzo solidnie opierdalającego się personelu, i muchy zostały usunięte.

W międzyczasie obserwowaliśmy pojawiających się kolejno białasów. Pierwsza była trzyosobowa rodzinka, najprawdopodobniej holenderska. Ciężko było to ustalić, bo w ciągu pierwszych 15 minut od wejścia do hotelu wypowiedzieli łącznie może ze 4 słowa w jakimś bełkotliwym języku. Rzucili na nas lekceważące spojrzenia i nie raczyli nawet powiedzieć "dzień dobry". Na szczęście potem pojawiła się kolejna parka w powiedzmy średnim wieku, mocno opalona i mocno gadatliwa. Po pierwszym zdaniu wiedziałem skąd są. Bo to Rodacy byli. A skoro rodacy, to należało spożyć wspólnie jakiś chmielowy płyn.

Zanim jednak nastąpiła ta upragniona konsumpcja, udaliśmy się do portu w pobliskim Labuhan celem ustalenia daty i godziny odpłynięcia najbliższej bombowej łodzi. Bombowej, bo płynącej do Bomby, pierwszej większej wiochy na Togianach. Mimo nikłej znajomości języka indonezyjskiego udało się ustalić, iż łódź odpływa nazajutrz (besok) o godzinie dziewiątej (jam sembilan) i kosztuje dwadzieścia dwa tysiące (dua puluh dua ribu). Wyposażeni w tę bezcenną wiedzę mogliśmy ze spokojem ducha wrócić do Ampany, skonsumować krewetki i ośmiornice w jadłodajni na rogu, oraz spożyć drogie piwko wraz z gadatliwymi rodakami.

Oczywiście rano okazało się, że łódź, owszem, kosztuje dwadzieścia dwa tysiące, ale odchodzi o godzinie dziesiątej. Norma. I oczywiście nie odpłynęła o dziesiątej, tylko przed jedenastą. Kto by się przejmował takimi detalami. Po dwóch godzinach wyjątkowo sennej podróży, którą umilała mi konwersacja ze świeżo napotkaną amerykańsko-angielską ekipą, dotarliśmy na jakąś wyspę i do jakiejś wiochy. Nie była to jednak Bomba. Prawie godzinę przyszło nam czekać na rozładowanie sporej ilości ładunku, na który składały się trzy motorowery, spora ilość kartonów z różnymi produktami żywnościowymi, kanistry z paliwem i materace. O dziwo, nie było żadnego żywego inwentarza.

A potem popłynęliśmy dalej i dopłynęliśmy do Bomby. No, prawie. Zatrzymaliśmy się niemal dokładnie naprzeciwko wsi, na wysepce Poya Lisa (nie mylić ze słynnym obrazem Chełmońskiego), gdzie czekały na nas byle jak sklecone z desek domki z jednym wspólnym kiblem oraz dwie plaże, nie pierwszej czystości. To dość prymitywne miejsce miało stać się naszym domem na trzy najbliższe dni.

środa, 04 sierpnia 2010, lachmani

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/08/04 20:15:48
Jak ja uwielbiam czytać Twoje relacje! Mogę mieć dzień do bani, a one zawsze mnie rozbawią. Choć to w sumie teoria, bo dawno nie miałam dnia do bani, ale jestem pewna, że jak w końcu go będę miała i jak wtedy wejdę na Twój blog to mi bania minie :)
-
2010/08/05 12:30:53
No cóż, życzę Ci zatem, żebyś nigdy nie potrzebowała zaglądać na mojego blogaska ;)








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...