Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
Blog > Komentarze do wpisu

Lachman niesie kaganiec oświaty

Nieuchronnie nadszedł czas rozstania z Bunakenem, moją podwodną partnerką i angielsko-amerykańskimi współlokatorami. Ze łzą w oku wsiadłem na publiczną łódź i popłynąłem na ląd, do Manado. W porcie spotkałem nieocenionego Wanzeya, dzięki któremu zainstalowałem się w całkiem przyzwoitym hoteliku o nazwie Unique Inn, położonym nad główną ulicą w centrum Manado. Wbrew pozorom było to całkiem ciche miejsce, doskonałe wręcz do spędzenia jednej nocy.

Potem wybrałem się na kolejne spotkanie z indonezyjską biurokracją imigracyjną. Miałem pewne obawy, ale okazały się płonne. Mój paszport czekał na mnie z przedłużoną wizą, nic nie musiałem dopłacać ani przepłacać, żadnego czekania, żadnych łapówek. Wyszedłem więc zachwycony i udałem się z powrotem do centrum, w międzyczasie gaworząc z napotkanym w minibusie Francuzem, który zajmuje się ochroną raf koralowych. I chwała mu za to.

No i nadszedł najważniejszy moment. Kilka dni wcześniej, w czasie mojej pierwszej wizowej wizyty w Manado, w supermarkecie zagadnęła mnie pewna kobieta. Przedstawiła się jako nauczycielka angielskiego, i zapytała, czy nie miałbym ochoty pójść do niej na lekcję, żeby uczniowie mogli sobie trochę popraktykować konwersacje. No i umówiliśmy się na piątek.

Nie miałem bladego pojęcia, co to będzie za szkoła, ani na jakim poziomie będą uczniowie. Okazało się, że szkoła nosi nazwę English Language Center. A uczniowie... No cóż, na początku był tylko jeden. Całkiem rozgarnięty gość, pracujący dla organizacji ochrony przyrody. Pogadaliśmy sobie trochę przed rozpoczęciem lekcji, zanim jeszcze pojawiła się nauczycielka. Potem powoli zaczęły pojawiać się uczennice, w łącznej liczbie trzech. Przez półtorej godziny próbowałem ich wszystkich razem namawiać do tego, żeby oglądali anglojęzyczne filmy (w Indonezji na szczęście mają napisy, a nie jakiegoś durnego lektora), szukali w internecie tekstów do swoich ulubionych piosenek (ale lepiej nie Snoopa ani Eminema), próbowali czytać, a przede wszystkim nie bali się gadać, niezależnie od mizernego poziomu ich własnej angielszczyzny. Przekonywałem ich, żeby nie przejmowali się specjalnie, że ich wymowa i składnia nie jest na zachwycającym poziomie, bo język to przecież tylko narzędzie komunikacji, a nie cel sam w sobie. Wydaje mi się, że do dwóch osób coś trafiło, jedno dziewczę zrozumiało może z 25 procent, a jedna - fakt, zupełnie świeża - uczennica raczej będzie musiała zapytać innych uczniów, co ten dziwny pan wygadywał i kto to w ogóle był.

W ramach poszerzania horyzontów zrobiłem im krótki pokaz zdjęć z podróży po Sulawesi oraz z mojego własnego, pięknego miasta. Najbardziej podobał im się Szczecin przysypany śniegiem. Nie wiem jednak, czy była to dobra zachęta do odwiedzenia zimnej Europy...

Było to jednak bardzo pouczające przeżycie także dla mnie. Dowiedziałem się, że wszyscy są chrześcijanami. Jedna dziewczyna pochodziła z Papui, reszta z Sulawesi. Dowiedziałem się, że weekendy spędzają głównie spacerując po centrach handlowych. Dowiedziałem się, że poza kolesiem od ochrony przyrody nikt z nich nigdy nigdzie nie wyjeżdżał, nawet do innych części Sulawesi. Dlatego zdjęcia z ich własnego kraju też im się bardzo podobały.

Po lekcji jedna z dziewcząt zaproponowała, żebyśmy wszyscy razem poszli na smażone banany. Ochoczo się zgodziłem, ale dziwne to trochę było, bo właściwie te banany to jadłem tylko ja. Ponieważ dziewczęta były straszliwie nieśmiałe, zaczęliśmy zabawę polegającą na tym, że ja mówiłem po indonezyjsku (tyle ile potrafiłem, czyli bardzo niewiele), a one mi odpowiadały albo mówiły to samo po angielsku. Oj, ciężko było. Po obu stronach. Ale jeśli udało mi się choć jedno z nich troszeczkę zachęcić do nauki, to misja niesienia kagańca oświaty została zrealizowana. A może nawet był to prawdziwy kaganek.

Ponieważ już nie miałem nic do roboty, a moi uczniowie rozjechali się do domów, sam poszedłem do szopingmola celem wybrania się na jakiś film. Filmy jednak były trochę za późno, więc poszwendałem się tylko. Przy okazji załapałem się na konkurs małoletnich kandydatów na modelki i modeli firmowany przez pewną firmę kosmetyczną. I chociaż to oni występowali na scenie, moja osoba też wzbudziła zainteresowanie branży kosmetycznej. Niewiele brakowało, a skończyłoby się to wspólną imprezą w jakiejś dyskotece czy klubie, do którego cała ekipa się wybierała wieczorem. Jednak rozsądek wziął górę nad pragnieniem rozrywki, i zamiast do klubu udałem się do wyra. W końcu czekała mnie pobudka o 4 rano i jazda na lotnisko. Szkoda trochę.

piątek, 13 sierpnia 2010, lachmani

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/08/14 00:40:29
a juz myslalam, ze i firma kosmetyczna jakas robote chciala Ci zaproponowac:-)








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...