Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
Blog > Komentarze do wpisu

Lachman pławi się w luksusie

W deszczowym Manado zadekowaliśmy się w jakiejś chińskiej knajpie i czekaliśmy na sygnał od pewnego tajemniczego człowieka o imieniu Waynzee (albo podobnie). Został nam polecony przez napotkaną na Togianach parkę jako właściciel dość taniego, acz przyzwoitego ośrodka na wyspie Bunaken. I doczekaliśmy się. Waynzee okazał się być wesołym, wygadanym konusem ze słuchawkami na uszach. I zabrał nas w inny świat, oddalony zaledwie o niecałą godzinę rejsu łodzią.

Nie żeby to był jakiś nie wiadomo jaki raj. Plaże na Bunakenie są po prostu ohydne, i jeśli ktoś chciałby na plaży właśnie spędzać większość swojego czasu, to lepiej niech wybierze inne miejsce. Ale jeśli ktoś lubi nurkować albo chociaż pływać z rurką, to Bunaken jest miejscem dla niego.

Waynzee zabrał nas do swojego ośrodka o nazwie Panorama. Co prawda panoramę to może widać z jednego domku, bo reszta jest schowana w głębi lądu, ale ogólne wrażenie było bardzo sympatyczne. 15 dolków za noc, pełne wyżywienie, które okazało się być przepyszne, obfite i urozmaicone, szczególnie dla nas, wygłodniałych przybyszy z Togianów. Był tylko jeden problem - akurat nie było wolnych miejsc.

Okazało się jednak, że rodzina Waynzeja prowadzi też sąsiedni ośrodek, Bunaken Island Resort, należący do jakiegoś zamożnego Holendra. I tam były miejsca. Tyle, że w Bunaken Island noc kosztuje od 45 dolków wzwyż. Ale zaproponowano nam, żebyśmy jedną noc tam przekoczowali za cenę pokoju z Panoramy, a potem się przenieśli.

Tak też się stało. Dostaliśmy willę, w której zwykle mieszka sam szef. Wielką, drewnianą, z ogromnym salonem, balkonem z obszernym hamakiem, dwiema sypialniami i przeszkloną, wielką łazienką. Więc propozycja została przyjęta z radością, i zaczęliśmy nawet dyskutować o tym, jaka to dobra karma nas otacza, że tak nam się poszczęściło. Jedynie perspektywa opuszczenia tego miejsca następnego ranka napawała nas smutkiem. Ale okazało się, że nasza dobra karma jednak działa. Rano ktoś z obsługi zapytał nas, czy nie chcielibyśmy zostać dłużej, płacąc tylko 25 dolków od łba (oczywiście w tajemnicy przed innymi, wypasionymi i zamożnymi gośćmi, płacącymi zwykłą cenę). Jak myślicie - zgodziliśmy się?

Angole kończyli swoją długą podróż po Azji (jeden z nich był w podróży od ponad roku), ja miałem lekko dość srania do dziury w podłodze i polewania się wodą z wiaderka, więc wszyscy uznaliśmy, że odrobina luksusu nam nie zaszkodzi. Pławiliśmy się w nim przez cały tydzień, popijając piwko na naszym własnym tarasie albo na tarasie stołówko-restauracji, wyposażonym w całkiem przyjemny widok na morze i sąsiednią wyspę-pagórek Manado Tua. Wśród ludzi mieszkających w Panoramie zaczęły krążyć legendy o niebywałych rozmiarach naszych łóżek i łazienki, zaczęliśmy być złośliwie nazywani VIPami, a do naszej willi przychodziły pielgrzymki, które zawsze wydawały głośne okrzyki zachwytu i zazdrości. Zwłaszcza, że bakpakerom z Panoramy zwierzyliśmy się, jak relatywnie niewielkie pieniądze płacimy za te wszystkie zbytki.

A skoro o zbytku mowa, to nie da się nie wspomnieć o jedzeniu. Codziennie na stole lądowała jakaś wielka ryba, a moment kulminacyjny nastąpił w przededniu mojego wyjazdu, kiedy Angole wybrali się na połów razem z rodzinną starszyzną. Nie było ich cały dzień, ale wrócili z ogromnym marlinem, który oczywiście trafił na nasz stół. Czegoś takiego jeszcze w życiu nie jadłem...

poniedziałek, 09 sierpnia 2010, lachmani

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/08/09 09:53:06
dżizys ale ryba!








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...