Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
Blog > Komentarze do wpisu

Przez góry do dziury

Prawie udało mi się załatwić transport do Labuanbajo następnego dnia z tym samym maniakalnym kierowcą, ale niestety nie wypaliło. Więc musiałem zostać w Bajawie jeszcze jeden nudny dzień. W sumie okazał się jednak całkiem ciekawy, bo zdążyłem zjeść przepyszne smażone banany, poznać chudą, zagubioną Francuzkę z kolczykiem w oku, poznać parę podróżujących rodaków z poharatanymi nogami (trzeba patrzeć pod nogi), wejść na pagórek, obejrzeć parę chmurek, wypić sok z  cyfomandry grubolistnej (zwanej też tamarillo), oraz załatwić sobie transport na dzień następny. Więc jednak nie był to dzień całkiem stracony.

Podróż do Labuanbajo właściwie nie zasługiwałaby w ogóle na wzmiankę dłuższą niż jedno zdanie, gdyby nie dziwna postać naszego kierowcy. Koleś ten o imieniu Jemmi pojawił się dnia poprzedniego jako znajomy Lili, czyli chudej Francuzki. Okazało się, że jedzie do Labuanbajo, więc może nas zabrać. Nawet nie bardzo chciał rozmawiać o pieniądzach, co było lekko podejrzane. Szczerze mówiąc w ogóle nie udało mi się go rozgryźć - najpierw sprawiał wrażenie lekko narwanego małolata z wypasionym autem wyposażonym w liczne lusterka, głównie wewnętrzne, po drodze zrobił się całkiem sympatyczny, zabrał nas nawet do swoich znajomków pędzących palmowy bimber, czyli słynny arak, ale potem zaczął zachowywać się jak kompletny kretyn, wykrzykując jakieś bzdury, rozjeżdżając kury i celowo niszcząc piłki dzieciom w mijanych wioskach. Był jednak na tyle uczynny, że kiedy w Labuanbajo okazało się, że nigdzie nie ma wolnych miejsc, jeździł ze mną po mieście tak długo, aż coś się w końcu znalazło. W końcu jednak kasę wziął, ale musiałem go usilnie namawiać.

Ale zanim dotarliśmy do Labuanbajo, obejrzeliśmy sobie naprawdę przyjemne krajobrazy po drodze. Zwłaszcza odcinek między Ruteng a Labuanbajo był wyjątkowo urokliwy, na zmianę pokryte lasem góry i zielone pola ryżowe na otwartych płaskowyżach. Więc tych 10 godzin jazdy było chociaż trochę urozmaiconych widoczkami. Też sobie pooglądajcie.

W Bajo już na starcie zrobiłem poważny błąd. Zamiast jak prawdziwy podróżnik od razu ruszyć w miasto organizować sobie zajęcie na kolejne dni, ja zapragnąłem chwilę odpocząć. W sumie należało mi się po 11 godzinach w podróży, ale efekt był taki, że kiedy w końcu wyszedłem z hotelu, wszystkie sklepy nurkowe były zamknięte. Zresztą nie robiło to wielkiej różnicy - i tak nie było miejsc na następny dzień. W większości nie było też miejsc na kolejne dni. Więc po krótkiej konwersacji z jakimiś wcześniej spotkanymi ludźmi poszedłem po prostu spać. W niezbyt dobrym nastroju.


niedziela, 22 sierpnia 2010, lachmani

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/08/24 23:23:28
co to bylo, w tym czerwonym garze? ten wspomniany miejscowy bimber?
-
2010/08/30 09:03:15
W garze czerwonym jest fermentujący sok palmowy, z którego potem po destylacji powstaje arak. Albo coś w ten deseń, nie jestem specem od bimbru.








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...