Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
Blog > Komentarze do wpisu

To nie tak miało być

Po dwóch dniach i nocach spędzonych w tanim guesthousie w Kucie wróciłem na lotnisko i z godzinnym opóźnieniem poleciałem na wschód. Maumere pewnie nikomu nic nie powie, Flores pewnie też niewiele. Zerknijcie więc na mapkę. Jak znajdziecie Bali, to zaraz na wschód od niej jest Lombok, potem poszarpana Sumbawa, a zaraz potem Flores. I tam właśnie się znalazłem. A może raczej TU niż TAM.

Pierwsze odczucie było dość zaskakujące. Chłód? A jednak. Nie żeby zimno jakoś było, ale zdecydowanie chłodniej niż na Bali, nie wspominając już o gorącym i wilgotnym Sulawesi. Wyszedłem z lotniska i wpadłem w łapy nieco agresywnych naganiaczy taksówkowych. Pierwszy wyskoczył z ceną 50 tysięcy za króciutki kurs do miasta. Roześmiałem mu się w twarz. Drugi się zgodził jechać za 20. Wtedy ten pierwszy też chce za 20. Ale ja już jadę z drugim. Drugi jednak pyta, na który terminal chcę jechać. A nie, na ten to za daleko. To 30. No to ja... pojechałem za 12 motocyklem.

Po drodze pomyślałem sobie, że to Maumere całkiem przyjemnie wygląda, i że szkoda, że nie spędzę tam nawet 15 minut. Spędziłem jakieś 10, pstrykając fotki paradującym w kolorowych strojach dziewczętom. Zdaje się, że trenowały przed 17 sierpnia. Zresztą wszystkie miejscowości po drodze były dość mocno upstrzone flagami, zapewne na ten jakże ważny w historii Indonezji dzień.

Mototaksiarz zawiózł mnie prosto do autobusu jadącego do Moni. Autobus nie był zbyt komfortowy, ale że to niedaleko (100 km, czyli jakieś 3-4 godziny jazdy), nie przejąłem się tym zbytnio. Początkowo moją uwagę zaprzątały cokolwiek idiotyczne negocjacje ceny z pomagierami kierowcy. Najpierw padła cena 50 tysięcy, która oczywiście była z sufitu. Zignorowałem ją. Kiedy już siedziałem w autobusie, pojawiła się kwota 60 tysięcy, która już nie była z sufitu, tylko z księżyca. Kiedy powiedziałem, że przed chwilą było 50, i powtórzyłem to po indonezyjsku, pani siedząca obok mnie zaczęła się śmiać. Więc jasne było, że ta kwota jest grubo przesadzona. Na szczęście uwaga pomagiera została odwrócona przez jakiegoś innego pasażera i dyskusja zakończyła się bez konkretnego rezultatu. Jak wiele podobnych konwersacji w kolejnych dniach.

Autobus sobie jechał, współtowarzysze podróży z zainteresowaniem zerkali na brudnawego białasa, a białas się nudził na swoim niewygodnym siedzonku z tyłu. Kiedy już prawie byliśmy w Moni, oczywiście zatrzymaliśmy się na jedzenie. Kibel w przydrożnej knajpie oczywiście wzbudziłby natychmiastowy odruch wymiotny u przeciętnego polskiego tirowca, ale za to w samej knajpce na wyeksponowanym miejscu stał nowiutki, płaski telewizor. Nowoczesność w domu i zagrodzie. Szkoda, że do kibla jeszcze nie dotarła.

Ja za to dotarłem w końcu do Moni. Wcisnąłem pomagierowi zwitek banknotów do ręki i poszedłem sobie. Nie mieli wyjścia, musieli zaakceptować 35 tysięcy. I tak o jakieś 10 za dużo.

W Moni nie ma zbyt wielu miejsc do spania, więc trzeba było zaakceptować to, co dawali. A dawali średnio fajny pokój za również absurdalną cenę 15 dolków. Zresztą miało się okazać, że to taki standard na Flores - podłe pokoje za gruby szmal. No ale co było robić. Łyknąłem pokoik, a przy okazji spojrzałem na listę gości. A tam dwa polskie nazwiska. Żeńskie. No to spytałem mojego zjaranego, rastafariańskiego gospodarza, gdzie te panie. No że w knajpie. To pobiegłem do knajpy (daleko nie było). I faktycznie, spotkałem dwie Rodaczki, podróżujące wynajętym samochodem z kierowcą i makaronem-przybłędą. Pogadaliśmy sobie trochę, i okazało się, że będę mógł się z nimi zabrać następnego dnia na Kelimutu.

Bo to z powodu Kelimutu w ogóle znalazłem się w tej podłej dziurze. Taką tajemniczą nazwę nosi wulkan, leżący jakieś 10 km od Moni, niezbyt wysoki, za to wyposażony w trzy kolorowe jeziorka. Jakby tego było mało, jeziorka ponoć okresowo zmieniają barwy. Zapewne jest to związane z aktywnością wulkanu i uwalnianymi przezeń minerałami, ale kto go tam wie. Grunt że jeziorka są kolorowe i białasy koniecznie chcą je oglądać. Ponoć dla lokalsów jeziorka są święte, a na dodatek to do nich właśnie trafiają po śmierci ludzkie dusze. Moja dusza na pewno trafi więc do tego czarnego, przeznaczonego dla tych nie całkiem zdrowych na umyśle.

Dziś, już po odwiedzeniu Kelimutu, zupełnie nie wiem czemu wszyscy koniecznie chcą tam być o świcie. Znaczy wiem, że chcą oglądać wschód słońca, ale jakkolwiek ładny by on nie był, nie ma kompletnie nic wspólnego z samym wulkanem ani z jeziorkami. Mało tego, jeziorka najlepiej wyglądają w pełnym słońcu. A słońce zaczyna docierać do powierzchni jeziora dopiero jakieś półtorej godziny po wschodzie. Tyle że wtedy większość białasów już zbiera manatki i drepcze z powrotem na parking. Ja zresztą też podreptałem, bo po pierwsze byłem trochę uzależniony od moich dobroczyńczyń (!), a po drugie i tak chmury uniemożliwiały zobaczenie jeziora w pełnej krasie. Co nie zmienia faktu, że było całkiem ładnie. Ale nie jestem pewien, czy ten widok był wart wszystkich związanych z nim poświęceń. Zwłaszcza, że jeziora miały być zielone, brązowe i czarne. No ale brązowego jakoś nie zauważyłem, za to zielone się rozdwoiło. Może kiedy indziej muszę przyjechać.

Z Kelimutu pospacerowaliśmy sobie ścieżynką w dół, przez pola i wioski, z powrotem do Moni. Trochę spociliśmy się po drodze, bo słonko akurat zaczęło przygrzewać, ale ogólnie przyjemy był to spacerek. A w Moni przyszło się pożegnać z Rodaczkami, które jechały na wschód, czyli dokładnie odwrotnie niż ja.

W związku z tym pojawił się problem transportowy. Mogłem pojechać do Ende, zanocować tam i próbować ruszyć następnego dnia do Labuanbajo, ale ten następny dzień byłby najbardziej męczącym w tej podróży, bo polegałby na spędzeniu jakichś 15 godzin w autobusie. Ponieważ jestem wygodnicki i takie rzeczy mnie nie kręcą, spiknąłem się z parą Holendrów i wynegocjowaliśmy w miarę rozsądną cenę za podwiezienie samochodem do Bajawy. Samochód miał jednak odjechać dopiero późnym popołudniem, więc przyszło nam spędzić jakieś trzy godziny w przydrożnej knajpce. Jakże pouczające były to godziny! Dowiedzieliśmy się na przykład, że do sporządzenia rachunku potrzebne są co najmniej dwie osoby, a żmudny ten proces trwa około pół godziny i nie zawsze kończy się sukcesem za pierwszym razem. Na szczęście białasy umieją liczyć i czasem pomogą.

Nasz kierowca okazał się być kompletnym maniakiem, więc do Bajawy, zamiast w 7 godzin, dojechaliśmy w 4. Nawet mi się podobało, mimo faktu, że parę razy ledwo zmieściliśmy się w zakręt. Jak mówi pewne rajdowe powiedzonko: Nie, prędkość była OK, tylko zakręt za ciasny.

piątek, 20 sierpnia 2010, lachmani

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: mama, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/08/20 16:53:50
Śliczne te jeziorka. A stópki ...








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...