Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
Blog > Komentarze do wpisu

Tydzień daleko od szosy

Z Bomby do Wakai, jedynego chyba miejsca na Togianach zasługującego od biedy na miano miasteczka, wyposażonego nawet w przekaźnik telefonii komórkowej (aktualnie niesprawny), można się dostać publiczną łodzią (bo promem to to ciężko nazwać). Pod warunkiem, że uda się tę łódź zatrzymać na otwartym morzu. Dzień przed naszym wyjazdem z Bomby sztuka ta nie udała się pewnej francuskiej rodzinie, więc musieli biedni zostać o dzień dłużej. Dzięki temu wynajęcie małej i powolnej łódki, która zawiozła nas do Wakai, kosztowało jedynie 7 dolków od osoby, bo było nas osiem twarzy. Nużąca była ta podróż niezmiernie, ale udało mi się nawet zdrzemnąć, mimo okrutnego hałasu dwóch rozklekotanych silników, trzymających się łodzi na słowo honoru.

W Wakai wyrzuciliśmy Francuzów, upewniliśmy się, kiedy odpływa prom na północ, i daliśmy się naszemu sympatycznemu Kapitanowi No Problem i jego pomagierowi o ksywce Mr Happy zawieźć na Kadidiri. To taka wysepka 30 minut łodzią od Wakai. Na niewielkiej plaży ściśnięte są trzy resorty. Nazywają się bardzo stosownie: Paradise (jest najdroższy), Black Marlin (nieco tańszy, nastawiony głównie na nurków), oraz Lestari. Ten ostatni to kompletna nora. I oczywiście w niej właśnie się zatrzymaliśmy. W sumie nie ma w tym nic dziwnego, skoro za 11 dolków dziennie można mieć dach nad głową i wyżywienie. I to w takim miejscu.

Słyszałem o Togianach opinie niemal skrajne. Od absolutnego zachwytu do... może nie miażdżącej krytyki, ale przynajmniej lekkich rozczarowań. I było w nich trochę racji. Bo są miejsca z ładniejszym piaskiem (na przykład Boracay albo choćby Międzyzdroje), są plaże bez zielonego zielska, są szersze i są dłuższe. Ale nie widziałem jeszcze nigdzie takiej przejrzystej wody. Może nie przy samej plaży, ale kiedy popłynąłem na pierwsze nurkowanie, z głębokości 35 metrów wyraźnie widziałem fale i promienie słońca na powierzchni. Rafy są piękne, ryb mnóstwo, widoczność wręcz niewiarygodna. Właściwie to chciałoby się tu spędzić cały miesiąc, a nie tylko cztery dni...

To pierwsze nurkowanie było w miejscu o nazwie The Gap. Ładnie było. Nawet bardzo. Popłynąłem z wyjątkowo wyluzowanym francuskim instruktorem z Kadidiri Paradise, który nawet nie zapytał mnie o certyfikat nurkowy. Widać mam wypisane na twarzy, jaki to ze mnie wypasiony nur. Tymczasem w Czarnym Marlinie jest dokładnie odwrotnie. Wszystko jest opisane, skatalogowane, sformalizowane i uporządkowane. Tak jest na pewno sprawniej i bezpieczniej, ale atmosfera nie jest przez to zbyt fajna.

Z Marlinem i jego chyba trochę zbyt pazernym właścicielem wiąże się ciekawa historyjka. Otóż Marlin dzieli plażę z tanią norką o nazwie Lestari, która jest własnością lokalnej rodzinki. Właściciel Marlina, chociaż miał już jakieś dwie trzecie długości plaży, chciał mieć więcej. Wezwał więc geodetów, żeby dokładnie zmierzyli, co do kogo należy. I okazało się, że jego bar i baza nurkowa stoją na cudzej ziemi. Oczywiście należącej do Lestari. Przegrał chłopina sprawę w sądzie i nie tylko musi zapłacić lokalnej rodzince kilkadziesiąt tysięcy dolarów za nieuprawnione korzystanie z ich terenu przez ostatnich paręnaście lat, to musi też się za jakiś czas z ich ziemi wynieść. Tak to jest, jak się chce przedobrzyć. Z drugiej strony lokalna rodzinka, mimo że teoretycznie jest (albo zaraz będzie) dość bogata, wydaje się nie mieć kasy na zrobienie porządnego kibla dla swoich kilku podłych domków.

Z Czarnym Marlinem popłynąłem na drugie nurkowanie. Celem był unikatowy zdaje się w skali światowej wrak amerykańskiego bombowca B-24, który po awarii silnika lądował na wodzie niedaleko Wakai w maju czterdziestego piątego. Załoga się uratowała, zabrał ją do domu ratunkowy wodnosamolot, a B-24 popływał sobie jeszcze trochę na powierzchni, a potem osiadł na głębokości około 20 metrów. Osiadł tak szczęśliwie, że nie pouszkadzał się za bardzo, i można go do dziś oglądać w stanie niemal nietkniętym. No to sobie pooglądaliśmy. Warto było wydać tych 30 dolków. Oczywiście nie mam żadnych własnych fotek, ale coś w sieci się pewnie znajdzie.

Liczę też na to, że mój hiszpański towarzysz trzeciego, najbardziej genialnego nurkowania, okaże się człowiekiem słownym i honorowym. On swoją obudowę podwodną wziął w całości, mało tego, pstryknął nawet kilka zdjęć. I dziwnym jakimś trafem w kadr wpadła mu wielka manta, którą dostojnie przepłynęła jakieś trzy metry od nas w miejscu zwanym Mini Canyon. Widoczność sięgała jakichś absurdalnych 50-60 metrów, aż nie chciało się wierzyć. I tak właśnie, z solidnym przytupem, zakończyłem swoje togiańskie nury.

Właściwie to na tym całym Kadidiri poza nurkowaniem nie ma zbyt wiele do roboty. Można sobie popływać z rurką (albo bez), gapiąc się na ryby. Nie tylko ryby zresztą, bo ponoć w pobliżu pojawiają się słonowodne krokodyle, które w Wakai pożerają czasem psy, koty i kozy. Nikt nie opowiadał żadnych mrożących krew w żyłach historii o ludziach pożartych przez krokodyle, ale są też inne niebezpieczne stwory, takie jak węże czy skorpiony. Lepiej wytrzepać pościel przed pójściem spać. No i lepiej spać pod moskitierą, bo niezależnie od sielankowej atmosfery jest to rejon malaryczny.

Można sobie popłynąć z ekipą z Pondok Lestari na łów i upolować na przykład barakudę, a potem zjeść ją na kolację wraz z dwudziestką równie wygłodniałych bakpakerów. Można kajakować po okolicy, co zresztą radośnie uczyniłem któregoś pięknego popołudnia wraz z pewną szwajcarską studentką. Można w ramach robinsonowania na parę dni wypuścić się na pobliską wyspę Taipi, gdzie jest parę domków i niewielka plaża. Można łoić drogie bronki albo tani, ale kacogenny arak lokalnej produkcji. Można nie robić nic, leżeć w hamaku i gapić się tępo w niebo albo w wodę. Można grać na rozstrojonej gitarze albo słuchać jak rzępolą na niej lokalsi lub muzycznie utalentowani przyjezdni, jak pewien słoweński inżynier dźwięku, który znał chyba każdą możliwą piosenkę, jaką puszczono w radiu w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat. Można iść na spacer do dżungli, ale z jakiegoś powodu nikt chyba tego nie robi. Nie można za to poSMSować ze znajomymi ani zobaczyć co słychać u znajomych na Mordoksiążce, bo zasięgu komórkowego brak, nawet jeśli maszt w Wakai działa. Można schudnąć, bo nawet w droższych miejscach jedzenia nie ma zbyt wiele. Można łatwo wydać wszystkie pieniądze, jeśli przywiezie się zbyt mało gotówki.

I można mieć problem z wyjazdem, jeśli człowiek się za bardzo rozleniwi, albo fale okażą się zbyt wysokie dla małych łupinek wożących ludzi do Wakai i z powrotem. Nasz wyjazd nie obył się bez walki z dwumetrowymi falami zalewającymi pokład naszej łódeczki, która na pewno nie była pełnomorską. Ale jakoś dopłynęliśmy do Wakai, gdzie wsiedliśmy na zdecydowanie pełnomorski prom płynący do Gorontalo.

Nie było to przeżycie z gatunku bardzo niebiezpiecznych - prom wyjątkowo nie był przeładowany, można było spokojnie znaleźć sobie w miarę wygodne miejsce do spania - albo na materacu za dolka, rozłożonym wśród śpiących Indonezyjczyków, albo w klasie biznis, kosztującej dwa dolki więcej, klimatyzowanej i z rozkładanymi fotelami, albo też w czterosobowej kajucie, za którą załoga kasuje około 30 dolków. Ja wybrałem opcję najtańszą i spało mi się całkiem dobrze, mimo ryczącego telewizora i braku sygnału z satelity przez 70 procent czasu trwania filmu.

O 3 rano zbudził mnie niezrozumiały komunikat płynący z głośników i pokrzykiwania innych pasażerów. Dopłynęliśmy do Gorontalo. Tam czekało mnie pożegnanie z Gosią, która postanowiła zostać tam na parę dni, oraz chaotyczna procedura negocjacyjna związana z transportem do Manado. Angielsko-amerykańskiej trójce i mnie samemu zależało na tym, żeby do Manado dojechać jak najszybciej. Można było poczekać na autobus, ale podróż zajęłaby nam wtedy cały dzień. A naszym marzeniem było jak najszybsze znalezienie się na wyspach Bunaken, gdzie mieliśmy kontynuować nurkowo-plażowy ciąg. Więc przepłacając dość poważnie wzięliśmy po prostu długodystansową taksówkę (kijang) z portu w Gorontalo do samego Manado.

Zamieszanie było okrutne, bo samochody były tylko trzy, a chętnych białasów cała masa. W końcu okazało się jednak, że ceny są zbyt wygórowane, i większość turystów zdecydowała się na publiczny autobus albo jakieś minibusy. My byliśmy całkiem zadowoleni z naszego drogiego wyboru, bo w ciągu 7 godzin znaleźliśmy się w Manado. Po drodze zaliczyliśmy kilka sytuacji "o mały włos", obejrzeliśmy przedwyborczą kampanię i wysłuchaliśmy partyjnych pieśni (zdaje się jakieś regionalne wybory są za chwilę), oraz pospaliśmy nieco.

Manado przywitało nas hałasem, tłokiem i smrodem typowym dla indonezyjskich metropolii. Do tego znowu lało. Nastroje mieliśmy więc minorowe. Ale oczywiście nie mieliśmy bladego pojęcia, jak bardzo miały się zmienić w ciągu następnych paru godzin...

niedziela, 08 sierpnia 2010, lachmani

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...