Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
Blog > Komentarze do wpisu

Kawka z kupy kota

Po intensywnym wulkanicznym dwuboju i krótkim odpoczynku uświadomiłem sobie, że mój czas na Jawie się kończy. Trzeba się było ograniczać, jeśli chodzi o miejsca do odwiedzenia. Więc się ograniczyłem do miasta Yogyakarta, zwanego powszechnie i pieszczotliwie Dżogdżą, oraz okolic tejże Dżogdży.

Najpierw jednak trzeba było do Dżogdży dojechać. Wbrew moim zwyczajom znów wsiadłem do turystycznego gringobusa, a właściwie dwóch. I znów był to błąd, bo podróż, choć dość wygodna, trwała zdecydowanie dłużej niż powinna. Jej głównym efektem, przynajmniej dla mnie, było spotkanie z dwójką rodaków, którzy podróżowali stopem od Sumatry aż do Bali, śpiąc u ludzi z Couchsurfing, a zatem zupełnie po kosztach. Czyli się da, a Wy, matołki, w domach siedzicie albo w jakichś tureckich hotelowych molochach się kisicie z wielorybami za gruby szmal.

Niestety w Probolinggo nasze drogi się rozeszły, rodacy pojechali na wschód, oczywiście stopem, a ja, jak ten ostatni leszcz, wsiadłem do kolejnego turystycznego minibusa i dałem się powieźć do tej nieszczęsnej Dżogdży. Nudne to było okrutnie, towarzystwo też było raczej nudne, a kiedy po wysiadce na pełnej hoteli i guesthousów dżogdżańskiej uliczce białasy zaczęły wertować swoje LąliPlanety, odwróciłem się na pięcie i poszedłem w swoją stronę. Po jakichś 7 minutach leżałem w całkiem przyjemnym, choć ciasnawym pokoiku w przyzwoicie tanim hotelu.

Czasu na Dżogdżę miałem bardzo niewiele, ale też jakoś nie bardzo miałem ochotę na dogłębne zwiedzanie. Olałem pałac sułtana, odwiedziłem za to targowisko z ptakami i innymi przedstawicielami świata zwierząt. Przejechałem się rikszą, pojadłem snakefruity, rambutany i uliczne mięsko, ale przede wszystkim zakosztowałem czegoś całkowicie gównianego.

Być może niektórzy z Czytelników słyszeli o pewnym specyficznym gatunku kawy, noszącym nazwę kopi luwak. Kopi to kawa. A luwak to pewien gatunek leśnego ssaka, nazywany po polsku łaskunem. Taki leśny kot, w dużym uproszczeniu. I tenże łaskun zwany luwakiem uwielbia jeść owoce kawowca. Ale nie bardzo jest w stanie je strawić, więc je wydala, tylko lekko nadtrawione. Te wysrane przez łaskuna ziarna kawy są zbierane przez pracowników plantacji, myte (mam przynajmniej taką nadzieję), a potem suszone, palone i generalnie traktowane jak każda normalna kawa. Tyle, że cena kawy z gówna łaskuna nie jest normalna. Ponoć w Londku Zdrój jest jakaś kawiarnia, gdzie można skonsumować filiżankę kopi luwak (a raczej jej mieszankę z jakąś kawą z Jamajki) za 50 funtów.

Tyle, że ja nie jestem aż tak chory na głowę, żeby taką kasę na kawę wydawać. Ale tak się szczęśliwie składa, że kopi luwak jest zbierana właśnie w Indonezji (a także na Filipinach i w Timorze Wschodnim). I w jednym z centrów handlowych w Dżogdży można się jej napić za zdecydowanie mniej niż 50 funtów. Więc w swój ostatni wieczór na gościnnej indonezyjskiej ziemi sączyłem ze smakiem gównianą kawkę. Nie jestem jakimś wielkim kawoszem-smakoszem, więc ciężko mi było zauważyć jakąś wielką różnicę między kawą z kupy a jakąkolwiek inną. Ale żadnego posmaku kału też nie wyczułem.

Zdecydowanie większą atrakcją okolic Yogyakarty, także pod względem rozmiarów, był Borobudur. Zwany w skrócie Boro. To świątynia taka, buddyjska, leżąca 40 km od Dżogdży. Duża jest, ponoć jedna z największych na świecie. I rzekomo trzeba tam pojechać. Większość ludzi z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu jeździ tam o świcie, zrywając się z wyra przed 5 rano. Ja nie miałem ochoty tak się katować dla jakiejś tam świątyni. Więc postanowiłem pojechać po południu, i do tego skuterem. Pożyczyłem go obok mojego hoteliku, i ruszyłem sobie na północ. Trochę się obawiałem intensywności lokalnego ruchu kołowego, ale nie było tak źle. Po paru kilometrach przywykłem do specyficznego jawajskiego stylu jazdy, i ochoczo przepychałem się do przodu podczas postoju na światłach. Droga do Boro była całkiem przyjemną, szeroką dwupasmówką. Ruch w mieście był spory, ale potem zrobiło się raczej pusto. Więc mimo mojego jednośladowego inwalidztwa jechało mi się nieźle. Dotarłem do Boro jakąś godzinę przed zamknięciem. I ta godzina w zupełności wystarczyła mi na zwiedzanie. Najpierw zostałem przywitany w budynku z napisem "International Visitors", wydałem kasę na bilet, a w prezencie dostałem butelkę wody. Podejrzewam, że goście krajowi nie dostają takiej fantastycznej butelki.

Boro składa się z dziewięciu poziomów, na każdym z nich jest masa kamiennych reliefów, a na najwyższym poziomie postaci Buddy pochowane w ażurowych stupach-kokonach. Więc kroczyłem leniwie po platformach, tępo gapiąc się na pokryte rzeźbami ściany. Ludzi nie było zbyt wielu, nikt mi nie przeszkadzał, zresztą nie bardzo było w czym przeszkadzać. Specjalnie zachwycony nie byłem, chociaż absolutnie nie żałuję tej wizyty. Ale sama przejażdżka była chyba fajniejsza od jej celu.

I tym kawowo-świątynnym akcentem zakończyła się moja tułaczka po indonezyjskich wyspach i wysepkach. Ale nie cała podróż. Miałem jeszcze parę rzeczy do zrobienia.

poniedziałek, 27 września 2010, lachmani

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...