Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
Blog > Komentarze do wpisu

Piekło jest piękne

Droga do Piekła była kręta, kamienista i wiodła - o dziwo - pod górę. W kilku miejscach dziurawy asfalt zamieniał się w kupę mokrego, ubłoconego gruzu, a nasz samochód nie bardzo był w stanie podjechać pod górę. Wyglądało to marnie, ale pojawili się pracownicy Piekła, którzy z uśmiechem na ustach popchnęli auto i wzięli po papierosie w rewanżu. Więc po jakiejś godzinie znaleźliśmy się na parkingu przy biurze Parku Narodowego Piekło. Wstęp do Piekła kosztuje zdaje się 30 tysięcy rupii od łba i 15 tysięcy od szkła, czyli aparatu. Co prawda miałem trzy, ale przesadą byłoby płacić od każdego z osobna. Więc biedniejszy o 5 dolków podreptałem wraz z parką Francuzów i samozwańczym, uśmiechniętym przewodnikiem pod górę, zupełnie nieświadomy, co mnie czeka.

Pierwszą oznaką tego, że coś złego dzieje się u góry, była spora ilość niewyrośniętych, zniszczonych mężczyzn, drepczących pod górę z pustymi koszami na ramionach. Co jakiś czas pojawiali się też faceci schodzący z góry w milczeniu. Ich milczenie szybko się wyjaśniło - kosze na ich ramionach były pełne żółtawych skalnych odłamków. Na pierwszy rzut oka wyglądały na żółty styropian, i raczej bym nie pomyślał, że zawartość koszy może ważyć ładnych kilkadziesiąt kilo. Faceci zdawkowo odpowiadali na "selamat pagi" (dzień dobry), ale chętnie pozowali do zdjęć, prosząc o papierosa w zamian. Na szczęście Francuz zaopatrzył się zawczasu w zapas lokalnych rakotworów, i ratował mnie przed utratą twarzy. Potem pojawił się mały sklepik-kafejka w połowie drogi, i miałem już własny zapas trucizny dla strudzonych piekielnym wysiłkiem robotników.

Ten żółty styropian w koszach na ich ramionach był niemal czystą siarką. A jeden ładunek waży od 60 do nawet 100 kilo. Kiedy nasz przewodnik-żartowniś zaproponował, żebym spróbował podnieść jeden z koszy, zgodziłem się ochoczo. Ale okazało się to fizycznie niewykonalne. Ostatecznie dwóch robotników przytrzymało kosz, a ciężar spoczął na moich ramionach. Byłem w stanie go utrzymać, przynajmniej przez kilkanaście sekund, ale o wykonaniu jakiegokolwiek kroku nie było mowy. Ja wiem, cherlak ze mnie, ale możecie sobie wyobrazić, co dla kręgosłupów i stawów oznacza regularne noszenie takich ciężarów pod górę i w dół przez kilkadziesiąt lat. Nic dziwnego więc, że faceci w żółci nie bardzo mieli ochotę na pogaduszki.

Powoli i dość łagodnie maszerowaliśmy pod górę, z przerwą na herbatkę i zakup fajek, aż naszym oczom zaczęły ukazywać się ładne widoczki. Najpierw był to zielony krajobraz zwieńczony dwoma wulkanicznymi stożkami w oddali. Przez chwilę wydawało mi się, że jest całkiem ładnie. Ale potem doszliśmy do krawędzi krateru Ijen. I oniemiałem. Z wrażenia. Chyba już wiadomo dlaczego.

Najpierw wydawało mi się, że jestem w raju. Błękit nieba, białe chmurki, skały, zielone jeziorko w dole, będące zresztą prawie czystym kwasem siarkowym. Tylko ten żółty dym zwiastował coś złego. Ale wciąż nieświadom podreptałem wraz z przewodnikiem w dół, do krateru, częstując papierosami gramolących się pod górę facetów z siarką na grzbietach. Niektórzy się nawet uśmiechali. Więc i ja się uśmiechałem, częstując ich papierosami, nie tylko z powodu ich uśmiechów, ale głównie z powodu niewiarygodnie pięknego widoku, który zmieniał się co chwilę w zależności od wiatru i chmur.

Ale kiedy zeszliśmy na dół, przestałem się uśmiechać. Chociaż nasz przewodnik rozdał nam maski, nie zdawałem sobie sprawy z tego, co może oznaczać choćby jeden wdech żółtego, siarkowego dymu. Moje płuca wypełniły się ogniem, uniemożliwiającym wzięcie kolejnego oddechu, już przez maskę. Przez jakąś minutę myślałem, że umieram. Do tego moje oczy spłynęły siarczystym deszczem łez. Ja wiem, że pompatyczność tych opisów może wywołać grymas rozbawienia na Waszych twarzach, ale mnie zupełnie nie było do śmiechu. W końcu wiatr się zmienił, a ja - kaszląc i łzawiąc -  mogłem wreszcie wziąć normalny oddech.

Nagle cała ta niebiańska rozkosz związana z widokami zmieniła się w chęć ucieczki. Z maskami na twarzach rozglądaliśmy się nerwowo, próbując przewidzieć kierunek wiatru i przemieszczania się trującej chmury. A tymczasem robotnicy, niektórzy bez masek, niektórzy tylko z chustami na twarzach, pracowicie zbierali siarkę do koszy w kłębach piekielnego dymu.

Udało nam się wytrzymać na dole kilkanaście minut. Jednak wiatr był na tyle złośliwy, że nieznośny dym co chwilę przeganiał nas z miejsca na miejsce. W końcu trzeba było się zbierać na górę. Nawet z lekkim plecakiem ten spacerek nie należał do najłatwiejszych. To, co muszą codziennie przeżywać tragarze, całkowicie przerasta moje zdolności pojmowania.

W międzyczasie nasz przewodnik strasznie się przejął tym, że zostawiłem swój mały aparacik na krawędzi krateru. Ja sam byłem ciekaw, czy ktoś się na niego połasi. Ale nikt się skusił, i dzięki temu wkrótce na łamach blogaska pojawi się piękny, piekielny, siarczysty przyspieszacz.

Kiedy wyszliśmy na górę, cały krater spowijały chmury. Już nie było widać piekła na dole. Schodziłem na dół z ulgą, że nie muszę już oddychać tym żrącym powietrzem. Ale też ze smutną refleksją, że dla setek ludzi praca w piekle jest codziennością. Dostają za nią około 12 dolarów dziennie. I rzadko dożywają pięćdziesiątki. Pomyślcie o tym, kiedy następnym razem będziecie chcieli narzekać na swoją robotę.

czwartek, 09 września 2010, lachmani

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...