Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
Blog > Komentarze do wpisu

Zaginiona Biblia i korek na wulkanie

Po wizycie w piekle Ijen oślepłem. Na szczęście tymczasowo. Prawdopodobnie sprawiła to siarka, która znalazła się w moich oczach. Kiedy jednak ślepota minęła, wpakowałem się do prawie pustego, silnie klimatyzowanego autobusu, który mnie i nielicznych współpasażerów zawiózł do Probolinggo. Nie obyło się bez pewnych problemów, kiedy pomagier kierowcy usiłował mnie i dwóch innych białasów wysadzić gdzieś na kompletnym zadupiu, twierdząc, że to właśnie jest Probolinggo. Kiedy stwierdziliśmy, że chyba coś jest nie tak, i postanowiliśmy nie wysiadać, zaczęła się drobna słowna przepychanka między pomagierem a jednym z indonezyjskich pasażerów, który stanął po naszej stronie. Ostatecznie pojechaliśmy dalej, a do celu dojechaliśmy po prawie całej godzinie jazdy. O co tak naprawdę chodziło temu matołowi - nie mam pojęcia.

W Probolinggo chciałem się przesiąść na jakieś bemo jadące w stronę wulkanu Bromo, ale było już za późno, i byłem skazany na turystycznego gringobusika. Najpierw wyglądało na to, że będę jedynym pasażerem, ale szybko pojawiło się całe stado białasów, tak wielkie, że miałem ochotę uciec w panice. Ale ostatecznie dałem się zapakować do ciasnego wnętrza, tylko po to, żeby po kilku minutach wysiąść pod supermarketem, gdzie turystyczna młodzież różnych nacji postanowiła zrobić zakupy. W ich trakcie okazało się, że troje niezbyt rozgarniętych Rosjan pozostawiło w turist-agenturze rzecz niezwykle ważną i cenną, żeby nie powiedzieć absolutnie niezbędną. Rzecz, bez której przetrwanie w tak dzikim i niebezpiecznym kraju jak Indonezja mogłoby okazać się niemożliwe. Rzecz nie byle jaką: Biblię, czyli grubą księgę z napisem "Lonely Planet" na okładce. Ale kierowca nie wykazał zrozumienia dla powagi sytuacji, w jakiej znaleźli się nasi bracia Słowianie (a raczej brat i dwie siostry), i nie chciał wracać do biura. Konflikt zataczał coraz szersze kręgi, w miarę jak włączali się do niego kolejni pasażerowie minibusa. Już myślałem, że rozpocznie się jakaś rosyjsko-francuska wojna o Biblię. Na szczęście ktoś w biurze znalazł tę cenną księgę, wsadził ją do innego minibusa, i podwiózł do nas. Wszystkim nam ulżyło, że Rosjanie będą mogli przetrwać kolejne tygodnie w indonezyjskiej dziczy. Morał z tej historii jest taki - możesz jechać w świat w jednych gaciach i bez szczoteczki do zębów, ale nawet nie myśl o wychodzeniu z domu bez Lonely Planety.

Kiedy po godzinie dojechaliśmy do wioski Ngadisari i zainstalowałem się w hotelu Joschi, wyszedł na jaw kolejny wstrząsający fakt. Otóż okazało się, że tej właśnie nocy, przy pełni księżyca, na wulkanie Bromo odbywa się wyjątkowa uroczystość. Lokalna legenda głosi, że dawno temu żyła sobie królewska para, która żyła sobie szczęśliwie, ale jakoś nie mogła się dorobić potomstwa. Pracowali nad potomstwem intensywnie, ale bez efektu. Poprosili więc wulkanicznego boga o pomoc. No i bóg się zgodził. Postawił tylko jeden warunek - ostatnie dziecię królewska para miała oddać Jemu. Bogu znaczy. Para zaczęła rozmnażać się jak króliki - urodziło im się dwadzieścioro pięcioro dzieci, ale jakoś w ferworze rozpłodu zapomnieli o złożonej bogu obietnicy. Bóg jednak upomniał się o najmłodsze dziecię, ale parka nie raczyła synka odstąpić. Bóg więc sam go sobie zabrał, dziecię po dziś dzień jest uwięzione w wulkanie, a jego bracia i siostry (a raczej ich potomkowie i rodacy z ludu Tenggerów) co roku odprawiają w kraterze ceremonię z ofiarowaniem darów, żeby boga obłaskawić.

Ufff, ciężkie to było. W każdym razie ceremonia Upacara Kasada odbywa się w noc pełni księżyca dwunastego miesiąca lokalnego kalendarza. Tak, to była właśnie TA noc. Więc przed północą zapakowałem statyw, aparat, coś do picia i jedzenia, i ruszyłem pod górę w stronę krateru. Daleko nie zaszedłem, bo droga była kompletnie zapchana samochodami, motocyklami i skuterami. Próbowałem to wszystko ominąć, ale nie bardzo się dało. Ostatecznie jakiś dobroduszny lokalny chłopina na skuterze zlitował się nad biednym białasem i zabrał mnie ze sobą. Co prawda skuter kilkakrotnie odmówił posłuszeństwa na długich podjazdach, ale w końcu dojechaliśmy do krawędzi wulkanu.

Dalej już się nie dało, bo był korek. Po prostu mieszkańcy wszystkich miast i wiosek położonych w promieniu 100 km od Bromo postanowili wziąć udział w tej księżycowej ceremonii, a na dodatek wszyscy próbowali wjechać samochodami do kaldery, czyli tej rozległej, płaskiej części wulkanu, z której wyrasta kilka mniejszych stożków. Części chętnych się to nawet udało. Ja zszedłem do tego "Morza Piachu" piechotą, i zastałem hałas silników i klaksonów oraz smród spalin. Rozczarowanie było potężne, bo liczyłem na podziwianie piękna wulkanu we względnej ciszy i spokoju, w świetle księżyca, a tymczasem nawet księżyc się schował za chmurami. Przez hałas samochodów i skuterów przebijały się jakieś zawodzące i metaliczne dźwięki dobiegające ze świątyni stojącej na środku kaldery. To były modły towarzyszące ceremonii, której zresztą nie udało mi się zobaczyć, bo na skutek korków dotarłem do stożka Bromo dopiero koło 1 w nocy kiedy już było po wszystkim. Mimo to po całej okolicy leniwie szwendały się tysięczne tłumy, i dopiero tuż przed świtem zrobiło się trochę ciszej i w miarę pusto.

Ja też się szwendałem aż do świtu. Potem wdrapałem się z powrotem na krawędź kaldery i przyglądałem się, jak słońce powoli wypełnia cały wulkan. A potem leniwie powłócząc lekko obolałymi nogami skierowałem się w stronę mojej noclegowni. Pewnie gdyby Bromo był pierwszy w kolejności odwiedzin, zrobiłby na mnie większe wrażenie. Ale ponieważ pierwszy był Ijen, Bromo pozostanie w mojej pamięci jako ładny, owszem, i całkiem fotogeniczny wulkan, ale jednak lekko przereklamowany i zdecydowanie za bardzo zatłoczony. Przynajmniej w tę jedną noc w roku

sobota, 18 września 2010, lachmani

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...