Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
Blog > Komentarze do wpisu

Krwawy Przylądek Gniewu

Rano do mojego ciasnego namiociku zapukał pewien miły pan i zażądał 8 funtów za nocleg. Zabawne trochę było jego pytanie, ile nas tam w tym namiociku śpi, chociaż sam z trudem się zmieściłem. Ale szybko się wygrzebałem z namiociku i pojechałem do Keoldale, na przystań, z której łódka miała mnie zabrać na Cape Wrath, czyli Przylądek Gniewu.

Nie jest to jednak takie proste, jak by się mogło wydawać. Łódka nazywa się szumnie "promem", i rzeczywiście zwykle pływa tam coś większego. Ale przy niskim stanie wody "prom" nie daje rady, i kursuje tylko łódeczka, która zabiera maksymalnie 10 osób. A kursuje tylko raz na godzinę. Na dodatek jeden z czekających przede mną Niemców poinformował mnie tonem nie znoszącym dyskusji, że łódka może pomieścić tylko 8 osób, co było o tyle złą wiadomością, że byłem akurat dziewiąty.

Na szczęście była to wiadomość nieprawdziwa. Zresztą ostatecznie ilość osób oczekujących na łódkę wzrosła do 13, pojawiły się też dwa rowery, ale kapitan łódki obrócił dwa razy i tym samym problem został rozwiązany. Cały motyw z dojazdem do Cape Wrath polega na tym, że nie ma tam żadnej bezpośredniej drogi. Trzeba przeprawić się przez wodę, a potem jechać 20 km po wąskiej wstążce pokruszonego, dziurawego asfaltu, która może kiedyś była drogą, ale teraz na to zaszczytne miano już zdecydowanie nie zasługuje. Tych 20 km można pokonać albo na własnych nogach (bardzo czasochłonne), albo rowerem (dość wyczerpujące, no i rower trzeba mieć), albo minubusem. I takie dwa minibusy kursują między promem a latarnią morską stojącą dzielnie na smaganym falami Przylądku Gniewu.

Wraz z niemieckimi turystami oraz parą Szkotów, z którą zdążyłem sobie uciąć miłą pogawędkę na przystani, wsiadłem do minibusa i po dość długiej, nudnawej i wyboistej podróży, urozmaicanej jedynie pięknymi widoczkami, wysiadłem na placyku przed latarnią morską. Bez zbędnej zwłoki przeszedłem się po klifie przy samej latarni, po czym skierowałem swe kroki na pobliskie wzgórze, z którego widok był zdecydowanie fajniejszy niż samej latarni. A przy okazji spotkałem tych trzech zaciekawionych i lekko wystraszonych kudłatych gości. Przyglądali mi się z równym zainteresowaniem, co ja im.

Po pstryknięciu paru fotek wróciłem do zabudowań przylatarnianych, gdzie zdążyłem jeszcze spożyć szybką kawkę w mini-kawiarence, w której można sobie też poczytać o historii latarni morskich w Szkocji, nie tylko tej na Cape Wrath. Można też oddać krew. Niekoniecznie dobrowolnie. Na Cape Wrath miałem do czynienia z największą ilością niemożliwe upierdliwych muszek-meszek-kuczmanów, zwanych tutaj midges. To jebane kurestwo, namolny bękart ewolucji, jest ponoć zmorą całej Szkocji, ale takich rojów jak na Przylądku Gniewu to nie widziałem nigdzie. Moi współpasażerowie nerwowo machali łapskami, próbując odgonić atakującą chmarę, ale ich próby były tyle żałosne, co bezskuteczne. Ja ograniczyłem się do naciągnięcia na głowę kaptura i ukryłem się we wnętrzu minibusa. Ale nawet kiedy już ruszyliśmy, fruwające tałatajstwo nie dało nam spokoju. Dopiero po kilkunastu minutach nerwowego i krwawego rozgniatania na szybach, dłoniach i elementach garderoby można było odtrąbić zwycięstwo ludzkości nad światem owadów.

Po 20 kilometrach drogi powrotnej oraz parunastu minutach na łódce mogłem znów wsiąść w Kijankę i ruszyć dalej. A ponieważ na północ się już nie dało, pojechałem na wschód. Najpierw zahaczyłem pobliską jaskinię o ujmującej nazwie Smoo, a potem jechałem dalej. Po drodze trafiłem na Dunnet Head, czyli chyba najbardziej "północne" miejsce na Brytanii Wielkiej, gdzie oczywiście stoi latarnia morska, a okoliczne skały wyglądają jak skamieniałe jaszczury czy słonie.

Trafiłem też do miasteczka Thurso, gdzie zaopatrzyłem się w prowiant i paliwko. Poza łódeczką o imieniu Jenny Lee nie znalazłem tam zbyt wielu ciekawych rzeczy. Ruszyłem więc dalej, i dojechałem tam, gdzie dojechać miałem. Do John O'Groats, (prawie) najodleglejszego miejsca na największej z brytyjskich wysp. Wpadłem chwilę przed zamknięciem recepcji na kempingu, dostałem kluczyk do toalet i pryszniców, skądinąd całkiem przyjemnych, rozstawiłem namiocik i na tym zakończyłem ten pełen radosnych doznań dzień.

Informacje praktyczne:

Żeby dotrzeć do Cape Wrath, trzeba najpierw dojechać do przystani w Keoldale. Stamtąd pływa prom (lub łódka, w zależności od stanu wody). Kosztuje to 5,50 funta. Po drugiej stronie następuje przesiadka do minibusa (10 funtów), no chyba że macie parę w nogach i/lub rower, wtedy możecie tych 20 km pokonać siłą własnych mięśni. A jak już pokonacie, to możecie podziwiać widoki wysokich skał smaganych atlantyckimi falami i wiatrami. Podejrzewam, że z Durness można też popłynąć jakimś statkiem i podziwiać skały Cape Wrath z wody, ale tego nie sprawdziłem. Jeśli Wy sprawdzicie - dajcie znak.

Cape Wrath to tak naprawdę wcale nie "Przylądek Gniewu", tylko "Przylądek Przylądkowy". Serio. Jeśli chcecie się dowiedzieć dlaczego, zajrzyjcie na durness.org, gdzie znajdziecie sporo informacji o Cape Wrath, Durness i okolicach.

piątek, 30 września 2011, lachmani

Polecane wpisy

  • Plażowa śmietanka na mokro

    Kolejny dzień miał być dniem wielkim i pamiętnym. I w sumie taki był. Miałem bowiem w planie wizytę na rzekomo najpiękniejszej plaży Wielkiej Brytanii . Sandwoo

  • Poldek zdycha w szkockich krzaczorach

    Po pozbieraniu szczęki z podłogi, przespaniu się i obejrzeniu zamku od zewnątrz i wewnątrz ruszyłem w kierunku północnym. Słoneczko pięknie świeciło, mijałem za

  • Photoshop czy rzeczywistość?

    Czasem nie trzeba Photoshopa , żeby zdjęcia wyglądały zupełnie nierealnie i przepięknie. Tak właśnie jest w tym przypadku. Zatem wyjątkowo bez zbędnej pisaniny

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: DX, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2011/09/30 21:32:32
Hej,
czytam Twojego bloga już od dłuugiego czasu. Pytanie mam: podróżujesz sam ? Od jak dawna trwa Twoja podróż? Jesteś stale w drodze, czy zatrzymujesz się gdzies - pracujesz ; a może pracujesz zdalnie? Nie doskwiera Ci samotność?
Przepraszam za takie osobiste pytania ale powoli powoli dojrzewam do jakiegoś poważnego długiego wyjazdu samotnie. Tak na dłużej, nie 2 czy 3 tyg jak teraz ale np pół roku..

pozdrawiam i gratuluję bloga :) swoją drogą super zdjęcia w tym wpisie!
-
2011/10/01 19:45:53
Dziękuję za dobre słowo, ale muszę złośliwie zauważyć, że widać nie czytasz bloga zbyt uważnie ;) Nie jestem w jednej długiej podróży, tylko co jakiś czas jadę w jakieś miejsce, a potem wracam do domu. Popracować. Chociaż zdarza mi się pracować zdalnie.
Samotność? A co to takiego? Na wyjazdach mi się to właściwie nie zdarza, no czasem jest jeden czy dwa dni, kiedy nie mam do kogo gęby otworzyć, ale przeważnie ciągle są jacyś ludzie wokoło. Często jest ich wręcz za dużo... Więc nie, nie doskwiera mi samotność. Chociaż fakt, znajomości na wyjazdach są zwykle dość powierzchowne i tymczasowe, ale na brak towarzystwa nie można narzekać.
Rzeczywiście, między wyjazdami 2-3 tyg a dłuższymi, tak ponad miesiąc, jest spora różnica. Dopiero wtedy człowiek naprawdę czuje, że jest w podróży, a nie na krótkich wakacjach, z których zaraz trzeba będzie wrócić. Więc... życzę szybkiej i skutecznej decyzji :) Pozdrawiam. L
-
2011/10/01 23:03:20
Nie byl bys soba M gdybys nie byl zlosliwy :P
Sluchaj, zdjecia oFiec absolutnie wymiataja. Chcialabym miec czarno-biala wersje w swoim salunie. Wez przywiez do Dublina, co? ;)
-
2011/10/02 20:00:56
oFca: przywieźć nie przywiozę, ale mogę mailem wysłać oryginał pliku, to sobie zmanipulujesz :)
-
Gość: anonimowa czytelniczka, *.dynamic.chello.pl
2012/10/06 10:41:04
zastanawiam się jak wyglądasz, skoro nawet kozy w takich ciepłych ubrankach przestają na Twój widok jeść a może chciały jak najlepiej wypaść w obiektywie aparatu w końcu taka sesja zdjęciowa chyba nie zdarza im się często...bądż co bądź zabawna ta Twoja opowieść a kozy urocze:)








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...