Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
Blog > Komentarze do wpisu

Mabulskie widoczki

Siedziałem na Mabulu cały długi tydzień, więc zdążyłem się trochę zintegrować nie tylko z białasami, ale też z lokalsami. Młode dziewczę z baru udzielało mi codziennych lekcji języka malajskiego, dzięki czemu w ciągu tygodnia mój zasób słów poszerzył się o jakieś 200 procent. Fakt, startowałem z baaardzo niskiego poziomu.

Poszlajałem się też po wyspie celem sprawdzenia, co zmieniło się w ciągu ostatnich trzech lat, poza nowotworowym wręcz rozrostem chatek Wujka Changa. A zmieniło się sporo. Pojawiły się nowe pomosty po północnej stronie wyspy. Wyraźnie rozrosły się też obie wioski lokalsów. Pojawiły się ponoć pomysły, żeby lokalsów wyrzucić z wyspy i zrobić na niej rezerwat. Moje początkowe oburzenie osłabło, kiedy dowiedziałem się, że to nie jest wyspa, na której ktokolwiek mieszka od pokoleń, bo pierwsi rybacy zaczęli się na niej osiedlać w latach 70tych, i to nie całkiem legalnie. Zresztą znaczna część mieszkańców Mabula to nielegalni imigranci z Filipin. Więc może rzeczywiście trzeba ich gdzieś wypędzić, żeby mabulska podwodna przyroda wróciła do pionu.

Skoro jednak jeszcze nie zostali przepędzeni, lokalsi zajmują się nie tylko tępieniem ryb i pracą dla turystów, ale także rozwijają się intelektualnie (jest szkoła), religijnie (meczet) oraz przede wszystkim sportowo. Jest liga piłkarska, na środku wyspy mają boisko, i 10 drużyn rywalizuje o tytuł mabulskiego mistrza. Trafiłem na jeden z meczów i wyglądało to całkiem profesjonalnie. Ale jeszcze bardziej profesjonalny był mecz siatkówki, który oglądałem wraz z licznymi mieszkańcami wioski. Trzeba przyznać, że całkiem wysoko chłopaki skakały.


Tydzień na Mabulu to wystarczająco długo, żeby mieć co robić, i wystarczająco krótko, żeby się nie zanudzić tym cholernym codziennym nurkowaniem. Ale poza nurkowaniem nie ma tam wiele do roboty. Można oczywiście pływać w morzu, ale tylko podczas przypływu, bo w czasie odpływu jest po prostu za płytko i można się pokaleczyć o rafę. Opalania nie polecam, chyba że ktoś koniecznie chce mieć raka skóry. Spacerować nie bardzo jest gdzie, bo na wyspie nie ma zbyt wielu niezabudowanych czy niezagospodarowanych miejsc. Można przejść się po wiosce, ale tamtejsze widoki burzą trochę rajsko-plażową sielankę. Lokalsi mieszkają w warunkach zdecydowanie gorszych, niż w najgorszych nawet backpackerskich budach na palach. Między lichymi domkami włóczą się obsmarkane dzieciaki w łachmanach. Psy też nie mają łatwego życia. Wieczorami dochodzi hałas generatorów, bo na Mabulu nie ma jednej centralnej elektrowni, i każdy musi sobie wyprodukować swój własny prąd. Słabo im się tam chyba śpi w tym dieslowskim łoskocie...


Poniżej odrobina informacji praktycznych dotyczących Mabula i Sipadanu (dane pochodzą z września 2011 roku):

Dojazd:
Mabul i Sipadan są wyspami, i można się na nie dostać tylko drogą wodną. A łodzie odpływają z miasta Semporna. Semporna z kolei leży godzinę drogi samochodem od najbliższego lotniska w mieście Tawau. Lądują tam samoloty z Kuala Lumpur i z Kota Kinabalu. Więc najprostsza droga z Europy to lot do Kuala Lumpur, przesiadka na lot do Tawau (AirAsia lata 3 razy dziennie, promocyjne ceny zaczynają się od 90 gitów/złotych w jedną stronę), minibus albo taksówka z lotniska do Semporny (max. 95 gitów), i stamtąd łódka na Mabul. Być może jest jakaś publiczna łódka, ale wszyscy turyści płyną na łodziach zapewnianych za darmo (albo raczej wliczonych w cenę) przez ośrodki nurkowo/noclegowe. Polecana jest więc wcześniejsza rezerwacja.

Noclegi:
Są tacy, którzy śpią w Sempornie, ale to jest kompletna pomyłka. Na Mabulu można spać w jednym z kilku, a może już kilkunastu względnie tanich ośrodków nurkowych na palach, gdzie ceny noclegów zaczynają się od 40-50 gitów (za łóżko w sali wieloosobowej), przez 80-100 za osobę w pokoju. Standard jest zwykle dość niski, toalety na korytarzu, ale za to w cenie jest skromne i proste całodobowe wyżywienie. Najpopularniejszy jest Uncle Chang, w którym byłem 3 lata temu, ale go już nie polecam, bo ciężko o jakikolwiek z nim kontakt i generalnie ma olewający stosunek do klientów oraz kompletnie popieprzonych divemasterów. Ja spałem w Sipadan.com, czyli Mabul Backpackers Dive Lodge (http://www.sipadan.com/dive-resorts.php) i było całkiem sympatycznie. Inne takie miejsca to: Billabong Scuba, Big John czy Arung Hayat.
Jeśli chcecie większego komfortu, to na terenie wyspy jest kilka ośrodków z bungalowami i trochę większym wypasem, i odpowiednio wyższymi cenami. Należą do nich Borneo Divers (mają nawet info po polsku, prawdopodobnie z racji współpracy z Dive Away) i Scuba Junkie (Mabul Beach Resort). Zwykle każdy z nich jest połączony z centrum nurkowym, bo zdecydowana większość ludzi przyjeżdża tu nurkować. Ale jeśli nie nurkujecie, nikt Was nie wyrzuci. Ceny za nocleg od 150 gitów w górę.
Na najwyższym poziomie luksusu są ośrodki takie jak Sipadan-Mabul Resort (Smart), Sipadan Water Village (na palach po północnej stronie wyspy Mabul) czy Kapalai (ośrodek na palach na "środku" morza).

Jedzenie:
Ośrodki zapewniają wyżywienie swoim gościom, ale można też przyjść z zewnątrz i coś zjeść za odpowiednio wysoką cenę. Możliwości jedzenia "dla lokalsów" są mocno ograniczone. 

Picie/imprezy:
W zależności od składu ekipy w Waszym ośrodku, może być bardzo wesoło albo bardzo drętwo. Jeśli jednak jesteście spragnieni rozrywek, możecie przejść się do dowolnego innego ośrodka, tam Wam chętnie sprzedadzą drogie piwko. U Wujka Changa czasem grywa jakaś nędzna kapelka. Ciekawe, czy nadal mają perkusję zrobioną z wiader.
Piwo jest generalnie dość drogie, jak w całej Malezji - mała puszka kosztuje zwykle 8 gitów. Ale jest wyjście z tej dramatycznej sytuacji... Cena szmuglowanego z Filipin pysznego rumu Tanduay, wynosząca 20 gitów za małą butelkę dla świeżo przybyłych, po wypytaniu właściwych ludzi spada do 20 gitów za litr. Polecam.

Nurkowanie:
Żeby nurkować na Sipadanie, trzeba zmieścić się w limicie 120 nurków na dzień. Dobrze więc zarezerwować sobie nury z wyprzedzeniem, takim co najmniej kilkutygodniowym. Ale równie dobrze można mieć szczęście i załapać się "z marszu". Poszczególne centra nurkowe wymieniają się między sobą miejscami na liście, czasem zmieniając wcześniej wpisane nazwiska nurków. Dzień nurkowy na Sipadanie (3 nury) kosztuje około 500 gitów.
Sipadan to głównie "duże" rzeczy - rekiny, żółwie, duże ryby. Natomiast jeśli wolicie coś mniejszego: ślimaczki, robaczki, kraby i tego typu kreatury, to zostańcie na Mabulu. Nie będziecie się nudzić, a przy okazji zaoszczędzicie - jeden nur kosztuje zwykle około 100 gitów, a w pakietach jest zwykle taniej.

sobota, 07 stycznia 2012, lachmani

Polecane wpisy

  • Ciasno, mokro i ciemno

    To właśnie wraki są głównym powodem, żeby odwiedzić Coron i okolice . Owszem, wysepki dookoła są fajne, zachód słońca widziany spod krzyża też jest niczego sobi

  • Mroczny nur na sto fajerek

    Mój jubileuszowy nur, o okrągłym numerze 100, odbył się w nocy. Generalnie uwielbiam nocne nury, bo wszystko wygląda zupełnie inaczej . I pozornie nudne dno, kt

  • Chrzanić bzdury, czas na nury

    Dość tych pseudopoetyckich bzdetów. Tak to jest jak się nie pije w Sylwestra , a potem wena przychodzi podczas różnych czynności fizjologicznych, o których nie

  • 500

    Już 500 wpisów w tym miejscu. Dużo, nawet gdy weźmie się pod uwagę, że uzbierało się ich tyle przez 6,5 roku. Z tej pięćsetki, około 270 to wiersze, czasami prz

  • Początek....

    Jak się nazywam? Sylwia, ale znajomy mówią mi Sysia lub po prostu Mysza. Czym się zajmuje? Na co dzień pracuje i się uczę, a mino to mam mnóstwo czasu by spędza

TrackBack
TrackBack URL wpisu:








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...