Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
Blog > Komentarze do wpisu

Niebiański wieczór w Błotoujściu

Kiedy poprzednio byłem w Błotoujściu (bo tak po malezyjsku nazywa się Kuala Lumpur), mieszkałem w dzielnicy pełnej lampucer podłej jakości. Wtedy jednak żadna z nich nie wpadła mi w obiektyw. Tym razem się udało, chociaż nie było ich zbyt wiele, ale to chyba tylko z powodu wyjątkowo wczesnej pory. Nie miałem czasu na polowanie na lampucery, bo w KL spędziłem tylko jedną noc. Ale cóż to była za noc!

KL jest podobno miastem, w którym najłatwiej znaleźć sobie nocleg w 5-gwiazdkowym hotelu za niezbyt wielkie pieniądze. Nie do końca jestem przekonany czy to prawda, bo w Wawce też da się kimnąć w takim Westinie czy Intercontinentalu za mniej niż trzy stówki, ale nie będę się spierał o drobiazgi. Ponieważ robię się coraz starszy, jestem też coraz bardziej wygodny - dlatego postanowiłem ostatnią noc mojej malezyjskiej wycieczki spędzić we względnym luksusie. Trochę się ociągałem z rezerwacją, więc już wielkiego wyboru nie było, i wylądowałem w hotelu Equatorial, położonym między Gwiaździstym Wzgórzem (Bukit Bintang) a świetlistymi wieżyczkami Petronasa. Bez sensu to trochę było, bo w hotelu nie spędziłem zbyt wiele czasu, ale przynajmniej śniadanie było naprawdę pyszne. Biorąc pod uwagę fakt, że ciasny, hałaśliwy jednoosobowy pokój (bez łazienki i bez śniadania) w hostelu na Bukit Bintang kosztuje coś koło 80 zeta, cena 250 złotych za pokój w Equatorialu nie wydaje mi się specjalnie wygórowana.

Zrzuciłem brudne graty, zabrałem aparaty, i ruszyłem pstryknąć Petronasy o zmierzchu. Wiadomo, nuda. Fotek tych wieżyczek, które wyglądają raczej jak rakiety gotowe do startu, mam już całą masę z poprzednich wyjazdów. Ale Petronasy zawsze robią na mnie wrażenie, więc skwapliwie cyknąłem sobie kolejne foteczki. Oczywiście przeszedłem się po centrach handlowych, po czym wróciłem do hotelu, i kiedy już miałem iść spać, odezwała się moja ulubiona bollywoodzka nurkowa Księżniczka, która dziwnym trafem też spędzała ostatnią noc swojego wyjazdu właśnie w KL, i to w tej samej dzielnicy.

Takie zbiegi okoliczności nie zdarzają się zbyt często, więc trzeba było to uczcić. Więc uczciliśmy przesadnie drogim drinkiem w Sky Barze, położonym na najwyższym piętrze hotelu Traders. Bar jak bar, w ciągu dnia robi za hotelowy basen, ale ma też inną niezaprzeczalną zaletę - jest położony dokładnie na wprost Petronasów. Więc gapiliśmy się na Petronasy tak długo, aż ich oświetlenie zgasło, piliśmy mojito, i próbowaliśmy przekrzyczeć nieco zbyt głośną muzykę. Zresztą z mizernym skutkiem. Największym hitem wieczoru była pewna japońska turystka, która tak się zapatrzyła na Petronasy za oknem, że wpadła do basenu, wzbudzając ogólną wesołość. Turystka przeżyła, ale nowy ajFonik się utopił. Jakoś mi go nie żal.

Niestety niebiańsko-bollywoodzki wieczór nie trwał długo. Księżniczka miała samolot o jakiejś barbarzyńsko wczesnej godzinie, a ja chciałem się wyspać przed długim lotem do domu. Więc pożegnaliśmy się czule i każde udało się w swoją stronę świata. Księżniczka poleciała do Królestwa Zjednoczonego, a ja skorzystałem z niespodziewanej oferty i wróciłem do domu biznes klasą. Nie miałem co prawda koszulki z Che Guevarą, ale i tak czułem się tam trochę nie na miejscu. I szczerze mówiąc, cała ta biznes klasa zupełnie nie jest warta swojej ceny. Zwłaszcza jeśli trzeba za nią zapłacić z własnej kieszeni.

Ponieważ butelczyna filipińskiego rumu Tanduay nie wytrzymała trudów podróży, to mimo wypasionej etykietki "priority business" mój plecaczek roztaczał wokoło cudowną alkoholową woń. Współpasażerowie w niemieckim pociągu patrzyli na mnie z lekką dezaprobatą. Na dodatek pociąg się spóźnił, więc biegałem zdyszany po berlińskich stacjach ze śmierdzącym plecakiem, ale ostatecznie rzutem na taśmę udało mi się wskoczyć do pociągu jadącego do domu. Szkoda tylko, że dojechałem do niego bez rumu.

środa, 11 stycznia 2012, lachmani

Polecane wpisy

  • Mabulskie widoczki

    Siedziałem na Mabulu cały długi tydzień, więc zdążyłem się trochę zintegrować nie tylko z białasami, ale też z lokalsami. Młode dziewczę z baru udzielało mi cod

  • Wynocha spod wody. Ino migusiem!

    Oto ostatnia porcja podwodnych fotek z wyspy Mabul. Mamy na nich starych znajomych - żółwia, ślimaczki, mureny, mątwę, skrzydlice, żabo- i krokodylo-rybki oraz

  • Mroczny nur na sto fajerek

    Mój jubileuszowy nur, o okrągłym numerze 100, odbył się w nocy. Generalnie uwielbiam nocne nury, bo wszystko wygląda zupełnie inaczej . I pozornie nudne dno, kt

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: z., *.dip0.t-ipconnect.de
2012/01/16 22:28:55
hmm... KL kojarzy mi się niestety z innym skrótem, prosto z języka naszych zachodnich sąsiadów...
-
2012/01/17 03:30:49
A co to za skrót?
-
Gość: z., *.internetdsl.tpnet.pl
2012/01/20 00:28:29
np. KL Birkenau... a może to zboczenie zawodowe. Pozdrawia germanistka-lingwistka ;)
-
2012/01/20 04:21:16
Ach, nie można wciąż żyć przeszłością... KL to powszechnie przyjęty (przynajmniej w południowo-wschodniej Azji) skrót od Kuala Lumpur, a Malezyjczycy pewnie nawet nie słyszeli o Birkenau. Chociaż u nich wojna też była okrutna, chociażby rzeź Singapuru.








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...