Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
Blog > Komentarze do wpisu

Dezorganizacyjne Mistrzostwo Świata

Trzy lata temu, w drodze z El Nido do Puerto Princesa usiłowałem odwiedzić Podziemną Rzekę, znajdującą się w okolicy miejscowości Sabang. Do samego Sabang udało mi się wtedy dotrzeć, ale na rzekę nie starczyło czasu. Trochę szkoda, bo miałbym to z głowy i nie przeżyłbym tej dezorganizacyjnej żenady, która teraz stała się moim i Niewinnych Niewiast udziałem.

Ale z drugiej strony poprzednia wizyta dała mi możliwość uświadomienia sobie zmian, jakie nastąpiły w Sabang w ciągu tych ostatnich 3 lat. Poprzednio przy plaży stały jakieś żałosne chatki, i pamiętam że z trudem udało mi się znaleźć cokolwiek do jedzenia wieczorową porą. Tymczasem teraz główną część plaży zajął wielki, luksusowy ośrodek z basenem i widokiem na okoliczne wzgórza. Rozważaliśmy nawet spędzenie jednej nocy w luksusie, ale kwota 150 dolków za noc lekko ostudziła nasze zapędy.

Kiedy w końcu kuśtykając niemrawo znaleźliśmy nocleg w Zielonych Zielonych Domkach (Green Verde Beach Resort), nadszedł czas na zaklepanie sobie miejsca na jutrzejsze zwiedzanie Podziemnej Rzeczki. Udaliśmy się więc do biura parku narodowego, które zgodnie z filipińską tradycją nazywa się niezwykle szumnie: Puerto Princesa Subterranean River National Park Central Information and Tourism Office (ktoś zrozumiał?), chociaż jest zwykłą budką z ladą, za którym siedzą trzy niezbyt ogarnięte, ale za to absolutnie wszechmocne panie. Kiedy zapytałem, jak możemy sobie zarezerwować bilety na jutro, panie grzecznie poleciły mi napisać nasze nazwiska na karteczce (co niezwłocznie uczyniłem) i pojawić się o poranku. Było to zbyt proste, żeby było prawdziwe, ale póki co uwierzyłem. Zupełnie niesłusznie.

Na każdym grupowym wyjeździe zdarzają się kryzysowe czy konfliktowe dni. I to był właśnie ten dzień. Nikt z nas nie czuł się najlepiej: Zośka wciąż nie mogła się oswoić z cudownie odzyskanym wzrokiem, Aga nie mogła przeboleć straty 50 eurasów, uszkodzenia pięty i braku ciepłej wody, ja kuśtykałem jak połamany staruszek. Na dodatek Niewiasty lekko się o coś poprztykały i nie bardzo chciały się do siebie odzywać. Odzywały się do mnie, ale moje umiejętności łagodzenia niewieścich konfliktów okazały się wyjątkowo marne. Na domiar złego w sąsiednim, niedawno zbudowanym i nieprawdopodobnie drogim ośrodku nie mieli prądu i nie potrafili nam podać kawy ani zapewnić darmowego wifi, co jeszcze bardziej popsuło i tak już kiepski humor Niewiast. Zatopiły się więc każda z osobna w swoich telefonach i gapiły się tępo we wskaźnik sygnału wifi. A wskaźnik nie dawał znaków życia.

Jedyną metodą rozwiązania nabrzmiałych problemów wydało się być wspólne spożycie alkoholu. Sięgnęliśmy po sprawdzoną truciznę w postaci Tanduaya. I sprawdziła się ona po raz kolejny. Po lekkiej rozgrzewce w naszych podłych domkach ruszyliśmy "w miasto", chociaż w Sabang nie bardzo jest jakiekolwiek "miasto". Ostatecznie wylądowaliśmy w raczej pustawej knajpeczce w Dab-Dab Cottages, całkiem klimatycznym ośrodku drewnianych domków kawałek za portem. Nie pociągnęliśmy jednak zbyt długo i o całkiem wczesnej porze udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.

Kiedy o jakiejś wczesnoporannej godzinie udaliśmy się do kasy parku narodowego (o, przepraszam, do Centralnego Biura Informacyjno-Turystycznego Parku Narodowego Podziemnej Rzeki) celem zakupu "pozwoleń", jak szumnie nazywają się tu bilety, zastaliśmy kompletny bajzel. Banda rozwrzeszczanych ludzi próbujących dopchać się do lady, jakiś samozwańczy chyba dyrektor nieudolnie usiłujący zaprowadzić choć namiastkę porządku, i sporo zdezorientowanych białasów, nie bardzo umiejących sobie poradzić w tych trudnych warunkach. Doszło wręcz do tego, że musiałem porwać paszporty jakiejś zagubionej holenderskiej parki i wcisnąć je pani za ladą, bo inaczej biedaki by się przez kolejny tydzień nie załapały na listę.

Po jakiejś godzinie przepychanek wreszcie otrzymałem permit, czyli po prostu bilet, i kiedy już myślałem że to koniec idiotycznej dezorganizacji, pani zza lady powiedziała, niby od niechcenia: - A jak się chcecie dostać do Podziemnej Rzeki? Większość turystów pływa łódkami, ale jest też piesza ścieżka przez dżunglę. I w normalnej sytuacji zapewne wybralibyśmy ścieżkę, ale moja stopa jeszcze się nie zagoiła i nie zniosłaby raczej dwóch godzin marszu w jedną stronę. - Popłyniemy łódką, proszę pani - odpowiedziałem. A pani na to: - Ale dziś już nie ma miejsc na łódkach.

Zagotowałem się nieco. - O nieeee, proszę pani. Wpisałem się na listę wczoraj, dziś stoję w tym pierdolonym bajzlu od godziny, a pani mi mówi, że nie ma miejsca na łódkach?! Mam dziurę w nodze i nigdzie kurwa nie będę łaził. Płynę łódką i kropka! - Chyba musiałem brzmieć poważnie i mieć agresywną minę, bo pani się spłoszyła, a rzekomy dyrektor przejął pałeczkę i zaczął uspokajać nerwową atmosferę. - Wait, wait, we will organize a boat for you. - Brzmiało to tak, jakby coś rzeczywiście miał specjalnie dla nas załatwiać. Jakież było moje zdziwienie, kiedy podeszliśmy do nabrzeża, a tam z miejscami na łódkach nie było najmniejszego problemu. O co chodziło? Kto wymyślił problem i po co? Nie mam bladego pojęcia. Wiem jedno - Filipińczycy są jednym z najzdolniejszych narodów, jeśli chodzi o dezorganizację spraw prostych jak budowa cepa.

Potem już poszło gładko. No, względnie gładko. Wsiedliśmy na łódź z jakąś anglosaską parą (dziś już nie pamiętam, skąd byli) i popłynęliśmy wzdłuż skalistego wybrzeża do ujścia Podziemnej Rzeki. Tam okazało się, że łodzi są dziesiątki, a ludzi setki, i wszyscy muszą czekać w kolejce do kolejnych, mniejszych łódek, którymi można wpłynąć do ciemnej czeluści. Nasza grupa dostała jakiś numerek, dość odległy, i trzeba było pilnować, żeby nasza kolejka nie uciekła, bo cała ta poranna kombinacja poszłaby na marne. Więc pilnowaliśmy, umilając sobie czas oglądaniem małpek i obserwowaniem licznych grupek Filipków pozujących do słitaśnych foteczek. No to też im cyknąłem.

W końcu przyszła nasza kolej, załadowaliśmy się na łódkę i popłynęliśmy w głąb jaskini, z której wypływa Podziemna Rzeka. Całkiem ciekawe to było, mimo denerwującego przewodnika, który próbował być zabawny, ale nie bardzo mu wychodziło. Obejrzeliśmy co było do obejrzenia, nawet ze dwa zdjęcia wyszły w ciemności rozświetlanej z rzadka światłem naszych latareczek, i muszę przyznać że fajna ta Podziemna Rzeczka. Tylko po cholerę tyle z nią niepotrzebnych kombinacji?


Podziemna Rzeka - informacje praktyczne:

Park Narodowy Podziemnej Rzeki leży w miejscowości Sabang, ale dla zmyłki nosi nazwę Puerto Princesa Subterranean River National Park, sugerującą, że jest to w Puerto Princesa. Nie jest. Z Sabang do Puerto jest kawałek, chyba jakieś 2 godzin jazdy minibusem. Można też dla folkloru lub oszczędności pojechać lokalnym jeepneyem, ale trwa to cholernie długo, bo jeepney zatrzymuje się co parę metrów.

Są dwa sposoby, żeby odwiedzić Podziemną Rzeczkę. Sposób numer jeden to sposób dla stonki. Po przybyciu do Puerto Princesa udajecie się do dowolnego biura turystycznego, kupujecie jednodniową wycieczkę, następnego ranka przyjeżdża po Was minibus, wiezie Was do Sabang, pakują Was na łódkę, potem na drugą, wpływacie w podziemia, oglądacie, wypływacie, może będziecie mieli godzinkę na obiadek w Sabang, a może nie, i wracacie do Puerto. Płacicie za to wszystko jakieś 1200 peso (nie jestem pewien), biuro wszystko załatwia za Was, a Wy macie wszystko w pompie i możecie sobie jedynie ponarzekać, że na łódce było mokro albo że pani koło Was była gruba i się rozpychała albo śmierdziało jej spod pachy.

Drugi sposób wymaga walki z filipińską parkowo-narodową biurokracją, jak opisano w powyższym wpisie. Przyjeżdżacie do Sabang na własną rękę (bezpośrednim minibusem albo jeepneyem z Puerto Princesa albo z El Nido, przeważnie z przesiadką w Salvacion). Znajdujecie sobie nocleg. Albo nawet przed znalezieniem sobie noclegu udajecie się do parkowej budki (nie da się jej przeoczyć, stoi na środku placu przy przystani). Orientujecie się w sytuacji. Nawet jeśli Wam powiedzą, że na jutro nie ma miejsc, nie poddawajcie się, uśmiechnijcie się, proście, błagajcie, coś się na pewno da zrobić. Pewnie każą Wam przyjść jeszcze raz. Trudno. Może Wam się uda uniknąć tego bajzlu, a może bajzel będzie jeszcze większy, niż za naszej wizyty. Trzymam kciuki. Jak już dostaniecie swoje "permity", idziecie na przystań i płacicie za łódkę, albo idziecie tak zwanym Jungle Trail w kierunku Podziemnej Rzeki. Tam będzie kolejna kolejka, jakieś numerki, aż w końcu wsadzą Was na łódź. I dalej już będzie tak samo jak w wersji pierwszej powyżej.

Ponoć kiedyś była jeszcze wersja trzecia, polegająca na dogadaniu się z właścicielem jakiejś łódki, żeby Was zabrał do Podziemnej Rzeki po południu, po zniknięciu licznych stad stonki. Gdyby Wam się udało, to proszę o informację w komciach pod niniejszym wpisem.

Noclegi: Green Verde Cottages, 700 peso za lekko obskurny domek "bliźniak" ze wspólną łazienką. W Dab-Dab po drugiej stronie portu jest całkiem przyjemnie. Jeśli macie w cholerę szmalu albo chcecie prawdziwego luksusu, może uda Wam się znaleźć miejsce w Sheridan's Beach Resort, jest tam wielki basen i widok na górki w interiorze. Ale ten sam widok jest też z plaży.

Atrakcje: Wydawać by się mogło, że Sabang to Podziemna Rzeka i nic więcej. Błąd. W Sabang jest naprawdę przyjemna plaża, położona w długiej zatoce osłoniętej z obu stron skałami. Więc można się polenić w cieniu, popływać (chociaż ponoć po południu trzeba uważać na prąd), można połazić po okolicznych górkach, można popłynąć łódką do Port Barton. Popołudnia są całkiem przyjemne, kiedy większość stonki wsiądzie do swoich busików i pojedzie z powrotem do Puerto Princesa.

czwartek, 01 listopada 2012, lachmani

Polecane wpisy

  • El Nido - informacji praktycznych garść

    Właściwie to nie powinienem nikomu ułatwiać zadania, bo El Nido należałoby raczej chronić przed zalewem turystów . Ale znajcie moją nieskończoną dobroć. Oto par

  • Disaster Holiday, czyli zabójcze krewety

    Przyznaję. Disaster zaczął się ode mnie. Podczas którejś z wycieczek łodzią po wysepkach wokół El Nido nieopatrznie stanąłem na coś ostrego i zrobiłem sobie ni

  • UFOślimak i żółwik z irokezem

    El Nido teoretycznie nie należy do światowej czołówki miejsc nurkowych, ale mimo to zdecydowanie warto zejść tam pod wodę. Nie trzeba schodzić zbyt głęboko, żeb

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: olgierdos, *.centertel.pl
2012/11/02 10:42:33
no my się daliśmy zwieść i uwierzyliśmy że miejsc na następny dzień już nie ma :/ a że czasu nie mieliśmy to odpuściliśmy i do dziś trochę żałujemy...
-
2012/11/02 12:51:47
Nie można się tak łatwo poddawać. Zwłaszcza na Filipinach :) Sam nie wiem czemu tam jest taki bajzel, ale podejrzewam że maczają w tym palce biura turystyczne z Puerto Princesa, dla których sprzedaż biletów turystom indywidualnym jest jakąś tam konkurencją...
-
Gość: 1ataner, *.hsd1.il.comcast.net
2012/11/03 22:14:51
Czasami proste sprawy sa tak skomplikowane, ze az glowa boli. Pomimo tego, ze nie jestem zwolenniczka ostrych slow to przyznaje, ze jeden albo drugi fuck i podniesiony glos przynosi zamierzony skutek. Sama tego doswiadczylam w tym roku o czym nie zapomne napisac.
Moze jestem malo kultularna ale taka bywam w wyjatkowych sytuacjach gdy rozum i zdrowy rozsadek zawodzi.
Ataner
-
2012/11/05 00:52:54
Podoba mi się ta małpa i chude ramiona tej pani po prawej.
-
2012/11/05 12:15:57
Przekażę pani po prawej, tej po lewej też :) Małpie nie przekażę, niestety.








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...