Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
Blog > Komentarze do wpisu

Smutny los jeziornego dzieciaka

Wracamy do Kambodży, do końcówki Maminsynkowej Ekspedycji… Kolejny dzień przeznaczyliśmy na odpoczynek od świątyń. No bo ileż można te kamulce oglądać, do tego w tłumie żółtków. Zamiast na północ do Angkor, pojechaliśmy na południe, nad słynne jezioro Tonle Sap.

Mała porcja pseudomądrości: jezioro Tonle Sap jest ciekawe nie tylko dlatego, że jest wielkie. Jego powierzchnia zmienia się w zależności od ilości wody w Mekongu, chociaż Mekong tędy nie płynie. Zajrzyjcie do Wikipedii, jeśli nie wiecie o co chodzi i jak to się dzieje. A ponieważ powierzchnia się zmienia, to ciężko zbudować wioskę na brzegu jeziora, bo ten brzeg też zmienia swoje położenie. Więc wioski są ruchome - bo ludzie mieszkają na łodziach.

10 lat wcześniej wynajęliśmy sobie po prostu łódkę, która nas woziła po rzece i kawałku jeziora. Teraz byłem w lekkim szoku, kiedy ujrzałem spory parking i budynek ze sklepikami i restauracjami. Kawałek dalej widać jakąś sporą budowę - podobno to Koreańczycy budują jakiś kompleks hotelowy. Na przystani masa żółtków tłoczyła się do sporej wielkości piętrowych statków. Wyglądało to jak jakiś absurdalny kombinat - porcja żółtego tłumu gromadzi się na długiej pochylni, wsiada na łódź, łódź odpływa, podpływa następna, i następna setka włazi. Byłem tym widokiem przerażony i marzyłem o tym, żeby nie znaleźć się z nimi na jednej łodzi.

I moje błagalne modlitwy zostały wysłuchane. Kiedy przyszła nasza kolej, zostaliśmy skierowani na małą łódkę z gadatliwym przewodnikiem, którego angielszczyznę i tak nie bardzo można było zrozumieć, oraz milczącym szyprem. Odetchnęliśmy z ulgą i popłynęliśmy spokojnie w dół rzeki, mijając liczne pływające domostwa.

Ciekawostką były dla mnie rozpięte sieci, pod którymi odbywało się sortowanie i przerzucanie dużych ilości małych rybek. Dopłynęliśmy do turystycznej farmy krokodyli, w której te biedne zwierzęta tłoczyły się w małym basenie prawie tak samo, jak żółtki na swoich łodziach. Z góry dostrzegliśmy widoczek prawie taki jak 10 lat temu - kobietę w stożkowym kapeluszu mozolnie wiosłującą na łodzi wyładowanej towarem. Tyle że teraz ta łódź miała wielkie logo Coca-Coli.

W drodze powrotnej nasz przewodnik zabrał nas na pseudo-targ na wodzie. Wyczułem jakiś podstęp. Na miejscu okazało się, że po drugiej stronie rzeki jest szkoła (na łodzi oczywiście), w której uczą się dzieci, których większość jest sierotami, i że tym dzieciom trzeba coś kupić. Panowie zaproponowali wielki worek ryżu, ale ceny wydały mi się trochę wygórowane. Zdecydowałem się kupić zgrzewkę wody w butelkach. Wrzuciliśmy ją na łódkę i popłynęliśmy do dzieciaków. Widok około setki dzieci siedzących na podłodze i beznamiętnie wsuwających ryż i małe rybki z miseczek zostanie na długo w mojej pamięci.

Ale większy wstrząs czekał w narożniku platformy. Stała tam beczka z mętną zawiesiną, która okazała się być wodą z jeziora poddaną jakiemuś prymitywnemu uzdatnianiu. W beczce pływało kilka plastikowych miseczek, i dzieciaki kolejno podchodziły do tej beczki i piły mętną ciecz nabierając ją tymi miseczkami. Mamusia wyglądała na naprawdę wstrząśniętą. Ja chyba też. Zostawiliśmy dzieciakom zgrzewkę wody i ze smutnymi minami wsiedliśmy z powrotem na naszą łódkę.

Po powrocie do przystani wybraliśmy się jeszcze na krótki spacer po nieprawdopodobnie zaśmieconym cyplu z licznymi domkami na palach. Skarpa pod każdym domem była dokładnie pokryta niezliczonymi plastikowymi butelkami i odpadkami wszelkiej maści. Wtedy dotarło do mnie, że kupowanie dzieciakom plastikowych butelek z wodą chyba nie było najlepszym pomysłem...

Wróciliśmy do Siem Reap i poszliśmy na wieczorny spacer po mieście. Kawka, shake, torcik, nocny rynek, oświetlone mosty i drzewka, wreszcie Pub Street pełna knajp, w których białasy na jednego bronka wydają tyle, ile wystarczy na wyżywienie jednego jeziornego dzieciaka przez tydzień. Nasza kolacja - dodam że tego dnia była naprawdę skromna, choć wyjątkowo smaczna - to pewnie dla nich miesiąc życia. Świat jest jednak kompletnie pojebanym miejscem.

piątek, 05 grudnia 2014, lachmani

Polecane wpisy

  • Słitfocia po dziesięciu latach

    Po zwiedzeniu Wschodniego Mebonu, zbudowanego z trzech różnych rodzajów kamienia, zasiedliśmy do stołu z naszym kierowcą, który właśnie kończył jeść obiad. Zamó

  • Potop skośnych słifociarzy

    Prawdopodobnie najciekawsza albo najbardziej znana ze świątyń leżących poza głównym kompleksem Angkor leży prawie 30 km od Siem Reap i nazywa się Banteay Srey .

  • Angkor dziesięć lat później

    Pierwszy poranek w Kambodży spędziliśmy dość leniwie. Zeszliśmy na całkiem przyzwoite śniadanko, kelnerki się trochę służbowo pouśmiechały, ale od razu było czu

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2015/02/11 11:57:08
Kolor wody odpowiedni :) Wykąpałbym się :)








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...