Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
sobota, 24 stycznia 2015

W wielkim skrócie:

1. Od teraz będzie krótko. Nie że zaraz 160 znaków na notkę. Ale krótko i treściwie. Ponoć tylko tak teraz można dotrzeć do współczesnych czytelników co to nie umieją się skupić dłużej niż przez 30 sekund.

2. Jak prawie co roku jestem w Konkursiku na Blogaska Roku. Na Onecie. A co, trzeba się trochę polansować.

3. Ostatnie dwie notki z Maminsynkowej wycieczki - no może cztery - już są napisane, pojawią się w najbliższych dniach. Albo tygodniach. Od wycieczki minął rok, ale wiecie, czasu nie było.

4. W tym roku Maminsynek zostawił Mamusię w domu i pojechał w świat sam. W dokładnie przeciwnym kierunku niż ostatnio. Zatem ogłaszam początek wycieczki po Ameryce Środkowej pod hasłem "Gringo wśród grubasów". Zaczęło się od spacerku po Mexico City. Więc proszę bardzo, oto parę fotek na dobry początek. Będzie więcej. Hasta luego!

Co słychać w Meksyku? Sporo się zmieniło. Są nowe pasy rowerowe i ulice wyłączone z ruchu samochodowego. Było lodowisko na głównym placu (Zocalo), ale właśnie je demontowali, więc nie pojeździłem. Są demonstracje i policja gotowa do boju, tylko boju brak. Jest tłok w metrze i korki na głównych ulicach. Ale to nic nowego. Biskup śpi podczas czytania, czyścibut poleruje lakierki klientom. Za to brak biało-zielonych taksówek-garbusów! Zniknęły całkowicie. Szkoda...

sobota, 10 stycznia 2015

Wschód słońca nad Angkor Wat zostawiliśmy sobie na ostatni dzień pobytu. O 5 rano, zawinięci w polary i kurtki, siedzieliśmy w tuk-tuku. Na miejscu przywitała nas liczna banda białasów i żółtków, gromadząca się przed świątynią nad wielką sadzawką w oczekiwaniu na ten jeden wyjątkowy kadr, który będzie można uwiecznić szajsfonikiem i wrzucić na szajsbuka. Właśnie ten:

Nie chcieliśmy się z nimi tłoczyć, więc oddaliliśmy się od tłumów i przeszliśmy się jeszcze dookoła świątyni, żeby rzucić okiem na zachodzący księżyc. Niestety, prawdziwego wschodu słońca nie dało się zaobserwować, bo chmury dość skutecznie go zasłoniły. Nie pozostało nam nic innego jak pstryknąć parę fotek na do widzenia i wrócić do hotelu celem odespania.

Załatwiliśmy transport na dzień następny, przeszliśmy się jeszcze trochę po mieście, zaliczyliśmy kolacyjną porażkę z wyjątkowo syfiastym żarciem, po czym spakowaliśmy nasze nędzne graty i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Na szczęście nie był wieczny.

piątek, 05 grudnia 2014

Wracamy do Kambodży, do końcówki Maminsynkowej Ekspedycji… Kolejny dzień przeznaczyliśmy na odpoczynek od świątyń. No bo ileż można te kamulce oglądać, do tego w tłumie żółtków. Zamiast na północ do Angkor, pojechaliśmy na południe, nad słynne jezioro Tonle Sap.

Mała porcja pseudomądrości: jezioro Tonle Sap jest ciekawe nie tylko dlatego, że jest wielkie. Jego powierzchnia zmienia się w zależności od ilości wody w Mekongu, chociaż Mekong tędy nie płynie. Zajrzyjcie do Wikipedii, jeśli nie wiecie o co chodzi i jak to się dzieje. A ponieważ powierzchnia się zmienia, to ciężko zbudować wioskę na brzegu jeziora, bo ten brzeg też zmienia swoje położenie. Więc wioski są ruchome - bo ludzie mieszkają na łodziach.

10 lat wcześniej wynajęliśmy sobie po prostu łódkę, która nas woziła po rzece i kawałku jeziora. Teraz byłem w lekkim szoku, kiedy ujrzałem spory parking i budynek ze sklepikami i restauracjami. Kawałek dalej widać jakąś sporą budowę - podobno to Koreańczycy budują jakiś kompleks hotelowy. Na przystani masa żółtków tłoczyła się do sporej wielkości piętrowych statków. Wyglądało to jak jakiś absurdalny kombinat - porcja żółtego tłumu gromadzi się na długiej pochylni, wsiada na łódź, łódź odpływa, podpływa następna, i następna setka włazi. Byłem tym widokiem przerażony i marzyłem o tym, żeby nie znaleźć się z nimi na jednej łodzi.

I moje błagalne modlitwy zostały wysłuchane. Kiedy przyszła nasza kolej, zostaliśmy skierowani na małą łódkę z gadatliwym przewodnikiem, którego angielszczyznę i tak nie bardzo można było zrozumieć, oraz milczącym szyprem. Odetchnęliśmy z ulgą i popłynęliśmy spokojnie w dół rzeki, mijając liczne pływające domostwa.

Ciekawostką były dla mnie rozpięte sieci, pod którymi odbywało się sortowanie i przerzucanie dużych ilości małych rybek. Dopłynęliśmy do turystycznej farmy krokodyli, w której te biedne zwierzęta tłoczyły się w małym basenie prawie tak samo, jak żółtki na swoich łodziach. Z góry dostrzegliśmy widoczek prawie taki jak 10 lat temu - kobietę w stożkowym kapeluszu mozolnie wiosłującą na łodzi wyładowanej towarem. Tyle że teraz ta łódź miała wielkie logo Coca-Coli.

W drodze powrotnej nasz przewodnik zabrał nas na pseudo-targ na wodzie. Wyczułem jakiś podstęp. Na miejscu okazało się, że po drugiej stronie rzeki jest szkoła (na łodzi oczywiście), w której uczą się dzieci, których większość jest sierotami, i że tym dzieciom trzeba coś kupić. Panowie zaproponowali wielki worek ryżu, ale ceny wydały mi się trochę wygórowane. Zdecydowałem się kupić zgrzewkę wody w butelkach. Wrzuciliśmy ją na łódkę i popłynęliśmy do dzieciaków. Widok około setki dzieci siedzących na podłodze i beznamiętnie wsuwających ryż i małe rybki z miseczek zostanie na długo w mojej pamięci.

Ale większy wstrząs czekał w narożniku platformy. Stała tam beczka z mętną zawiesiną, która okazała się być wodą z jeziora poddaną jakiemuś prymitywnemu uzdatnianiu. W beczce pływało kilka plastikowych miseczek, i dzieciaki kolejno podchodziły do tej beczki i piły mętną ciecz nabierając ją tymi miseczkami. Mamusia wyglądała na naprawdę wstrząśniętą. Ja chyba też. Zostawiliśmy dzieciakom zgrzewkę wody i ze smutnymi minami wsiedliśmy z powrotem na naszą łódkę.

Po powrocie do przystani wybraliśmy się jeszcze na krótki spacer po nieprawdopodobnie zaśmieconym cyplu z licznymi domkami na palach. Skarpa pod każdym domem była dokładnie pokryta niezliczonymi plastikowymi butelkami i odpadkami wszelkiej maści. Wtedy dotarło do mnie, że kupowanie dzieciakom plastikowych butelek z wodą chyba nie było najlepszym pomysłem...

Wróciliśmy do Siem Reap i poszliśmy na wieczorny spacer po mieście. Kawka, shake, torcik, nocny rynek, oświetlone mosty i drzewka, wreszcie Pub Street pełna knajp, w których białasy na jednego bronka wydają tyle, ile wystarczy na wyżywienie jednego jeziornego dzieciaka przez tydzień. Nasza kolacja - dodam że tego dnia była naprawdę skromna, choć wyjątkowo smaczna - to pewnie dla nich miesiąc życia. Świat jest jednak kompletnie pojebanym miejscem.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 403
| < Styczeń 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...