Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
piątek, 05 grudnia 2014

Wracamy do Kambodży, do końcówki Maminsynkowej Ekspedycji… Kolejny dzień przeznaczyliśmy na odpoczynek od świątyń. No bo ileż można te kamulce oglądać, do tego w tłumie żółtków. Zamiast na północ do Angkor, pojechaliśmy na południe, nad słynne jezioro Tonle Sap.

Mała porcja pseudomądrości: jezioro Tonle Sap jest ciekawe nie tylko dlatego, że jest wielkie. Jego powierzchnia zmienia się w zależności od ilości wody w Mekongu, chociaż Mekong tędy nie płynie. Zajrzyjcie do Wikipedii, jeśli nie wiecie o co chodzi i jak to się dzieje. A ponieważ powierzchnia się zmienia, to ciężko zbudować wioskę na brzegu jeziora, bo ten brzeg też zmienia swoje położenie. Więc wioski są ruchome - bo ludzie mieszkają na łodziach.

10 lat wcześniej wynajęliśmy sobie po prostu łódkę, która nas woziła po rzece i kawałku jeziora. Teraz byłem w lekkim szoku, kiedy ujrzałem spory parking i budynek ze sklepikami i restauracjami. Kawałek dalej widać jakąś sporą budowę - podobno to Koreańczycy budują jakiś kompleks hotelowy. Na przystani masa żółtków tłoczyła się do sporej wielkości piętrowych statków. Wyglądało to jak jakiś absurdalny kombinat - porcja żółtego tłumu gromadzi się na długiej pochylni, wsiada na łódź, łódź odpływa, podpływa następna, i następna setka włazi. Byłem tym widokiem przerażony i marzyłem o tym, żeby nie znaleźć się z nimi na jednej łodzi.

I moje błagalne modlitwy zostały wysłuchane. Kiedy przyszła nasza kolej, zostaliśmy skierowani na małą łódkę z gadatliwym przewodnikiem, którego angielszczyznę i tak nie bardzo można było zrozumieć, oraz milczącym szyprem. Odetchnęliśmy z ulgą i popłynęliśmy spokojnie w dół rzeki, mijając liczne pływające domostwa.

Ciekawostką były dla mnie rozpięte sieci, pod którymi odbywało się sortowanie i przerzucanie dużych ilości małych rybek. Dopłynęliśmy do turystycznej farmy krokodyli, w której te biedne zwierzęta tłoczyły się w małym basenie prawie tak samo, jak żółtki na swoich łodziach. Z góry dostrzegliśmy widoczek prawie taki jak 10 lat temu - kobietę w stożkowym kapeluszu mozolnie wiosłującą na łodzi wyładowanej towarem. Tyle że teraz ta łódź miała wielkie logo Coca-Coli.

W drodze powrotnej nasz przewodnik zabrał nas na pseudo-targ na wodzie. Wyczułem jakiś podstęp. Na miejscu okazało się, że po drugiej stronie rzeki jest szkoła (na łodzi oczywiście), w której uczą się dzieci, których większość jest sierotami, i że tym dzieciom trzeba coś kupić. Panowie zaproponowali wielki worek ryżu, ale ceny wydały mi się trochę wygórowane. Zdecydowałem się kupić zgrzewkę wody w butelkach. Wrzuciliśmy ją na łódkę i popłynęliśmy do dzieciaków. Widok około setki dzieci siedzących na podłodze i beznamiętnie wsuwających ryż i małe rybki z miseczek zostanie na długo w mojej pamięci.

Ale większy wstrząs czekał w narożniku platformy. Stała tam beczka z mętną zawiesiną, która okazała się być wodą z jeziora poddaną jakiemuś prymitywnemu uzdatnianiu. W beczce pływało kilka plastikowych miseczek, i dzieciaki kolejno podchodziły do tej beczki i piły mętną ciecz nabierając ją tymi miseczkami. Mamusia wyglądała na naprawdę wstrząśniętą. Ja chyba też. Zostawiliśmy dzieciakom zgrzewkę wody i ze smutnymi minami wsiedliśmy z powrotem na naszą łódkę.

Po powrocie do przystani wybraliśmy się jeszcze na krótki spacer po nieprawdopodobnie zaśmieconym cyplu z licznymi domkami na palach. Skarpa pod każdym domem była dokładnie pokryta niezliczonymi plastikowymi butelkami i odpadkami wszelkiej maści. Wtedy dotarło do mnie, że kupowanie dzieciakom plastikowych butelek z wodą chyba nie było najlepszym pomysłem...

Wróciliśmy do Siem Reap i poszliśmy na wieczorny spacer po mieście. Kawka, shake, torcik, nocny rynek, oświetlone mosty i drzewka, wreszcie Pub Street pełna knajp, w których białasy na jednego bronka wydają tyle, ile wystarczy na wyżywienie jednego jeziornego dzieciaka przez tydzień. Nasza kolacja - dodam że tego dnia była naprawdę skromna, choć wyjątkowo smaczna - to pewnie dla nich miesiąc życia. Świat jest jednak kompletnie pojebanym miejscem.

środa, 19 listopada 2014

Przez całe lata, a może nawet dziesięciolecia, Słupsk był dla mnie niepotrzebną przeszkodą na drodze ze Szczecina do Gdańska. Kiedy w końcu wybudowano obwodnicę, zupełnie mi go nie brakowało. Jeszcze może ze dwa razy przejechałem tamtędy w drodze na festiwal rockowej nekrofilii, i nadal nie zauważyłem nic ciekawego. Ale jakieś dwa miesiące temu okazało się, jak bardzo się myliłem.

Słupsk bowiem okazał się być całkiem przyjemnym miasteczkiem. Oprócz hotelu w dawnym browarze oraz inkubatora technologii posiada też rzeczkę Słupię, nad którą stanąłem osłupiały z powodu jej uderzającego piękna. Wzdłuż rzeczki ciągnie się niewielki park. Jeden z somelierów okupujących parkowe ławeczki zapytał nas, skąd jesteśmy. Kiedy usłyszał, że ze Szczecina, oświadczył, że zna dobrze Krzekowo, bo siedział tam w poprawczaku. Obok ławeczki z somelierami znajduje się Baszta Czarownic, jest też okrągły kibelek, niestety nieczynny.

A w centrum miasta, na deptaku, stoi tramwaj, chociaż linii tramwajowych w mieście brak. Szkoda trochę. Jest za to sporo ścieżek rowerowych, niestety zbudowanych w typowo polskim stylu - ich krótkie odcinki kończą się na przejściach dla pieszych albo na ścianach budynków. A przecież w mieście tej wielkości można by spokojnie zrobić jakiś sensowny system rowerowy. Zresztą gdzieniegdzie widać hasełka typu "Słupsk miastem rowerów". Co ciekawe, kilka lat temu Słupsk zajął drugie miejsce - za Gdańskiem - w rankingu polskich miast przyjaznych rowerom. Marnie to świadczy o tej polskiej "przyjazności".

No nic, roweru nie miałem, więc nie pojeździłem. Wypiłem z kolegą moim przemiłym kawkę w Kafeinie na deptaku, pstryknąłem parę fotek i pojechałem do kolejnego miasta, w którym 25 lat temu zawalił się mur.

18:09, lachmani , Europa
Link Komentarze (3) »
wtorek, 18 listopada 2014

Jest takie miasto w Polsce, które ma w sercu mym miejsce szczególne. Nie tylko dlatego, że się tam urodziłem. Przede wszystkim dlatego, że panuje tam naprawdę pozytywny klimat, którego brakuje wielu innym miastom naszego pięknego kraju. Klimat, który przypomina mi - może nieco absurdalnie - połączenie Sopotu z Zakopanem, ale bez tłumów turystów.

Niestety moje wizyty w Zielonej Górze nie zdarzają się tak często, jak bym tego chciał. Poprzednio byłem tam chyba ze 3 lata temu. Teraz miałem bardzo niewiele czasu, do tego było trochę szarawo, ale nie przeszkodziło mi to w przejściu się po Deptaku, wypiciu paru piwek w Hauście i spróbowaniu indyjskiej kuchni w Namaste. Były też obowiązkowe odwiedziny na wzgórzu przy Palmiarni. No i spostrzeżenie, że moda na kłódeczki miłości też tu dotarła.

Szkoda, że tak krótko, ale trzeba było jechać dalej. Było warto. Stay tuned. A do Zielonej Górki na pewno jeszcze kiedyś wrócę.

20:36, lachmani , Europa
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 403
| < Grudzień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...