Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
czwartek, 07 maja 2015

Prom z Puerto Juarez zawiózł mnie na Isla Mujeres. Czyli Wyspę Kobiet. Fakt, pierwszym widokiem po wyjściu z przystani promowej rzeczywiście była kobieta. Siedząca na wózku golfowym, w niezwykle skąpym bikini, natychmiast przykuła moją uwagę. Głównie faktem, że była wielkości małego samochodu. Zawyłem z rozpaczy i poszedłem szukać miejsca do spania.

Isla Mujeres jest opisywana jako "relaxed, laid back place". Ostatnio nawet czytałem, że jest rajska. Taaaa. Rajska, relaxed i laid back to może by i była, gdyby wygonić z niej wszystkich jankeskich turystów, jeżdzących w kółko tymi cholernymi wózkami golfowymi. Jedynym miejscem, gdzie wózki nie dojeżdżają, jest plaża. Uciekłem tam czym prędzej i wreszcie mogłem się trochę nacieszyć kąpielą w rozkosznych wodach Morza Karaibskiego w promieniach zachodzącego słońca.

Skoczyłem do centrum nurkowego zapisać się na nura, i nawet się udało. W sam raz na rozgrzewkę po roku przerwy, coś bardzo luźnego. Nie sądziłem tylko że będzie aż tak luźne. W zasadzie to mogłem to samo zrobić z maską i rurką. Podwodne muzeum z setkami rzeźb ustawionych pod wodą kilka lat temu byłoby świetne na nocnego nura. W ciągu dnia nie robi jakiegoś oszałamiającego wrażenia.

Kolejnego dnia pożyczyłem sobie rozklekotany rower za jakieś absurdalne pieniądze i pojechałem na południowy koniec wyspy, po drodze wyprzedzając większość wózków golfowych. Tam spotkałem prawdziwą kobietę. Niestety nie była zbyt kontaktowa, może przez tego węża na głowie.

Zwiedziłem cypel będący najbardziej wysuniętym na wschód punktem na terytorium Meksyku, pogapiłem się na fale uderzające w skaliste wybrzeże, i popedałowałem z powrotem. Golfiarze trochę u mnie zapunktowali, bo poczęstowali mnie zimnym bronkiem w czasie jazdy. Poznałem się bliżej z najbardziej atrakcyjną, a na pewno najszczuplejszą kobietą na Wyspie Kobiet. A potem oddałem rowerek, zabrałem graty i wieczornym promem wróciłem do Cancun.

Isla Mujeres - informacje praktyczne:

Dojazd: Promy pływają z Puerto Juarez (kawałek na północ od centrum Cancun, dojazd taksówką lub autobusem, 40-50 peso) i kosztują 300 peso w obie strony. Są też droższe promy pływające z hotelowej części Cancun. Centrum miasteczka i większość hoteli jest położona w niewielkiej odległości od przystani promowej, więc żadne taksówki nie będą raczej potrzebne.

Noclegi: Lista hoteli i pensjonatów jest dostępna pod tym adresem: http://www.isla-mujeres.net/acomcentro.htm. Backpackerom mogę polecić hostel Poc-Na (www.pocna.com), który ma też swoje centrum nurkowe. Ja nocowałem w Hotelu Osorio, który jest bardzo prymitywnym, ale czystym i całkiem tanim miejscem do spania, całkiem blisko większości knajp i przystani promowej. Na plażę 10 minut piechotą.

Jedzenie: Knajp jest od cholery, wszelkiej maści. Z głodu nie umrzecie. Na północ od przystani promowej jest parę seafoodowni, dobre ceviche dają.

Atrakcje: Sensowna plaża jest tylko na północnym krańcu wyspy. W słoneczny, bezwietrzny dzień jest zapchana wielorybami. Na szczęście stadne to zwierzęta, lubią być blisko źródeł hałasu oraz wodopoju, więc gromadzą się przy kilku barach z plażowymi drinkami i łupiącą muzą. 200 metrów dalej, gdzie barów i muzy (na razie) brak, da się żyć. W wodzie tłoku też nie ma, ale nie nastawiajcie się na wielkie pływanie, bo w trosce o życie i zdrowie wielorybów wyznaczono strefę do kąpieli, gdzie woda sięga maksymalnie piersi.

Poza plażą... można pożyczyć rower (polecam) albo wózek golfowy (polecam tylko emerytom z co najmniej 30-kilową nadwagą) i pojechać na drugi koniec wyspy. Tam są fajne klify, rzeźba kobiety z pełnymi piersiami i wężem na głowie, jakiś jaszczur (żywe jaszczury też są) oraz latarnia morska i knajpa. Aha, są też arcydzieła sztuki współczesnej. Ładne nawet. Wstęp 30 pesów.

Nurkowanie: Dałem nura tylko w tzw. Podwodnym Muzeum, więc nie wiem czy są jakieś inne ciekawe miejsca. Muzeum byłoby świetne na nocne nury, ale że nurkowałem w dzień, to wrażenie zrobiło takie sobie. Owszem, setka ludzkich postaci stoi sobie na dnie, są mężczyźni, kobiety w ciąży, dzieci, jakieś domki, nawet VW się chyba dorzucił, bo garbus też stoi. Poza dziełami ludzkich rąk był jeden fajny żółwik i to właściwie wszystko. Nurkowałem z centrum nurkowym Poc-Na przy hostelu o tej samej nazwie. Niby wszystko fajnie, ale ponieważ to backpackerski hostel, to traficie na masę ludzi z trzema nurkowaniami na koncie, którym powietrze skończy się po trzech minutach. Na szczęście Podwodne Muzeum jest na głębokości maksymalnie 8-10 metrów, więc nie będziecie musieli ich ratować, tylko poślecie ich na powierzchnię.

środa, 01 kwietnia 2015

Ta chwila musiała w końcu nadejść... Do zobaczenia w innym wcieleniu, Drodzy Parafianie!

Gdybym jednak zmienił zdanie, wiecie gdzie mnie szukać...

10:12, lachmani
Link Komentarze (4) »
wtorek, 24 lutego 2015

No patrzcie, nie zdążyłem nic napisać, a tu już do domu trzeba wracać. To może krótko o tym, co się działo po kankuńskiej betonowej masakrze:

- odwiedziłem Wyspę Kobiet, ale wszystkie były paskudne, faceci zresztą też;
- jedna kobieta odwiedziła mnie, i nawet została na trochę dłużej;
- dałem parę fajnych nurów, najpierw w morzu, a potem w jaskiniach zwanych cenotami, było nawet trochę strachu, kiedy trzeba się było zanurzyć w chmurę siarkowodoru;
- odwiedziłem kilka jukatańskich plaż, najlepsza chyba w Tulum, chociaż Mahahual też był niczego sobie;
- plaża nad jeziorkiem Bacalar też całkiem przyjemna;
- wraz z bandą białasów popłynąłem łodzią do Belize, gdzie byłem zmuszony spać z przygodnie napotkanym Włochem;
- w towarzystwie wesołych niemieckich policjantów dałem nura z bardzo przyjaznymi rekinkami;
- koczowałem na podłodze z dwoma kanadyjskimi nauczycielami palącymi duże ilości zioła na plaży;
- ostatnią noc w Belize spędziłem w pokoju śmierdzącym moczem (nie moim), więc ze sporą radością opuściłem ten kraj;
- przez pierwsze trzy gwatemalskie noce mieszkałem w domku nad rzeczką, opodal krzaczka, a właściwie to w środku bardzo wilgotnego lasu, machając intensywnie wiosłem;
- wpadłem do zamulonego ścieku w tonącej Wenecji nazwanej dla niepoznaki Flores;
- zaliczyłem Tikal o zachodzie i o wschodzie słońca, nasłuchując wycia wyjców;
- poświęciłem sporo czasu i wysiłku na dotarcie do przepięknego Semuc Champey, tylko po to żeby przez godzinkę popluskać się w deszczu;
- za to zawarłem tam kilka przyjaznych przyjaźni;
- zakotwiczyłem w Antigua (jak się odmienia po polsku? "w Antigle"?) i pojeździłem trochę na rowerze (chociaż głównie pchałem go pod górkę);
- mimo blokad dróg i niebezpiecznych osuwisk dojechałem nad jezioro Atitlan i nawet się w nim wykąpałem;
- nikt mnie nie napadł ani nie okradł, chociaż tutejsze ceny to rozbój w biały dzień;
- ale może jeszcze mnie ktoś napadnie dziś w drodze na lotnisko.

Sprzęt do selekcji i obróbki zdjęć odmówił współpracy, pewnie dlatego, że już nie mógł znieść tej ilości fotograficznego chłamu. Jak go postawię na nogi po powrocie do domu, to może coś pokażę światu. Tymczasem żegnaj Gwatemalo!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 405
| < Sierpień 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...