Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
niedziela, 06 lipca 2014

Po zwiedzeniu Wschodniego Mebonu, zbudowanego z trzech różnych rodzajów kamienia, zasiedliśmy do stołu z naszym kierowcą, który właśnie kończył jeść obiad. Zamówiłem kokosy, rozejrzałem się dookoła, i jedna twarz zwróciła moją uwagę. Była to twarz właścicielki knajpy oraz sąsiedniego straganu z ciuchami. Zaraz. Przecież ja tę panią znam. Jadłem obiad w tej samej knajpce 10 lat temu. - Przepraszam, czy Pani mnie pamięta?

A pani naprawdę pamiętała. Zrobiliśmy sobie pamiątkową fotę, i chyba trzeba będzie zobaczyć, czy za kolejnych 10 lat pani jeszcze tam będzie i czy da się kolejną słitfocię zrobić.

czwartek, 03 lipca 2014

Prawdopodobnie najciekawsza albo najbardziej znana ze świątyń leżących poza głównym kompleksem Angkor leży prawie 30 km od Siem Reap i nazywa się Banteay Srey. O poranku, po śniadanku, wsiedliśmy do tuk-tuka i oddaliśmy się kontemplacji przydrożnych krajobrazów. Pola, krowy, droga na Ostrołękę, itp. Trochę nuda.

Kiedy jednak dotarliśmy na miejsce, znudzenie natychmiast zmieniło się w niedowierzanie, a może nawet lekką złość. Dziesięć lat temu Banteay Srey odwiedzały nieliczne osoby, którym chciało się jechać tuk-tukiem po zakurzonej, szutrowej drodze. Teraz powitał nas ogromny parking pełen autokarów i samochodów. Do tego specjalnie zbudowany kompleks usługowy, zaprojektowany tak, żeby nie dało się ominąć licznych straganów z badziewiem. I nieprawdopodobny tłum ludzi, w większości wkurwiająco hałaśliwych Chinoli.

Trudno. Poszliśmy zwiedzać razem z tłumem. Do zdjęć przed wejściem na teren samej świątyni ustawiła się długa kolejka skośnych słitfociarzy. Nikogo nie interesuje sama świątynia. Najważniejsza jest focia z ciocią, z boyfriendem, z puszką coli albo z wypiętą dupą, do natychmiastowej wrzuty na szajsbuka. Witajcie w erze turystycznych zjebów cyfrowych.

 

Lekko zdegustowani obeszliśmy sobie świątynię, zajrzeliśmy na niezbyt ciekawe rozlewiska (nie, to nie te na zdjęciach), po czym zasiedliśmy w ocienionej knajpce i spożyliśmy całkiem niezłe fruit szejki.

A potem ruszyliśmy w drogę powrotną do kompleksu Angkor, gdzie zajrzeliśmy jeszcze do kilku świątyń, których nie daliśmy radę obejrzeć poprzedniego dnia.

I tam wydarzyła się rzecz zupełnie niebywała. Ale o tym w kolejnej notce. Coming soon.

niedziela, 22 czerwca 2014

Pierwszy poranek w Kambodży spędziliśmy dość leniwie. Zeszliśmy na całkiem przyzwoite śniadanko, kelnerki się trochę służbowo pouśmiechały, ale od razu było czuć, że brak tego autentycznego, filipińskiego "czegoś". No nic, jakoś trzeba będzie przywyknąć. Przenieśliśmy się do Tanei Guesthouse, czyli tej noclegowni, którą mieliśmy pierwotnie zarezerwowaną, i był to zdecydowanie dobry strzał. Dostaliśmy wielki pokój na drugim piętrze, na dole była knajpa, basen i mini-biuro podróży. Nasz tuk-tukowy kierowca okazał się być całkiem rozgarnięty, więc bez zbędnej zwłoki dogadaliśmy się na pierwszy, popołudniowy wyjazd do świątyń Angkor.

Na początek wzięliśmy tak zwaną Małą Pętlę. Po zakupieniu trzydniowych biletów za 40 dolków sztuka pojechaliśmy do głównej świątyni, ale całkowicie ją zignorowaliśmy i pojechaliśmy dalej na północ. Więc zwiedzanie zaczęliśmy od Bayonu - kompleksu wież z czterema twarzami każda. Najpierw jednak przeżyłem pewien szok, spowodowany ilością turystów i intensywnością ruchu kołowego na głównej drodze. Kiedy tam byłem 10 lat temu, było prawie pusto. Teraz ilość turystów, szczególnie skośnych, przekraczała wszelkie ustawowe normy. Kłębili się we wszelkich możliwych miejscach, pstrykając miliony zdjęć wypasionymi lustrzankami, komóreczkami oraz oczywiście tabletami, które w tej części świata zdają się być całkiem popularnymi urządzeniami do fotografowania. Nawet mnisi w pomarańczowych wdziankach chętnie z nich korzystają.

Mimo tych tłumów udało nam się jakoś przetrwać zwiedzanie Bayonu i znudzone spojrzenia każdej z jego 216 twarzy, a potem udaliśmy się w kierunku kolejnych świątyń. Baphuon, Taras Trędowatego Króla i cholera wie co tam jeszcze. Nie mogłem się jednak doczekać dalszej części wycieczki, czyli wizyty w słynnej Ta Prohm, oplecionej przez wielkie drzewa-dusiciele.

W dwa tysiące trzecim nie było tam prawie nikogo. Można było spokojnie powłóczyć się wśród częsciowo zawalonych murów, zajrzeć w klimatyczne, ciemne korytarzyki i przyjrzeć się figowcom pożerającym świątynię. Teraz... trzeba było się poprzepychać w tłumie chińskich pań w średnim wieku, pozujących z wypiętymi dupami przy wielkim drzewie. No serio. Nie wiem o co chodziło z tym wypinaniem, ale każda z kilkudziesięciu uczestniczek zorganizowanej wycieczki musiała podejść w to samo miejsce, wypiąć tyłek, zrobić durnowatą minę, i czekać, aż koleżanki ją sfotografują swoimi tablecikami i szajsfonami. A potem była kolej na następną wypiętą panią. Żeby jeszcze miały co pokazywać światu...

Po pstryknięciu paru obowiązkowych fotek udaliśmy się wraz z chińskim tłumem do głównej świątyni kompleksu, znanej z pocztówek i uwiecznionej tego dnia na tysiącach szajsfonowych i tablecikowych słitfoci. Angkor Wat. W Wikipedii na pewno można przeczytać o tym, w którym wieku ta świątynia powstała i w ogóle po jaką cholerę. W tej chwili głównym celem jej istnienia jest przyciąganie turystów z całego świata, w ilościach wciąż rosnących i przekraczających już 2 miliony rocznie, oraz nabijanie kasy właścicielowi firmy Sokimex, który dostał od kambodżańskiego nierządu koncesję na pobieranie opłat za bilety wstępu. Wyobrażacie sobie, że wpływy z biletów na Wawel albo do zamku w Malborku idą do kieszeni jakiejś prywatnej firmy?

Mieliśmy spore szczęście - była pełnia księżyca, więc mogliśmy obserwować jego wschód nad Angkorem krótko po obowiązkowym zachodzie słońca. O dziwo większość turystów już zniknęła, więc spędziliśmy te chwile we względnej ciszy i spokoju. A nie jest to widok, który zdarza się jakoś specjalnie często, i który chce się oglądać w tłumie hałaśliwych żółtków.

Potem wróciliśmy do naszego lekko zniecierpliwionego tuk-tuk drivera, który zabrał nas do hotelu, gdzie leniwie spożyliśmy kolację popijając piwkiem w towarzystwie hiperuprzejmych kelnerów. I po jaką cholerę do pięciogwiazdkowych kombinatów jeździć?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 399
| < Lipiec 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...