wtorek, 18 czerwca 2013
Wybaczcie mi Parafianie, albowiem zbłądziłem. Przez chwilę chciałem całkowicie porzucić blogaskową pisaninę i zacząć uprawiać nordic walking. Na szczęście dzięki wypiciu odpowiedniej ilości alkoholu wyeliminowałem najsłabsze spośród moich nielicznych szarych komórek, dzięki czemu idiotyczne pomysły poszły w odstawkę. Na dodatek zachciało mi się wspomnień z dawnych lat i zajrzałem na własnego blogaska. No i jakoś tak fajnie mi się czytało, zwłaszcza szkockie opowieści. Więc oficjalnie mogę ogłosić powrót do grafomańskiej tfurczości. Południowoamerykańska wycieczka zakończyła się już kilka miesięcy temu, ale wiadomo, że nie siedziałem w domu przez cały ten czas. Więc już za momencik pojawią się opowiastki z majówkowego wypadu za miasto, w czasie którego nie grillowałem i wypiłem może ze dwa piwa, za to zmieniłem się w zoofila i podglądałem zwierzaki zza krzaków i przez nurkową maskę. Mam też w zanadrzu parę zaległych spraw, w tym sporo praktycznych informacji z Ameryki Południowej, oraz różne radosne opowieści, w tym jedną z miasta mego rodzinnego i jego kambodżańskiej dzielnicy. Nie wiedzieliście, że taka istnieje? Ja też nie. Ale się dowiedziałem, i podzielę się z Wami tą wiedzą oraz paroma fotkami. Może nawet jutro?
wtorek, 04 czerwca 2013
Dzień pięćdziesiąty czwarty: wczesna pobudka - spacer do metra - tylko czemu metro jest zamknięte?! - w niedzielę jeździ od 9 - no to mam lekki problem ale na szczęście jeżdżą autobusy - z pomocą przypadkowego współpasażera trafiam do autobusu na lotnisko - a ten zasuwa w ekspresowym tempie - ale po co było się spieszyć, skoro lot na Wyspę opóźniony co najmniej do popołudnia - chyba umrę tu z nudów - a może uda mi się trochę popracować? - koło 14 okazuje się że wylot jest planowany na 17 ale możemy w ogóle nie polecieć - w knajpie lotniskowej totalny burdel, właściwie to można jeść za darmo, co niniejszym czynię - OK, jednak dziś polecimy - 6 godzin nad Pacyfikiem z Benem Affleckiem i Iranem oraz Brucem Willisem i Nowym Jorkiem - lądujemy w strugach deszczu - szybka organizacja noclegu - dureń zostawił okulary w samolocie - noclegownia o dziwo bardzo przyjemna - brazylijska współlokatorka też przyjemna - gadamy do późnej nocy - dawno tak dobrze nie spałem. Dzień pięćdziesiąty piąty: wczesnej pobudki brak - leniwy spacer po mieście - zapisany na nury na jutro - rower też pożyczony - na razie trzeba się schować przed upałem - ale w końcu można jechać - nawet przyjemnie tylko ręka jeszcze boli po szlifie z San Pedro - rękawiczki średnio pomagają i pewnie dlatego je zgubiłem - empanada z krewetkami i serem palce lizać - plaża Anakena jest ponoć najlepsza na wyspie - no co zrobić, szału nie ma - ale woda bardzo fajna - posągi też fajnie wyglądają - powrót zaczyna się długim podjazdem - ale potem już na luziku - w sumie 36 km - już prawie po ciemku - jeszcze trochę gadaniny z Brazylijką i lulu. Dzień pięćdziesiąty szósty: pobudka o krwistoczerwonym świcie - niestety wieje - pożegnanie z koleżanką więc mam cały dorm dla siebie - nurkowanie odwołane - wieje i pada - czekam na poprawę pogody - nadchodzi wczesnym popołudniem - 22 km po kamienistych drogach - moaie i jaskinie z widokiem na morze - powrót w słońcu więc jest nadzieja na jakieś widoki o zachodzie - niestety czarne chmurwy nad horyzontem wszystko psują - nudny wieczór przeradza się w sympatyczną międzynarodową popijawkę - ale trzeba iść spać bo jutro szansa na wczesnego nura. Dzień pięćdziesiąty siódmy: pogoda wygląda jakby nieźle - no to nurkujemy - super być znowu pod wodą po rocznej przerwie - widzialność niezła ale do zapowiadanych 60 metrów daleko - za to jest dużo więcej rzeczy do oglądania niż się spodziewałem - mureny, żółw, skorpeny - fajne łuki skalne - śniadanie za 18 dolków - owoce na targu - rowerem na wulkan Rano Kau - trochę się zziajałem - ale warto było bo pan w parku narodowym wpuszcza mnie za darmo - wioska Orongo średnio ciekawa za to widok na ocean przepiękny - zjazd po wertepach katuje moją obolałą dłoń - tym razem jakiś względny zachód słońca się trafił - towarzystwo francusko-argentyńskie się rozkręca - ale rano trzeba wstać na nury. Dzień pięćdziesiąty ósmy - kolejny poranny nur, tym razem na północ od miasteczka - znowu jakaś murena się trafiła - przeciskamy się przez szczeliny w skałach - ale większych ryb nadal brak - czas na konkretną wycieczkę rowerową wzdłuż południowego wybrzeża - masa posągów ale wszystkie poprzewracane - niebo szare i siąpi deszcz - dojeżdżam do "fabryki moajów" czyli wulkanu Rano Raraku - tu mi nie odpuścili i jestem biedniejszy o 60 (!) dolków - a miejsce takie sobie chociaż posągów cała masa - za to Ahu Tongariki ze swoimi 18 posągami i skałami w tle robi wrażenie - no ale to już koniec tych posągowych wrażeń - wracam tą samą drogą oszczędzając obolałą dłoń - 45 km pękło co w tych warunkach jest niezłym wyczynem - i znów wieczorna nasiadówka z obozowym towarzystwem. Dzień pięćdziesiąty dziewiąty: rano leje deszcz - ale do centrum nurkowego trzeba jechać choćby po to żeby zapłacić - a tu niespodzianka: jednak płyniemy nurkować - na łodzi deszcz zalewa oczy i muszę założyć maskę - nurkowanie przy ptasiej wysepce - pod wodą wyjątkowo spokojnie i radośnie - potem się okazuje że Henry Garcia jest guinessowym rekordzistą w dziedzinie nurkowania wysokościowego - i od lat 80tych nikt go nie pobił - chciałbym pojechać ostatni raz na plażę ale przez cały dzień leje - więc lenię się trochę - z zachodu słońca też nici - pożegnalna obozowa wieczerza. Dzień sześćdziesiąty: najdalsza poczta świata - oddaję rowerek - spacerkiem na lotnisko - a tam niemiła niespodzianka czyli samolot opóźniony - na razie o 5 godzin - no to na obiad skoro LAN stawia - kobiety po czterdziestce też potrafią być atrakcyjne - i jakie rozmowne - faceci po czterdziestce równie rozmowni choć zdecydowanie mniej atrakcyjni - powrót na lotnisko - wraz z parką Szwajcarów czekamy na ten nieszczęsny samolot - o, przyleciał - no to może wsiądziemy - już na pokładzie 30 minut opóźnienia - pogaduchy z sympatyczną sąsiadką - kolejny problem techniczny, 2 godziny opóźnienia i wysiadka z samolotu - za to jaki zajebisty zachód słońca! - czekamy i czekamy a obsługa testuje turbinę przez 2 godziny - niektórym puszczają nerwy ale ogólnie atmosfera nie jest zła - w końcu problem rozwiązany i wsiadamy - odlot o północy zamiast planowego o 14 - sąsiadka pokazuje masę fotek z południa Chile - a potem Rocknrolla Guya Ritchie - LAN sponsoruje taksówki - o 7 rano wreszcie w łóżku. Dzień sześćdziesiąty pierwszy: budzą mnie Tomek z Jolą - szybkie śniadanko i wymarsz na browar - lokalny ziomek stawia nam kolejne piwko bo "wyglądamy na kulturalnych ludzi" - miłe to bardzo - pożegnanie z rodakami - spacer po mieście - piwko w parku ze Szwajcarami - fajne to Santiago, chyba mógłbym tu mieszkać - ostatnia noc. Dzień sześćdziesiąty drugi i trzeci: śniadanko na luzie - wymarsz - autobus - metro - autobus - lotnisko - odprawa - czemu mój sąsiad tak śmierdzi? - bo jest włoskim alpinistą - jak się nie rusza to trochę mniej wali - ale i tak 13 godzin w tym smrodzie to lekka przesada - chłodny poranek w Madrycie - centrum biznesowe na lotnisku jest wyjątkowo przydatnym miejscem - easyJet opóźniony ale nie za bardzo - nie tak bardzo jak nowe berlińskie lotnisko - w Berlinie pada śnieg - gdzie się podział kebab na stacji Alexanderplatz?! - no skandal jakiś, na Friedrichstrasse też nie ma - za to jest po drugiej stronie ulicy - pyszny kebab w padającym śniegu wydaje się nieco nierealny - pociągiem przez zaśnieżone pola i lasy - home sweet home - a śniegu tyle że nie mogę sobie odmówić przypięcia biegówek choćby na 20 minut - no i podróż można uznać za zakończoną.
środa, 29 maja 2013
Dzień pięćdziesiąty pierwszy: poranny przyjazd do Valparaiso - cholernie mi się nie chce jeździć nigdzie daleko i szukać miejsc noclegowych - no to próbuję w pierwszym hostelu przy dworcu - bingo! względnie cicho, net, znośna łazienka i znośna cena - szkoda tylko że pokoje mają ściany z dykty - przedpołudniowa kima - i popołudniowy spacer po mieście - jest klimat i charakter tylko chyba niespecjalnie mi ten charakter pasuje - a może tylko jestem zmęczony - klekoczącą kolejką na jeden z pagórków - a pagórków jego czterdzieści i dwa - widok OK ale nie powala - za to parę domków się niedługo zawali - szybkie lulu. Dzień pięćdziesiąty drugi: spacer do Vina del Mar - nawet ładne plaże tu mają tylko fale trochę przerażają - a w Vina to w ogóle jak w Hiszpanii - czemu ten zameczek ma jakąś taką niemiecką nazwę? - Niemcy byli wszędzie a tutaj to ich cały tłum - fajnie poleżeć na piasku - nawet sobie pospałem - spacerek po mieście wśród ocienionych uliczek - i powrót z buta do Valparaiso. Dzień pięćdziesiąty trzeci: krótka wizyta w porcie celem pstryknięcia paru fotek - empanada na głównym placu - dziadkowie grają w karty, jest nawet typ na koniu, prawie jak w domu - chętnie bym się podpisał pod ustawą o zaostrzeniu kar dla pijanych kierowców ale jako obcokrajowiec i pijak nie mogę - autobus do Santiago - ale upał - i masa rowerzystów - metro nawet zaskakująco wygodne - męczący spacer do hostelu - za to warunki pierwsza klasa - krótki odpoczynek - długi spacer po mieście - zaskakujące spotkania to moja specjalność - tym razem super sympatyczna brazylijska para spotkana tydzień temu w San Pedro de Atacama - uliczka pełna barów a bary pełne ludzi - niestety rano trzeba wstać - król hamburgerów trochę oszukuje - jeszcze chwila na leżaczku w ogrodzie i lulu. |
Zakładki:
Aktualne bzdety i gadżety
Inni podróżują
Moja radosna twórczość
Przydatne miejsca w sieci
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||