Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
poniedziałek, 18 sierpnia 2014

W ramach opieki nad ludźmi w podeszłym wieku Parafia zorganizowała tygodniowy turnus rowerowy na Mazowszu. Chętnych nie było jednak zbyt wielu. Większość bowiem osób po czterdziestce preferuje wypoczynek bierny polegający na smażeniu się na plaży lub obżeraniu niezbyt świeżą rybą w nadmorskiej knajpie. Pedałowanie w upale lub deszczu i nocowanie w namiotach na niezbyt komfortowo wyposażonych polach kempingowych niespecjalnie przemawia do wygodnego pokolenia zblazowanych konsumentów.

Ostatecznie jednak udało się zebrać trzyosobową ekipę panów po czterdziestce i ruszyć w kierunku wschodniej Polski. Plan obejmował rozpoczęcie trasy w Stolicy i jej zakończenie w Zamościu, ale - jak wiadomo - plany raczej rzadko stają się rzeczywistością. W dużym skrócie: przejechaliśmy 200 km z Wawy do Kazimierza, najpierw było pięknie, potem zmokliśmy, po drodze widzieliśmy czołg, odwiedziliśmy poetę, nie wygraliśmy 20 baniek w lotto, wypiliśmy orzechówkę i wróciliśmy do domu. A jak komuś się bardzo nudzi, niechaj przeczyta poniższą grafomańską opowieść.

Z racji najmłodszego wieku Wielebny został samozwańczym nawigatorem wycieczki. W związku z tym każdy etap było o jakieś 20 procent dłuższy od planów, bo trzeba było trochę pobłądzić. I to pomimo faktu, że nie korzystaliśmy z map firmy Apple. Nie była to jedynie wina Wielebnego i jego braku umiejętności posługiwania się mapą oraz nowoczesnymi narzędziami nawigacyjnymi działającymi pod kontrolą systemu Android. Głównym problemem był fakt, że w Polsce szlaki rowerowe są wyznaczane przez ludzi, którzy prawdopodobnie nigdy nie jeździli turystycznie na rowerach, a oznakowanie tych szlaków jest kompletnie do dupy. Najpierw trzy znaczki co 20 metrów, a potem przez kilka kilometrów i liczne skrzyżowania - zero. Nic dziwnego, że się parę razy pogubiliśmy.

Dzień zero: Miał być pociąg do Warszawy, ale ostatecznie pojechaliśmy autem. Nuda straszna, wypadki co parędziesiąt kilometrów, debile jeżdżący na zderzaku przy 140 km/h. Ale dotarliśmy do Wawy wystarczająco wcześnie, żeby jeszcze u Dżefa spożyć wielkie burrito i popić piwkiem.

Dzień pierwszy: Rano trzeba jeszcze było pójść w upale do pracy i zrobić coś pożytecznego dla narodu. Ale po południu można było ruszać. Pedałowaliśmy więc przez Ursynów, Las Kabacki, Powsin i Konstancin, aż dojechaliśmy do tak zwanego Rowerowego Szlaku Nadwiślańskiego, który miał nas zaprowadzić do Góry Kalwarii i Czerska. Wszystko byłoby fajnie, tylko oznakowanie tego szlaku woła o pomstę do nieba. Ale co tam, potem było jeszcze gorzej. W Górze Kalwarii jakiś kompletny idiota poprowadził szlak rowerowy stromym zjazdem (a w drugą stronę oczywiście podjazdem) po kocich łbach. Myślałem że zęby zgubię, ale pewnie gdybym miał podjechać w drugą stronę po tych wertepach, to trafiłby mnie jasny szlag. Potem jeszcze były błota wzdłuż Wisły, krótka wizyta na zamku w Czersku, i dalsze pedałowanie wśród sadów. To właśnie te mazowieckie jabłka będziemy jeść na złość Putinowi. Już po ciemku dotarliśmy do Warki i spożyli dwa browarki. A może nawet trzy.

Zanocowaliśmy na całkiem komfortowym kempingu Sielanka, leżącym nad Pilicą. Niestety, kemping leży też koło dość hałaśliwej głównej drogi, którą jeżdżą nie tylko liczne ciężarówki, ale także lokalna młodzież testująca przyspieszenie i głośność wydechu swoich podrasowanych rzęchów. Na szczęście benzyna droga, więc młodzieży starczyło paliwa tylko na kilka rundek po prostej. Więc mogliśmy pójść spać.

Dzień drugi: Rano spożyliśmy leniwe śniadanko na rynku w Warce. Kilku lokalnych mieszkańców przyglądało nam się dziwnie i spode łba, ale ogólnie było całkiem przyjemnie. Sfotografowaliśmy MiGa, zabraliśmy graty z kempingu i zaczęliśmy pedałować główną drogą na południe. Nie było to zbyt przyjemne ze względu na spory ruch, ale potem skręciliśmy na wschód i zrobiło się niemal sielankowo.

Skierowaliśmy się na Studzianki Pancerne, licząc na jakieś pamiątki po słynnej bitwie z udziałem Rudego 102. Jednak w samej wsi znaleźliśmy jedynie cudownej urody przydrożną figurę. Kiedy już zdążyliśmy wyrazić swoje rozczarowanie brakiem pancerności w Pancernych Studziankach i popedałowaliśmy na wschód, trafiliśmy na stojący na cokole czołg. Ponoć pierwszy polski czołg, który wjechał do wsi w sierpniu 1944.

Potem pojechaliśmy na wschód. Chcieliśmy skręcić gdzieś w las, żeby uniknąć jazdy wzdłuż drogi krajowej, ale ścieżynki przez las były błotniste i niespecjalnie zachęcające. Ostatecznie musieliśmy przejechać kawałek krajówką. Potem jednak wjechaliśmy na cudny, szutrowy, ale idealnie utwardzony dukt leśny, którym przy okazji wiódł szlak rowerowy przez Puszczę Kozienicką. Jechało się świetnie... aż dotarliśmy do zamkniętego szlabanu. No bo przecież trzeba w poprzek szlaków rowerowych stawiać szlabany, dla bezpieczeństwa rowerzystów oczywiście. Jeszcze się za bardzo rozpędzą i wypadną z zakrętu. Szlabanu się nie dało objechać, bo z boku dość głębokie rowy były. Trzeba się było jakoś pod spodem przecisnąć. Z tego miejsca przesyłam serdeczne podziękowania za tę niezwykłą troskę oraz gratulacje dla osób, które tę troskę przejawiły. Tak się tym wzruszyliśmy, że aż zalegliśmy pod piękną wiatą wybudowaną oczywiście za unijną kaskę.

Gratulacje należą się też pomysłodawcom poprowadzenia szlaku rowerowego po nasypie dawnej kolejki wąskotorowej bez usuwania dziur po podkładach. Świetnie się jechało, naprawdę. Zęby na szczęście mamy całe. Potem świetnie się jechało po okrutnym piachu, aż w końcu nadeszła kulminacja radości w postaci przebitej dętki. Szybko sobie poradziliśmy z problemem, ale mieliśmy już trochę dość tego offroadu. Wyjechaliśmy więc na najbliższy asfalt, którym okazała się być droga krajowa nr 48. Jazda wśród ciężarówek nie była zbyt fajna, za to knajpa w Garbatce-Letnisku, do której trafiliśmy po kilku kilometrach, była fajna i to bardzo. Pyszne jedzenie, miła kelnerka - tu nastąpiła dyskusja na temat tego, czy jeszcze "szczupła" czy już "chuda" - i zimne piwko sprawiły, że trochę odechciało nam się dalej pedałować. Szczupło-chuda kelnerka powiedziała nam, że w pobliżu jest miejsce zwane Polanką, i że tam jest jakiś ośrodek, w którym być może nas przyjmą. No to pojechaliśmy sprawdzić.

"Ośrodek" okazał się być długim, parterowym budynkiem, stojącym nad niewielkim brudnawym rozlewiskiem, który to budynek prawdopodobnie powstał gdzieś za głębokiej komuny, i od tamtego czasu po prostu stał i niszczał. Był w nim bar, a bardzo miłe acz niezbyt urodziwe panie za barem pozwoliły nam się rozbić na trawce wśród domków z tyłu budynku. Za 5 zet od łba. Skorzystaliśmy z absolutnie ohydnego kibla i prysznica, spożyliśmy kilka piwek nad wodą, po czym chcieliśmy pójść spać, ale było to trochę utrudnione ze względu na mieszkańców jednego z domków, którzy zrobili sobie imprezkę z łupiącą muzyczką raczej niskich lotów, oraz z jeszcze niższych lotów konwersacjami, które około północy zmieniły się w nieartykułowane pokrzykiwania. Ale jakimś dziwnym cudem, jakieś 3 minuty po naszym wejściu do namiotów, pokrzykiwania ustały, muzyczka ucichła, i mogliśmy spokojnie zasnąć.

Dzień trzeci powitał nas deszczem. Na szczęście był przelotny. Udaliśmy się na śniadanie mistrzów do szczupło-chudej kelnerki, po czym postanowiliśmy poszukać kompresora, bo nasze ręczne pompeczki nie chciały pompować do 4 bar. W pierwszym warsztacie wulkanizacyjnym zostaliśmy potraktowani z buta. Bardzo to było zaskakujące i jeszcze bardziej niemiłe. W drugim warsztacie już było trochę lepiej, czyli nadmiaru uprzejmości nie doświadczyliśmy, ale pan pozwolił nam napompować koła i nie wziął za to ani grosza.

Potem skręciliśmy w boczną drogę przy drogowskazie "Czarnolas 9". Poza jednym debilem na motocyklu, który przeleciał koło nas z prędkością w okolicy 150, nic nam nie przeszkadzało w rozkoszowaniu się jazdą. Czarnego lasu nie było widać, za to na końcu drogi stał biały dworek w zielonym laseczku. No dobra, parku. A w białym dworku mieści się muzeum poświęcone poecie, który napisał kiedyś w imieniu lipy: "Gościu, siądź pod mym liściem". Niestety, tej lipy już dawno nie ma. Muzeum nie było nadmiernie ciekawe, ale potraktowaliśmy tę wizytę jako przypomnienie lekcji polskiego i historii sprzed 25 lat. A po lekcji wsiedliśmy na stalowe rumaki i pojechaliśmy na wschód, w stronę Wisły.

Zanim jednak do niej dotarliśmy, z nieba zaczęła lać się woda. W dużych ilościach. Pierwszą falę deszczu przeczekaliśmy pod wiatą przystanku autobusowego, ale potem druga dopadła nas na otwartym terenie. Była jeszcze kolejna wiata, ale w końcu stwierdziliśmy że i tak będziemy kompletnie przemoczeni. Więc pedałowaliśmy dalej w deszczu. W końcu pojawił się upragniony zjazd w stronę rzeki, prowadzący przez Janowiec. Normalnie pewnie byśmy się tam zatrzymali na godzinkę, ale w tej ulewie mieliśmy to absolutnie gdzieś. I pojechaliśmy dalej, do promu. Droga wydawała się ciągnąć w nieskończoność, ale w końcu pojawił się prom. Korzystając z chwili oczekiwania pierdyknęliśmy sobie jakże modną w tym sezonie słitfocię, wydaliśmy 6 zeta na łeb za prom, i wysiedliśmy po drugiej stronie.

Byliśmy już prawie w Kazimierzu, ale najpierw wylądowaliśmy w spichlerzu. Nawet ładny był, z hotelem i polem namiotowym. Ale hotel był trochę drogi, a pole namiotowe nas nie kusiło, bo lał deszcz. Więc po przejrzeniu ofert w internecie i po kilku telefonach zaklepaliśmy sobie nocleg w hoteliku Wenus, w samym miasteczku. Dojechaliśmy tam po krótkim spotkaniu z konduktem żałobnym i po minięciu licznych ładniutkich domków z kwaterami prywatnymi, kafejkami, galeryjkami i cholera wie czym jeszcze. Przyjęcie u Wenus było niezwykle miłe, dostaliśmy przytulny pokoik z trzema łóżkami, miejsce na rowery, oraz mapkę miasteczka z lokalizacją polecanych knajp. Więc nie mogliśmy nie skorzystać z dobrych rad.

Trafiliśmy na ogromną pizzę, którą popiliśmy ogromnym piwem, po czym przemieściliśmy się na rynek celem kontynuacji spożycia. Sam rynek mnie odrobinkę rozczarował, bo spodziewałem się wypieszczonych kamieniczek, ślicznie oświetlonych wieczorem, oraz masy knajpek pełnych ludzi. A tu wypieszczona i oświetlona była może jedna, a z reszty odłaził tynk. Knajpy były cztery, z tego dwie prawie puste i już prawie zamknięte mimo wczesnej pory. Na szczęście pozostałe dwie były otwarte, a w jednej z nich sprzedano nam butelkę przepysznej orzechówki, którą wypiliśmy niemal bez popijania. A ponieważ miasteczko już dawno poszło spać, my poszliśmy w jego ślady. I chociaż spaliśmy przez całą noc, udało nam się w niewyjaśniony sposób stłuc dwie szklanki w naszej łazience.

Dzień czwarty: Oj pada, meteo.pl mówi że dalej będzie padać, no co my teraz zrobimy... Starsi panowie wystraszyli się deszczu i zapadła decyzja o odwrocie. W związku z tym zamiast pedałować do Lublina poszliśmy na krótki spacer po Kazimierzu, odwiedziliśmy zamek, próbowaliśmy odwiedzić Norowy Dół, ale zaatakowały nas stada krwiożerczych owadów, więc zrobiliśmy w tył zwrot i pojechaliśmy do Puław. Deszczu było raptem parę kropel. Przejechaliśmy przez miasto, kupiliśmy bilety na pociąg, poszliśmy na stypę do restauracji pod Dębami, zjedli schabowego, wypili piwko i udali się na dworzec.

Pociąg RegioEkspres nie był specjalnie przystosowany do przewozu rowerów, ale udało nam się jakoś zablokować dwa przedsionki i usadowić się w wygodnym, klimatyzowanym wnętrzu, w którym jedna z pasażerek mówiła dużo po angielsku do telefonu, a w gniazdkach był nawet prąd. Przy wysiadaniu trafiłem na starego debila, który usiłował wejść do wagonu zanim ktokolwiek z niego wysiadł. Mało nie doszło do rękoczynów. A potem popedałowaliśmy aleją Niepodległości i znaleźliśmy się w domu.

Dzień piąty: Lało od rana, więc plan przejechania stu kilometrów wokół Stolycy szlag trafił. Za to kiedy deszcz ustał, ruszyliśmy na Pragę. Minęliśmy smutną plażę i stadion co się na koncerty nie nadaje, przejechaliśmy przez park Skaryszewski i odwiedziliśmy tamtejsze jeziorko. Obejrzeliśmy parę pięknych murali, do jednego z nich uprzejmie skierował nas mocno zniszczony alkoholem lokalny mieszkaniec. Miał takie dziury w głowie że nie pamiętał swojego poprzedniego zdania. Mnie to też niedługo czeka. Przejechaliśmy przez Szmulki, potem przez rozkopane ulice, potem przez most i tunel, aż trafiliśmy do naszej ulubionej Banja Luki, gdzie spożyliśmy po wielkim kawale siekanego mięsa, popijając piwem. I zamiast ruszyć w piątkowe miasto, zalegliśmy z wódką przed telewizorem i ciężkim szwedzkim filmem, a potem był dużo lżejszy Fuks i dyskusje o teoriach spiskowych i rychłym upadku ludzkości do białego rana.

Dzień szósty: Kac, upał i perspektywa kolejnego wieczoru z piciem alkoholu były tak przerażające, że po wytrzeźwieniu i zjedzeniu kebaba na śniadanie o godzinie 17 zapakowaliśmy się do samochodu i po niecałych pięciu godzinach jazdy zgodnej z przepisami byliśmy w Szczecinie. Naprawdę straszne rzeczy dzieją się z ludźmi na starość...

A wkrótce opowieść z kolejnej, świeżo zakończonej geriatrycznej wycieczki, tym razem po równiejszych ścieżkach i bardziej cywilizowanych okolicach. Zainteresowanych zapraszamy za parę dni.

14:39, lachmani , Europa
Link Komentarze (2) »
niedziela, 06 lipca 2014

Po zwiedzeniu Wschodniego Mebonu, zbudowanego z trzech różnych rodzajów kamienia, zasiedliśmy do stołu z naszym kierowcą, który właśnie kończył jeść obiad. Zamówiłem kokosy, rozejrzałem się dookoła, i jedna twarz zwróciła moją uwagę. Była to twarz właścicielki knajpy oraz sąsiedniego straganu z ciuchami. Zaraz. Przecież ja tę panią znam. Jadłem obiad w tej samej knajpce 10 lat temu. - Przepraszam, czy Pani mnie pamięta?

A pani naprawdę pamiętała. Zrobiliśmy sobie pamiątkową fotę, i chyba trzeba będzie zobaczyć, czy za kolejnych 10 lat pani jeszcze tam będzie i czy da się kolejną słitfocię zrobić.

czwartek, 03 lipca 2014

Prawdopodobnie najciekawsza albo najbardziej znana ze świątyń leżących poza głównym kompleksem Angkor leży prawie 30 km od Siem Reap i nazywa się Banteay Srey. O poranku, po śniadanku, wsiedliśmy do tuk-tuka i oddaliśmy się kontemplacji przydrożnych krajobrazów. Pola, krowy, droga na Ostrołękę, itp. Trochę nuda.

Kiedy jednak dotarliśmy na miejsce, znudzenie natychmiast zmieniło się w niedowierzanie, a może nawet lekką złość. Dziesięć lat temu Banteay Srey odwiedzały nieliczne osoby, którym chciało się jechać tuk-tukiem po zakurzonej, szutrowej drodze. Teraz powitał nas ogromny parking pełen autokarów i samochodów. Do tego specjalnie zbudowany kompleks usługowy, zaprojektowany tak, żeby nie dało się ominąć licznych straganów z badziewiem. I nieprawdopodobny tłum ludzi, w większości wkurwiająco hałaśliwych Chinoli.

Trudno. Poszliśmy zwiedzać razem z tłumem. Do zdjęć przed wejściem na teren samej świątyni ustawiła się długa kolejka skośnych słitfociarzy. Nikogo nie interesuje sama świątynia. Najważniejsza jest focia z ciocią, z boyfriendem, z puszką coli albo z wypiętą dupą, do natychmiastowej wrzuty na szajsbuka. Witajcie w erze turystycznych zjebów cyfrowych.

 

Lekko zdegustowani obeszliśmy sobie świątynię, zajrzeliśmy na niezbyt ciekawe rozlewiska (nie, to nie te na zdjęciach), po czym zasiedliśmy w ocienionej knajpce i spożyliśmy całkiem niezłe fruit szejki.

A potem ruszyliśmy w drogę powrotną do kompleksu Angkor, gdzie zajrzeliśmy jeszcze do kilku świątyń, których nie daliśmy radę obejrzeć poprzedniego dnia.

I tam wydarzyła się rzecz zupełnie niebywała. Ale o tym w kolejnej notce. Coming soon.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 399
| < Wrzesień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...