Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
poniedziałek, 31 marca 2014

Nie chcieliśmy jednak dla hotelowych wygód zrezygnować ze zwiedzania miasta. Nie żeby w Puerto Princesa było specjalnie co zwiedzać, ale chciałem zobaczyć, czy coś się zmieniło w ciągu ostatnich paru lat.

Poszliśmy sobie główną ulicą, od lotniska aż do katedry. Minęliśmy lokal, hmmm, karaoke. Odwiedziliśmy siedzibę władz regionu. Wpadliśmy na pocztę. Wypiliśmy colę w małym sklepiku u starszej pani ze spuchniętymi nogami. Pogaworzyliśmy o dupie Maryni z sąsiadem na plastikowym krzesełku. Obejrzeliśmy Ojca, Syna i Ducha. Przed katedrą dzieciaki radośnie skakały na skakankach, a kawałek dalej chłopaki grały w szmaciankę. U nas na wsi proboszcz by ich pogonił od razu, a rodziców nazwał antychrystami i zagroził ekskomuniką.

Zeszliśmy nad wodę, i oczom naszym ukazał się całkiem pokaźny bulwar, nad którym górowała resztka ogromnej choinki. Przeszliśmy się kawałek, obejrzeliśmy dwa nieduże kutry rybackie, rzekomo skonfiskowane za nielegalne połowy, i podziwialiśmy dziwaczne ptakopodobne dekoracje. Najbardziej jednak zainteresowały nas liczne rowerki i riksze, które można było za jakieś śmieszne pieniądze wynająć i popedałować sobie kawałeczek po utwardzonym placyku. Nie zastanawialiśmy się długo i rycząc ze śmiechu krążyliśmy wśród równie ubawionych przechodniów. Spotkaliśmy naszą sympatyczną rodaczkę z brytyjskim towarzyszem, i dzięki temu mamy parę fotek i żałosny filmik z tego wiekopomnego wyczynu.

Potem jednak przyszedł czas na poważniejsze wyzwanie. Usiedliśmy na chwilę na piwko, i przypomniało mi się, że to przecież ostatni wieczór na Filipinach. A przecież nie mogliśmy opuścić tego gościnnego kraju bez skonsumowania najsłynniejszego lokalnego przysmaku. Tak, Drodzy Bracia i Siostry. Zmusiłem moją rodzoną Mamusię do zjedzenia nienarodzonej kaczuszki, znanej pod nazwą balut. Nie tylko zjadła, ale nawet jej chyba smakowało. Albo dobrze udawała.

Po balucie i piwku nie pozostało nam nic innego, jak wskoczyć do tricykla i ewakuować się do hotelu, gdzie nastąpiła ostatnia kąpiel w basenie pod gwiazdami. A potem już tylko szybkie pakowanie i ostatnia filipińska noc w super wygodnych łóżkach.

O dniu wylotu właściwie nie da się zbyt wiele napisać. Rano hotelowy bus podwiózł nas na lotnisko. Samolot przeleciał nas do Manili. Przekoczowaliśmy tam jakieś 7 godzin, w czasie których podejmowałem desperackie próby znalezienia poczty albo chociaż skrzynki pocztowej. Te próby spełzły na niczym. Ostatecznie jakaś pani z obsługi lotniska zaoferowała swoją pomoc i obiecała, że wyśle moje pocztówki z poczty koło swojego domu. Ale chyba nie dotrzymała obietnicy, bo dwa miesiące później kartki wciąż nie dotarły do żadnego z adresatów. Na koniec wymieniliśmy resztę peso na dolki i poczłapaliśmy do samolotu.

A ten poleciał do Siem Reap w Kambodży, która przywitała nas przeraźliwie niską temperaturą około 20 stopni. Szybko dostaliśmy wizy, spotkaliśmy się z ubranym w zimową kurtkę i rękawice kierowcą tuk-tuka, który przez rzęsiście oświetlone ulice pełne luksusowych hoteli zawiózł nas do naszego, nieco mniej luksusowego. Spotkało nas niemiłe rozczarowanie, bo nasz pokój był zajęty, ale obsługa poradziła sobie z problemem ekspresowo, lokując nas w hotelu po drugiej stronie ulicy. Warunki były całkiem zacne, chociaż łazienkę projektował ktoś posiadający ćwierć mózgu, bo woda z prysznica lała się prosto na sedes i przy okazji do umywalki. Ale jakoś sobie poradziliśmy i zapadliśmy w zasłużony sen.

czwartek, 27 marca 2014

Drugiego zdaje się wieczoru w Port Barton, gdy wracaliśmy z kolacji, naszą uwagę przykuły dziwne hałasy dobiegające z głębi lądu. Coś jakby męski głos przez megafon, chwilami zagłuszany piskami gawiedzi. Postanowiliśmy sprawdzić, co się dzieje. Okazało się, że na betonowym, zadaszonym boisku rozgrywany jest mecz koszykówki. Jak to później określiła moja angielska koleżanka - koszykówki karzełków. Filipińczycy nie należą do najwyższych narodów świata, myślę nawet, że określenie "kurduple" nie jest dla nich specjalnie obraźliwe. Ale trzeba przyznać, że te akurat kurduple dawały sobie świetnie radę, skakały i biegały jak należy, a licznie zgromadzona publiczność, głównie nastoletnia i żeńska, głośno dopingowała i piskliwie reagowała na każdą akcję. Ciemno trochę było, ale parę fotek udało mi się pstryknąć. No i zarejestrowałem dość nieprzyjemny upadek jednego z graczy na twardy beton. Trochę główka potem musiała boleć...

Ten sam wieczór zapisał się jeszcze w naszej pamięci i na matrycy aparatu piękną aureolą wokół księżyca. Widziałem kiedyś coś podobnego wokół słońca w mroźny alpejski dzień, ale tutaj nie było mrozu ani Alp. Aureola była za to doskonale widoczna przez cały wieczór, i gapiliśmy się w nią tak długo, aż nas karki rozbolały.

Błogie chwile w Port Barton dobiegły jednak końca. Mieliśmy zamiar pojechać porannym autobusem do Puerto Princesa, dokładnie takim jak na zdjęciu. Ale w ostatni wieczór, w czasie rozmowy z kelnerką w naszej ulubionej plażowej knajpie (Elsa's Summer Home czy jakoś tak) dowiedziałem się, że możemy skorzystać z ich prywatnego transportu. Tanio nie było, zdaje się 600 od łba, ale nie mieliśmy ochoty cisnąć się w niewygodnym autobusie. Więc ochoczo przystaliśmy na propozycję i o poranku, po śniadanku, zasiedliśmy w niewielkim busiku Mitsubishi z podwyższonym zawieszeniem, napędem na 4 koła i podpisem Tommi Makinena. To taki dawny rajdowy mistrz świata, który - jak łatwo się domyślić - poruszał się po odcinkach specjalnych autem marki Mitsubishi. Co prawda Tommi raczej jeździł Lancerem, ale nasz minibus i jego pseudorajdowy napęd chyba bardziej się nadawał na dziurawą, gruntową drogę z Portu Barton. Więć jechaliśmy sobie całkiem wygodnie razem z parą Niemców. Po drodze zabraliśmy jakichś nieszczęśników z jeepa, który rozkraczył się kawałek przed głównym asfaltem. Kierowca był nawet względnie ogarnięty, czyli nie wyprzedzał na czołówkę przy każdej możliwej okazji, tylko wykorzystywał co drugą.

Dojechaliśmy do Puerto, wyrzuciliśmy Niemców przy jakimś tanim hotelu, a sami, jak na zamożny naród przystało, pojechaliśmy do prawie luksusowego Acacia Tree Garden Hotel. Nazwa nie była oszustwem - na środku sporego terenu rosło wielkie drzewo akacjowe, które Mamusi od razu skojarzyło się z filmem pod tytułem Śniegi Kilimandżaro. Zdaje się że główny bohater leżał pod drzewem czekając na śmierć. Ale my nie czekaliśmy na śmierć, tylko na nadejście godziny zameldowania. W międzyczasie zjedliśmy i wypiliśmy coś dobrego, a potem się rozlokowaliśmy w wielkim, wygodnym pokoju, który po syfiastych norach z Port Barton wydał nam się jeszcze większy i jeszcze bardziej luksusowy.

środa, 26 marca 2014

Podczas poprzednich pobytów na Palawanie przymierzałem się do wizyty w pewnym miejscu, leżącym trochę na uboczu. Miejsce to uchodzi za chilloutowy, backpackerski zakątek, odwiedzany przez tych, którzy mają dosyć zatłoczonego El Nido. A ponieważ my właśnie mieliśmy dość tego tłoku, to skróciliśmy nasz pobyt, wsiedliśmy do porannego busa i wysiedliśmy w Roxas.

Jednym ze współpasażerów był mocno pokiereszowany osobnik mówiący z silnym francuskim akcentem, z zabandażowaną nogą i licznymi ranami i otarciami na odsłoniętych częściach ciała. Okazało się, że zaliczył szlifa na motorku. Na szczęście nie jechał z Mamusią. Ponieważ w El Nido jest tylko żałosny ośrodek zdrowia, jechał do Puerto Princesa albo do Manili, żeby się nim porządnie zaopiekowali. Żal mi się chłopa zrobiło, i oddałem mu swój opatrunek w sprayu. Mam tylko nadzieję, że jak ja kiedyś będę potrzebował opatrunku albo innej pomocy, to znajdzie się jakiś uczynny żabojad w pobliżu.

Ranny żabojad pojechał dalej, a my wysiedliśmy w Roxas. Właściwie to zostaliśmy wyrzuceni, kiedy nasz kierowca dostrzegł dziwacznego jeepneya, a może raczej ciężarówkę, z napisem "Port Barton". Nie było w niej żadnych pasażerów, co nas trochę zdziwiło, ale bez protestów się do niej przesiedliśmy. Podjechaliśmy na stację benzynową, a potem na coś a'la dworzec autobusowy, gdzie zapakowała się do nas liczna banda białasów. Był kolejny, tym razem starszy żabojad, który nieudolnie próbował bajerować trzy młodziutkie dziewczyny. Ale była też niewiasta o dziwnie znajomej urodzie, podróżująca z małomównym Brytolem. A znajoma jej uroda z Gniezna pochodziła. Pogadaliśmy sobie trochę całkiem sympatycznie, i ciężarówka w końcu ruszyła. Co prawda zrobiliśmy jeszcze jedną rundę po miasteczku i znów podjechaliśmy na terminal, ale ostatecznie odjechaliśmy na dobre. Przez kilkanaście kilometrów jechaliśmy główną drogą w stronę Puerto, ale potem skręciliśmy na zachód. Najpierw był całkiem niezły asfalt, ale potem droga zamieniła się w gruntowy trakt. Widoków jakichś spektakularnych nie było, bo góry i drzewa wszystko zasłaniały. Ale po niecałych dwóch godzinach przejechaliśmy na drugą stronę gór, pojawił się widok na niebieską wodę, a droga zaczęła prowadzić w dół. I w końcu zjechaliśmy na poziom morza.

Autobus wjechał do "centrum" wioski, które składało się ze stacji benzynowej i niewielkiego sklepiku, przed którym w cieniu stały dwie ławeczki. Więc kiedy pozostali pasażerowie rozeszli się w poszukiwaniu miejsc do spania, my przycupnęliśmy na tych ławeczkach celem krótkiego odpoczynku. Ale nie było nam to dane, bo po chwili pojawiła się kobieta na skuterze i zapytała: - Szukacie miejsca do spania? Mamy tanie domki. Chcecie zobaczyć? No to wskoczyłem z nią na ten skuter i pojechaliśmy oglądać domki.

Faktycznie, były tanie. Nawet bardzo. Jak mówią oszczędni Szkoci - you get what you pay for. Więc poza niską ceną domki nie miały zbyt wielu zalet. Był kibelek bez deski i bez spłuczki, był wystający ze ściany prysznic, łóżko i moskitiera. Szczerze mówiąc nie bardzo mi się podobało, ale ku mojemu zaskoczeniu Mamusia wykazała spory entuzjazm. Być może dlatego, że miała mnie już trochę dość, a tutaj każde z nas mogło mieć swój własny domek. Więc zostaliśmy. Nie przeszkadzało nam nawet to, że trzeci domek okupował jakiś podstarzały Brytol, tak na oko w moim wieku, z nastoletnią Filipinką, która od czasu do czasu wydawała dość piskliwe dźwięki, a potem ganiała za nim z nożem. Ani to, że właściciel naszego przybytku, jeszcze bardziej podstarzały, łysy, wydziarany i wykolczykowany Francuz, sprawiał wrażenie emerytowanego ćpuna z mózgiem zamienionym w gąbkę przez lata szprycowania się różnymi substancjami psychoaktywnymi. Przyznać mu trzeba, że starał się być bardzo miły i uczynny, a do tego słuchał francuskiej muzyki, która bardzo podobała się Mamusi, a u mnie wywoływała odruchy wymiotne. Za to poziom głośności tej żabojadzkiej śpiewaniny był nieco zbyt wysoki dla wysublimowanych maminych uszu. Ale na szczęście gospodarz słuchał jej tylko czasami. Zresztą prąd i tak był tylko do północy.

 

Jedyny plan na nasze dni w Port Barton dotyczył leżenia na piasku i pluskania się w wodzie. I ten właśnie plan konsekwentnie realizowaliśmy. Zresztą w Port Barton nie ma zbyt wiele innych rzeczy do roboty. Można popłynąć na jakieś wysepki czy do zatoczek, ale nie chcieliśmy sobie psuć wrażeń po El Nido. Można siedzieć w nielicznych knajpkach. Można pójść sobie na pieszą wycieczkę po okolicy. I tyle. Więc plażowaliśmy i pływaliśmy do oporu. W nielicznych przerwach konsumowaliśmy jedzenie i napoje, tępo gapiąc się w przestrzeń. I zupełnie się przy tym nie nudziliśmy.

Wieczorem dnia pierwszego odwiedziliśmy jedną z knajpek przy północnym końcu plaży. Nazwy nie pamiętam, mogło to być na przykład Greenviews. Usiedliśmy na tarasie z widokiem na zatokę, słońce chowało się za wzgórzami, a my skonsumowaliśmy filipińską odmianę ceviche zwaną dla zmyłki kinilaw. Bardzo dobre to było, chociaż ostre jak cholera. Hardkorowa Mamusia wyjadła wszystkie ostre papryczki i powieka jej nawet nie drgnęła, chociaż zaczęła zionąć ogniem. Wzruszyła ramionami i stwierdziła że dobrze jej to zrobi na gardło. Naprawdę nie mogłem wyjść z podziwu. Godna podziwu była też postawa Mamusi w kwestii miejsca naszego zakwaterowania. Po pierwszym wieczorze, kiedy po mojej niewykończonej łazience spacerowały wielkie karaluchy, a Mamusia musiała kapciem odganiać wielkiego pająka, zaproponowałem zmianę lokum na coś bardziej komfortowego i cywilizowanego. Co rzekła na to moja Mamusia? - Nieeee, mi tu dobrze. Zostajemy. Koniec dyskusji.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 396
| < Kwiecień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30        








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...