Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
środa, 01 kwietnia 2015

Ta chwila musiała w końcu nadejść... Do zobaczenia w innym wcieleniu, Drodzy Parafianie!

Gdybym jednak zmienił zdanie, wiecie gdzie mnie szukać...

10:12, lachmani
Link Komentarze (4) »
wtorek, 24 lutego 2015

No patrzcie, nie zdążyłem nic napisać, a tu już do domu trzeba wracać. To może krótko o tym, co się działo po kankuńskiej betonowej masakrze:

- odwiedziłem Wyspę Kobiet, ale wszystkie były paskudne, faceci zresztą też;
- jedna kobieta odwiedziła mnie, i nawet została na trochę dłużej;
- dałem parę fajnych nurów, najpierw w morzu, a potem w jaskiniach zwanych cenotami, było nawet trochę strachu, kiedy trzeba się było zanurzyć w chmurę siarkowodoru;
- odwiedziłem kilka jukatańskich plaż, najlepsza chyba w Tulum, chociaż Mahahual też był niczego sobie;
- plaża nad jeziorkiem Bacalar też całkiem przyjemna;
- wraz z bandą białasów popłynąłem łodzią do Belize, gdzie byłem zmuszony spać z przygodnie napotkanym Włochem;
- w towarzystwie wesołych niemieckich policjantów dałem nura z bardzo przyjaznymi rekinkami;
- koczowałem na podłodze z dwoma kanadyjskimi nauczycielami palącymi duże ilości zioła na plaży;
- ostatnią noc w Belize spędziłem w pokoju śmierdzącym moczem (nie moim), więc ze sporą radością opuściłem ten kraj;
- przez pierwsze trzy gwatemalskie noce mieszkałem w domku nad rzeczką, opodal krzaczka, a właściwie to w środku bardzo wilgotnego lasu, machając intensywnie wiosłem;
- wpadłem do zamulonego ścieku w tonącej Wenecji nazwanej dla niepoznaki Flores;
- zaliczyłem Tikal o zachodzie i o wschodzie słońca, nasłuchując wycia wyjców;
- poświęciłem sporo czasu i wysiłku na dotarcie do przepięknego Semuc Champey, tylko po to żeby przez godzinkę popluskać się w deszczu;
- za to zawarłem tam kilka przyjaznych przyjaźni;
- zakotwiczyłem w Antigua (jak się odmienia po polsku? "w Antigle"?) i pojeździłem trochę na rowerze (chociaż głównie pchałem go pod górkę);
- mimo blokad dróg i niebezpiecznych osuwisk dojechałem nad jezioro Atitlan i nawet się w nim wykąpałem;
- nikt mnie nie napadł ani nie okradł, chociaż tutejsze ceny to rozbój w biały dzień;
- ale może jeszcze mnie ktoś napadnie dziś w drodze na lotnisko.

Sprzęt do selekcji i obróbki zdjęć odmówił współpracy, pewnie dlatego, że już nie mógł znieść tej ilości fotograficznego chłamu. Jak go postawię na nogi po powrocie do domu, to może coś pokażę światu. Tymczasem żegnaj Gwatemalo!

niedziela, 01 lutego 2015

Wiecie co? Strasznie upierdliwe jest to blogowanie. Chyba mi się w końcu znudziło po tych prawie dziesięciu latach. Zgrać tysiąc beznadziejnych fotek, wybrać sto mniej beznadziejnych, obrobić, żeby wyglądały na fajne, wrzucić do netu. Potem napisać coś sensownego o tych bezsensownych rzeczach, które się robiło w ciągu dnia. Złożyć to do kupy i opublikować. Dużo czasu, duży nakład pracy, a satysfakcja marna. No dobra, czasem ktoś napisze że blogasek fajny. Ale to wszystko. Więc nie dziwcie się, że notki się z rzadka tylko pojawiają.

Anyway. Skoro już mam coś napisać, to napiszę tak: gdyby kiedyś przyszło Wam do głowy, żeby przyjechać do Cancun, to weźcie coś ciężkiego i pierdyknijcie się mocno w tę głowę. Jak nie pomoże, walnijcie jeszcze raz. No chyba, że chcecie spędzać w betonowej turystycznej sieczkarni z amerykańskimi tłuściochami opalonymi na różowo. Jak akurat traficie na spring break, czyli ferie, to może będzie sporo nawalonej i półnagiej młodzieży. Ale że spring break jest raczej wiosną, a do wiosny jeszcze chwila, to młodzieży teraz niet. Z nagością też kiepsko.

Kankuńska masakra, czyli Zona Hotelera, to coś jakby helska mierzeja, zabudowana na całej długości wielopiętrowymi betonowymi kompleksami all-inclusive. Plaża wygląda nawet nieźle, ale publiczny dostęp do niej jest ograniczony tymi właśnie molochami. Są też oczywiście centra handlowe, knajpy, jakieś akwarium, trochę klubów nocnych, w tym jeden ze Spidermanem. Cholera wie, czemu się tam chłopina znalazł.

Z kolei Downtown Cancun to kompletnie pozbawione wyrazu półmilionowe miasteczko. Owszem, jest parę knajpek, są jakieś hotele, jest kompletnie pusta promenada i ostrzeżenia przed krokodylami, są nawet ze dwa parki. Oba wielkości przeciętnego polskiego ogródka. Ale ogólnie nie ma tam kompletnie nic ciekawego.

Czemu ja tam trafiłem? Chyba tylko dlatego, że akurat samolot mnie tam przywiózł. Co było robić. Wysiadłem, dałem się zawieźć do miasta i zanocowałem we względnie cichym hotelu Los Girasoles, równie pozbawionym uroku co całe miasto. Odczuwałem niewytłumaczalny lęk przed wypadem do strefy hotelowej, ale ostatecznie się przełamałem wczesnym wieczorem, i nawet przeszedłem kilka kilometrów kompletnie pustą plażą wzdłuż kombinatów mielących kasę turystycznej stonki. Obejrzyjcie sobie, jak to tałatajstwo wygląda nocą. Ja postanowiłem stamtąd uciec jak najszybciej. Nie wiedziałem tylko, że trafię z deszczu pod rynnę.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 404
| < Kwiecień 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...