sobota, 19 maja 2012
Skoro Chiński Nowy Rok został należycie zacelebrowany, można było opuścić gościnne Dumaguete i udać się w dość długą podróż na północ. O poranku, wraz z dwoma młodocianymi Kanadyjczykami, którzy akurat jechali tam gdzie ja, wsiadłem na prom do miasta Cebu. Prom jak prom, jak zwykle puszczali jakieś gówniane filmy, a my próbowaliśmy spać. Na miejscu, po krótkim opędzaniu się od namolnych taksówkarzy, pojechaliśmy na północny dworzec autobusowy, gdzie zapakowaliśmy się do żółtego gruchota firmy Ceres Liner, jadącego do miejscowości o słodkiej skądinąd nazwie Maya. W Mayi nie ma absolutnie nic, co mogłoby kogokolwiek skłonić do postawienia tam stopy. Poza jedną jedyną rzeczą - wysepką na horyzoncie. Ta wysepka to Malapascua, na którą z bliżej niewyjaśnionych przyczyn ściągają tłumy białasów i żółtków. Czarnuchów nie widziałem, ale ich przyjazd to pewnie tylko kwestia czasu. I mimo, że spędziłem na Małej Pasce vel Kiepskiej Wielkanocy kilka rozkosznych dni, to nadal nie do końca rozumiem, co tam jest takiego, czego nie ma gdzie indziej, i dlaczego spędziłem dwa razy po sześć godzin w autobusie kierowanym przez kompletnego idiotę, plus dwa razy po godzinie w małej łupince na wielkich falach, żeby tam się dostać. Być może zdjęcia z tej i kilku kolejnych notek pozwolą na wyjaśnienie tego absurdalnego fenomenu. Pierwszych 6 autobusowych godzin obfitowało w atrakcje. Na pierwszym postoju zapytałem jakąś amerykańską pannę wysiadającą z autobusu jadącego w przeciwnym kierunku, czy w miejscowości Maya jest bankomat. Odpowiedź brzmiała NIE. Mnie to specjalnie nie zmartwiło, bo wyposażyłem się w pokaźną porcję gotówki jeszcze w Dumaguete. Jednak jeden z kanadyjskich koleżków miał przy sobie tylko kilka marnych tysięcy peso, pojawił się problem finansowania jego pobytu na Małej Pasce. Więc w ostatniej większej dziurze, której nazwy nie pamiętam, poprosiliśmy kierowcę autobusu o postój przy bankomacie. Ten o dziwo zgodził się bez oporów, pozostali pasażerowie potraktowali całą sytuację z należytym zrozumieniem, i skończyło się na dwóch postojach, bo oczywiście pierwsza ściana nie chciała wydać pieniędzy z kanadyjskiej karty. Potem już była tylko lekko obłędna jazda z rozganianiem wszelkich drogowych przeszkód przy pomocy klaksonu, aż w końcu znaleźliśmy się na końcu drogi, na końcu wyspy Cebu, w małym porcie, w którym rzuciło się na nas stado naganiaczy, oferujących przewóz łodzią na drugą stronę. Ponieważ oprócz nas w autobusie było też kilkoro naiwnych walizkowców, chętnych do zaakceptowania każdej ceny, oferty były dwukrotnie wyższe od normalnej, oficjalnej, maksymalnej ceny za łódź na Malapascuę. Walizkowcy oczywiście byli skłonni ją zaakceptować bez większych targów, ale kiedy popukałem się w czoło i powiedziałem im, jak bardzo są naiwni, utwardzili stanowisko i ostatecznie przepłaciliśmy tylko o jakieś 30 procent. Po niecałej godzince walki z dość kapryśnym morzem wysiedliśmy na plaży. I tu zaczęły się schody. Chiński Nowy Rok oznacza tłumy turystów, nie tylko Chińczyków, ale przede wszystkim białasów pracujących w Chinach, którzy korzystając z długiego okresu wolnego robią sobie wypady do okolicznych ciepłych krajów. No a jak już wpadną na taką małą Malapascuę, to zajmują wszystkie miejsca noclegowe. Poszukiwania noclegu zaczęliśmy od ośrodków przy plaży. Zero. Wszystko zajęte. Potem zaczęli nam pomagać lokalni naganiacze, ale i oni nie zdali się na wiele. Zero. Gdzieś będą miejsca jutro, ktoś słyszał, że w Exotic jest pokój za 5 tys. peso, itp. To nie dla nas. Po dobrej godzinie poszukiwań trafiliśmy do jakiegoś dziwnego miejsca w trzecim rzędzie zabudowań od plaży, już nawet za osadą z setką nieustannie piejących kogutów. Pokój z małym łóżkiem i odrobiną miejsca obok. Łóżko w sam raz dla jednej osoby, no może dla dwóch malutkich dziewczynek. Syfiasta łazienka za rogiem. Ale co było robić... Stwierdziliśmy, że tę jedną noc przekoczujemy jakoś, a na jutro zaraz czegoś poszukamy. Proces targowania się z właścicielką naszego obskurnego przybytku był cokolwiek śmieszny. - Ile za pokój? - 1100. - A może być 900? - OK, niech będzie 800. Poszukiwania noclegu na następne noce okazały się zwodniczo proste. Kawałek dalej znaleźliśmy nieco mniej obskurny przybytek, w którym jacyś mili panowie z Holandii mieli zamiar nazajutrz opuścić swój 3-osobowy pokoik. Ta nora wydała się nam wręcz rajska w porównaniu do naszej klitki, i poprosiliśmy miłą właścicielkę, żeby zatrzymała ten pokoik dla nas. Po czym wróciliśmy do dziurki za 800 peso. (To nic, że następnego dnia okazało się, że nowy pokój wcale się nie zwolnił, i poszukiwania trzeba było zacząć od początku.) Nie spodziewałem się, że czeka mnie najgorsza chyba noc w życiu. Chyba nawet gorsza od tej pamiętnej letniej nocy w roku bezpańskim 1994, kiedy wracając stopem z Hiszpanii przysnąłem na murku autostradowego kibla we wschodniej Francji, i spadając z tego murka rozwaliłem sobie łeb, a potem ze strupem na pół skroni próbowałem łapać stopa. Ciekawe czemu nikt nie chciał mnie zabrać. Tym razem jednak nie było krwi. Była za to moskitiera, ale tylko nad małym łóżkiem, na którym spletli się w mimowolnym uścisku moi kanadyjscy koledzy Dżosz i Rajan. Chyba dobrze im tam razem było. Mnie na podłodze było trochę gorzej. Leżałem na plastikowym materacu, do którego przykleiłem się po 10 sekundach. Mały wiatraczek w rogu pokoju nie dawał zbyt wielkiej ulgi, a na dodatek w środku nocy czułem, jak po moich nagich plecach drepczą odnóża jakiegoś robala. W poczuciu całkowitej rezygnacji pozwoliłem mu spokojnie przejść, bo walka z nim przyniosłaby więcej męki niż pożytku. I tak dotrwałem jakoś do świtu.
wtorek, 08 maja 2012
W południowej części Dumaguete, opodal dworca autobusowego, znajduje się kompleks widowiskowo-sportowy o nazwie Dumaguete Cockpit and Recreation Center. Nazwa nieco myląca, bo nie ma nic wspólnego z kokpitem ani z rekreacją. Cock to kogut, pit to dołek, niech będzie że grajdołek, więc w Kogucim Grajdole walczą koguty. Ale walczą niezbyt rekreacyjnie, bo na śmierć i życie. Filipiny są jednym z nielicznych już krajów, gdzie ten "sport" jest legalny. Walki odbywają się w sporych kompleksach przeznaczonych tylko do tego celu. Chociaż podobno jest też kogucie podziemie, gdzie walki są nielegalne. Jak kto zainteresowany szczegółami, niech zajrzy do Wikipedii, która tylko czasem kłamie. W każdym razie walki, które my oglądaliśmy, były jak najbardziej legalne. Ale to nie biedne koguty były w tym wszystkim najbardziej interesujące, tylko inne zwierzęta. Ludzie. A raczej samce rodzaju ludzkiego. Jedyne samice, jakie znalazły się w Dumaguete Cockpit and Recreation Center, to turystki przybyłe w naszej grupie, oraz trzy panny sprzedające bronka w barze. Na zdjęciu widać tylko dwie, bo trzecia się wstydziła. Cała reszta to samce, spragnione nie tyle krwawej rozrywki, tylko raczej wygranej w zakładach. Bo w walkach kogutów, podobnie jak w niewiele mniej okrutnych angielskich gonitwach konnych, chodzi o hazard. Kiedy przyszliśmy, niewiele się działo. Trybuny były pustawe, "ring" był całkiem pusty, nie licząc gościa zamiatającego miotełką piórka i resztki krwi pozostałe po poprzedniej walce. Pustawo było też na trybunach, i wyglądało to tak, jakby już nic ciekawego nie miało się wydarzyć. Jakiś jegomość rozłożył się na krzesełkach, wyraźnie znużony, a może też znudzony kogucimi walkami. Nasza biało-żółta grupka wzbudziła zrozumiałe zainteresowanie lokalnych samców, i szybko zostaliśmy poinformowani, że to nie koniec, że jeszcze będą walki, tylko nie bardzo wiadomo ile i kiedy. Gdy biało-żółci rozsiedli się na trybunach i z bronkami w dłoniach słuchali opowieści filipińskich widzów o tym, jak ta walka wygląda, jak się robi zakłady i w ogóle jaki to fajny sport, Wielebny Lachman udał się na zaplecze celem obejrzenia przygotowań drobiu do wzajemnej rzezi. Dość zabawny był to widok, kiedy mężczyźni z niezwykle poważnymi minami pieścili swoje ptaszęta. Panowie dość chętnie pozowali do fotek, dzięki czemu możecie oglądać to na ekranach swoich wypasionych kompów. Tym razem w czerni i bieli, tak wiecie, że niby artystycznie czy coś. Z drugiej strony jakiejś feerii barw to tam nie było, co zresztą możecie zobaczyć na krótkim, acz treściwym filmiku poniżej. Po długich i nudnych jak obrady Sejmu przygotowaniach ptaszęta w końcu stanęły do walki. Najpierw właściciele dumnie je zaprezentowali publiczności zgromadzonej wokół ringu, a potem na trybunach zapanował lekki szał związany z przyjmowaniem zakładów. W tym szaleństwie musiała być jakaś metoda, bukmacherzy porozumiewali się niezrozumiałymi dla mnie gestami i okrzykami, których w hałasie nikt nie mógł słyszeć, ale ostatecznie wrzawa ucichła, i koguty mogły zacząć się tarmosić. I szczerze mówiąc nawet nie zauważyłem, kiedy jeden z nich był już martwy. Albo prawie martwy. Potem była jeszcze jedna, równie szybka co mało interesująca walka, zakończona drobiową śmiercią. A po walce nasza biało-żółta ekipa została zaproszona na ring celem cyknięcia pamiątkowej foty z najważniejszą personą koko-walki, naczelnym sędzią zwanym Coyme. Pamiętajcie - "Decyzja Coyme jest ostateczna". W międzyczasie jeden z lokalsów zapytał mnie, czy u mnie w kraju też są walki kogutów. - No nie ma. - Jak to nie?! Dlaczego? - Właściwie to nie wiem, po prostu nie ma takiej tradycji. - To niedobrze. To bardzo, bardzo niedobrze. Powinniście mieć walki kogutów. To taka świetna rekreacja.
niedziela, 06 maja 2012
Dawno nic filmowego nie było, bo edycja filmów to cholernie pracochłonne zajęcie, czasu mało, a materiału do obrobienia mnóstwo. Zdaje się, że jeszcze jakieś dziesiątki gigabajtów czekają od wyjazdu do Ameryki Południowej. I pewnie nieprędko się doczekają. Ale postanowiłem na szybko machnąć coś głupiego. Niechaj ten filmik będzie przerywnikiem w ciągnącej się jak nędzna telenowela zaległej relacji z Filipin. Jak tak dalej pójdzie, to do wakacji może się nie skończyć... Tymczasem jednak przedstawiam Państwu Szanownemu durnowatą produkcję pod tytułem Filipino Haircut. Miejsce: zakład fryzjerski w Coron, na wyspie Busuanga. Obsada: doskonale znana. Muzyka: grupa Escape The Fate w swoim popowym hiciorze No Sympathy For The Dead. Reżyseria: samo życie. Enjoy! |
Zakładki:
Aktualne bzdety i gadżety
Inni podróżują
Moja radosna twórczość
Przydatne miejsca w sieci
Dla opornych
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||