Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
środa, 10 lutego 2010

Nie żebym twierdził, że wizyta w Cuenca jest stratą czasu. Wręcz przeciwnie. Bardzo fajne to miasteczko, z kolonialną architekturą i sporą ilością imponujących kościołów. W niektórych nawet znajome postaci można spotkać. Jedynym większym minusem tego miasta jest zdecydowanie nadmierny ruch (a raczej bezruch) samochodowy na wąskich uliczkach starówki.

Strata czasu była spowodowana zbyt dużą ilością potwornie niezdecydowanych gringos w naszej wesołej ekipie. A to może bym kupiła sobie aparat (oczywiście z pomocą Lachmana jako eksperta od gównianych aparacików), a to może coś innego byśmy zjedli, a może śniadanie, a może kawka, i w ten sposób ucieka pół dnia. Drugie pół zostało spożytkowane (i zdecydowanie nie zmarnowane) na załatwienie sprawy najwyższej wagi. Czyli biletów lotniczych do żółwiego cyrku o tajemniczej nazwie Galapagos.

Ciekawa sprawa z tymi lotami na wyspy. Latają tam 3 linie lotnicze, w tym dwie główne: AeroGal i TAME. Obie mają swoje strony internetowe, na których - teoretycznie - można kupić sobie bilet. Teoretycznie, bo kiedy próbowaliśmy to zrobić, wychodziło nam, że najbliższe wolne miejsca są w połowie lutego. Spowodowało to lekki atak paniki, bo wszyscy twierdzili, że z biletami na Galapagos żadnego problemu nie ma, a tu nagle klops. Okazało się jednak, że chociaż strony linii lotniczych mówią co innego, to bilety owszem są, ale do kupienia za pośrednictwem pośredników. Czyli biur podróży.

No więc odwiedziliśmy ich kilka w kolonialnej Cuence, i po długich dyskusjach wśród niezdecydowanych gringos zakupiliśmy bilety, sztuk 4, w tamtą stronę na wyspę Santa Cruz, a z powrotem z wyspy San Cristobal. Za jedyne 400 dolków bez paru nędznych groszy.

Kiedy to już zostało załatwione, przyszedł czas odprężenia i rozrywki, czyli spożywania napojów wyskokowych w lokalnych spelunach. W weekendowe wieczory główna rozrywkowa ulica Cuenki, ulica Długa (Calle Larga), jest zamykana dla ruchu, a po zamkniętej ulicy szwendają się tłumy lokalnej młodzieży, gdzieniegdzie tylko upstrzone białawymi mordami gringos. Więc dodatkowo upstrzyliśmy lokalny barowy krajobraz naszymi białawymi mordami. Nawet zabawne to było, zwłaszcza, że z jakiegoś nieznanego mi powodu moja nie całkiem biała morda wzbudzała całkiem spore zainteresowanie płci przeciwnej. Do tego stopnia, że zdarzyło się coś, czego nie pamiętam od baaardzo długiego czasu - na serwetce przyniesionej przez kelnera dostałem numer telefonu jakiejś lokalnej gwiazdeczki, która wcześniej ukradkowo zerkała w naszą stronę z sąsiedniego stolika. Ja rozumiem, że kuenkańscy macho-konusy nie są zbyt atrakcyjni, ale dziewczyny mogłyby sobie jakichś młodszych i piękniejszych gringos upatrywać jako obiekt pożądania. W każdym razie, głównie w związku z porannym wyjazdem, nie przeżyłem żadnej gorącej latynoskiej przygody. Jednak poranny wyjazd nie przeszkodził nam zaliczyć jeszcze jakiejś dogorywającej imprezy tanecznej. Ponoć nieźle nam szło. Jak na gringos oczywiście.

Następnego dnia zdążyłem jeszcze przejść się po centrum, zajrzeć do kościoła, fotek parę cyknąć, a potem trzeba było się na dworzec udać. Droga do Galapagos prowadzi przez Guayaquil. A Guayaquil leży na poziomie morza. Więc nagle zrobiło się gorąco i wilgotno. I tak już miało zostać. 

środa, 03 lutego 2010

Skoro dalej padało, a wulkanu nie udało się zobaczyć, trzeba było spadać z Baños. Więc spadliśmy do Rio. Znaczy do Riobamba. Po drodze czekała nas śmieszna niespodzianka. Nasz autobus okazał się być totalnym gringobusem. To znaczy nie było w nim żadnych lokalsów, tylko same białasy. Na dodatek białasy, które zachowywały się jak stado zagubionych we mgle baranów. Postanowiliśmy w związku z tym napisać i nagrać nową wersję "Enter Sandman" z refrenem kończącym się słowami "Off to Gringo, Gringoland". Światowa premiera wkrótce.

Głównym powodem, dla którego gringos przybywają do Rio, jest pociąg. Cud ten ekwadorskiej techniki podąża krętą trasą w dół wąwozu zwanego Nariz del Diablo, czyli Nos Diabła. Brzmi groźnie. Do tego jeszcze jakiś czas temu można było jeździć na dachu, co nadawało tej kolejowej przejażdżce dodatkowego adrenalinogennego wymiaru. Niestety, komuś adrenalina za mocno uderzyła do łba. Ponoć jakiś japoński turysta przesadził z entuzjazmem i z dachu zdjęły go jakieś druty albo inna przeszkoda. Niech spoczywa w pokoju. Od tamtego czasu na dachu się już nie jeździ. Na dodatek pociąg przestał być pociągiem, a stał się szynobusem. Nie tylko odebrało mu to wszelką magię, ale odebrało też masę miejsc turystom. W szynobusie jest tylko 40 miejsc. A to oznacza, że o bilety jest dość trudno. Niby można wcześniej zarezerwować, na przykład przez jakiś hotel, ale to nie zawsze działa. O kupieniu biletów na miejscu można zapomnieć. To znaczy owszem, można je kupić, ale zwykle na następny tydzień dopiero (pociąg jeździ 3 razy w tygodniu). W dniu naszego przyjazdu (czwartek) najbliższe wolne miejsca były na środę. Stwierdziliśmy zgodnie, że chromolimy szynobus i czekać nie będziemy.

Postanowiliśmy za to wybrać się na kolejny wulkan. Chimbo (tak pieszczotliwie nazwaliśmy Chimborazo, najwyższą górę Ekwadoru) leży całkiem niedaleko Rio, i oczywiście można sobie zafundować rowerowy zjazd w dół. Trafiliśmy do (rekomendowanej przez Biblię) agencji ProBici, która czasem używa też innej nazwy. Zapomniałem jakiej. Agencja miała dwa plusy: fajne trasy (inne firmy robią masówę pod tytułem zjazd szutrem z wulkanu do bramy parku, a potem asfaltem w dół) oraz naprawdę wypasione rowery. Tarczowe hamulce, porządne amortyzatory, wszystko elegancko zadbane. Jedynym problemem był właściciel i przewodnik w jednej osobie. Wszechwiedzący, gadatliwy, upierdliwy i nadopiekuńczy. Dość powiedzieć, że dobieranie rowerów, kasków i rękawic dla naszej czwórki trwało jakieś półtorej godziny.

Następnego dnia rano ruszyliśmy jeepem w stronę Chimbo. Wszystko odbywało się według utartego schematu wulkanicznej wycieczki rowerowej - wyjazd na górę, krótki beztlenowy spacerek do schroniska na 5 tys m n.p.m. i z powrotem, przesiadka na rowery i jazda w dół. Tym razem byliśmy bardzo ostrożni, ponieważ poprzedniego dnia nasz kolega Dżerry oraz jego koleżanka-rodaczka zaliczyli solidne wywrotki. Koleżanka wyszła z tego bez szwanku, ale Dżerry'emu wyrósł garb, a właściwie trzeci pośladek.

Nam udało się przetrwać bez wywrotek, mimo przemożnej chęci rozwijania poddźwiękowych prędkości na długich, wyboistych zjazdach. Były też podjazdy, na których płuca przypominały o tym, że do poziomu morza jest jeszcze ponad trzy kilometry. Ale ogólnie dotarliśmy do mety w San Juan w pełni usatysfakcjonowani, witani radosnymi pokrzykiwaniami lokalnej ludności. Nie bardzo wiem, czemu się tak cieszyli, bo w końcu debile podobni do nas przemykają po ich drogach prawie każdego dnia. Może przemykają wolniej?

Ale miało być o cudownie odnalezionym wulkanie... Otóż Tungurahua, czyli wulkan wybuchający z rogiem w Baños, odnalazł się w Riobamba. No, może nie całkiem. Ale z Rio było go przynajmniej widać czasem. A najlepszy widok był z dachu naszego hotelu. Więc oto i on.

Na koniec pobytu w Rio mieliśmy śmieszną autobusową przygodę. Z racji mojego porannego grzebalstwa spóźniliśmy się na autobus do Cuenca o 11. Następny o 13. Dawno odjechał? 5 minut temu. To może go dogonimy? Pani z kasy mówi, że zadzwoni do kierowcy, żeby na nas zaczekał gdzieś na wylocie z miasta. Wskakujemy w taxi i jedziemy. Wysiadamy w umówionym miejscu, ale autobusu brak. Za to pojawia się gość z innej firmy autobusowej, dzwoni do swojego kierowcy, i za chwilę siedzimy w kolejnej taksówce. Tym razem jedziemy ładnych paręnaście kilometrów, wyprzedzając na czołówkę na zakręcie pod górkę. Ale w kolejnej dziurze czeka na nas autobus, którym we względnym komforcie dojedziemy do Cuenca, po drodze podziwiając widok Nariz del Diablo, dla odmiany z góry. Oj, konkretny to był widok.

niedziela, 31 stycznia 2010

Wszystkich Czytaczy i Oglądaczy, którym przeszkadza cudowna, śnieżna zima w Przenajświętszej Ojczyźnie, postanowiłem dodatkowo zeźlić poniższym video-wqrviaczem. Na razie tylko tyle, bo net wolniejszy od żółwia. Będzie więcej.

środa, 27 stycznia 2010

W drodze z Quilotoa do Baños zatrzymaliśmy się w Latacunga, która okazała się być niezbyt interesującym, ale mimo to przyjemnym miasteczkiem z tanimi hotelami i tanim żarciem. W sam raz, żeby spędzić tam wieczór, noc i ranek. Około południa udaliśmy się w dalszą podróż po Gringo Trail.

Baños to ponoć ekwadorska stolica sportów/rozrywek/wygłupów ekstremalnych. Ponoć, bo mimo początkowo wielkich apetytów nie udało nam się zakosztować ani canyoningu, ani raftingu, ani innych -ingów oferowanych przez liczne -ingowe agencje. Głównym powodem była pogoda. Po prostu padało prawie przez cały czas. Jednego deszczowego dnia się poświęciliśmy i pojechaliśmy na rowerach tak zwaną Trasą Wodospadów, czyli ponoć w dół w stronę Puyo. Ponoć. Bo chociaż Puyo leży zdecydowanie niżej od Baños, na odcinku 60 km jest dość sporo podjazdów, których pokonanie sprawia słabszym cyklistom i cyklistkom spore problemy. Więc ostatecznie do Puyo nie dojechaliśmy, bo cyklistki miały dość. Ale i tak chwała im za to, że pokonały te 50 km.

Kiedy przyjechaliśmy do Baños, pan w hoteliku stwierdził z zupełnym spokojem, że "właśnie wybucha wulkan". Tak jakby informował nas o tym, że właśnie pada deszcz. Ale faktem jest, że wulkan Tungurahua, leżący zaraz za drugą górą, jest w trakcie erupcji, ponoć cieknie z niego lawa i wylatują jakieś popioły. Ponoć, bo przez chmury i deszcz nie bardzo widać. Zostałem nawet jeden dzień dłużej w tym cholernym Baños, licząc na to, że może się przejaśni i uda się wulkan w pełnej krasie zobaczyć. I owszem, udało się, ale tylko na ekranie aparatu fotograficznego. Ostatniego wieczoru spotkałem gościa z wielkim Canonem i długim, białym obiektywem, który to gość czaił się na wulkan przez 5 dni i udało mu się załapać na tych 30 minut, kiedy było go widać. Wyglądał ładnie.

Zapomniałbym dodać, że Baños zwie się tak dlatego, że są tam gorące źródła. Ponoć. Bo w czasie naszego pobytu większość z nich była zamknięta. Jedne dlatego, że koło nich może popłynąć strumień lawy, inne dlatego, że są zamknięte.

Jedynym -ingiem, jakiego spróbowaliśmy w deszczu w Baños, był puenting. Po naszemu: mosting. Od mostu. To takie bungy dla biedaków. Zamiast elastycznej liny są dwie normalne liny wspinaczkowe, a skok nie jest zwykłym spadaniem, tylko raczej ruchem wahadłowym. Sceneria jest całkiem ciekawa, most ma prawie 100 m wysokości, w dole rzeka, dookoła góry. A cena - jak to w Ekwadorze - nieco śmieszna. 15 dolków za pierwszy skok i 10 za następny, jeśli komuś mało. Mi było mało, więc skoczyłem sobie dwa razy - raz przodem, raz tyłem. Tak dla głupiej zabawy. Będzie film. Ale kiedy? Któż to wie. Teraz wszystko dzieje się w żółwim tempie. No może z wyjątkiem nurkowania.

Ja wiem, że strasznie się zapuściłem. Nie dość, że zarośnięty i brudny chodzę, to jeszcze blogaska nie mam czasu uzupełniać. Donoszę jednak, że na Galapagos jest internet, może niezbyt szybki, ale w końcu rządzą tu żółwie. I ich kumple. Więc parę zaległych notek wkrótce się pojawi. Pojawi się też trochę aktualnych fotek, i jak zółw da, to nawet film z pływania z lwami. Tymczasem wrzucam dinozaura jako przystawkę. I żółwia, oczywiście.

niedziela, 24 stycznia 2010

Quitańskie lenistwo skończyło się wraz z wizytą w agencji Biking Dutchman. W odróżnieniu od innych biur specjalizuje się ona wyłącznie w wycieczkach rowerowych. Chcieliśmy popedałować w dół z Cotopaxi, ale okazało się. że następnego dnia rusza dwudniówka na Cotopaxi i Quilotoa. Kanadyjsko-irlandzka część naszej ekipy powiedziała "pas", ale my z polską krwią w żyłach długo się nie zastanawialiśmy.

O 7:00 staliśmy z plecakami na rogu czekając na resztę ekipy. Najpierw pojawiła się parka Szwajcarów, potem dwoje Kanadoli, w tym największa maruda północnej półkuli o imieniu Ryan, a potem jeszcze solowa Holenderka i nieco wyalienowana francusko-rosyjska para. Do tego wyjątkowo kontaktowy przewodnik i kierowca, i ekipa była w komplecie.

Początek był dość nudny, jeśli nie liczyć doskonałej kawy w knajpce przy stacji benzynowej na Panamericanie. Nuda skończyła się w momencie, w którym wjechaliśmy na płaskowyż u podnóża Cotopaxi i naszym oczom ukazała się Góra. Wielki, ośnieżony, majestatyczny stożek. Niestety, żeby wejść na samą górę, trzeba mieć trochę pary w nogach, jaja, porządny sprzęt i dużo czasu. My nie mieliśmy żadnej z tych rzeczy. Więc daliśmy się zawieźć na parking, leżący gdzieś na 4500 m, a stamtąd, po wybraniu rowerów, założeniu kasków i cyknięciu około stu pięćdziesięciu fotek, ruszyliśmy w dół. Fajnie się jechało, pogodę mieliśmy rewelacyjną, widoki też. Większość trasy to oczywiście zjazdy, ale było parę średnio stromych podjazdów. W domu bym się roześmiał na widok takiej górki, ale na wysokości 3 czy 4 tysięcy metrów każdy wysiłek fizyczny nabiera trochę innego wymiaru. No ale udało się pod wszystkie górki podjechać.

Potem transportem spalinowo-kołowym przemieściliśmy się do Quilotoa, kolejnego wulkanu, który dla odmiany ma jeziorko w środku. Noc spędziliśmy w lokalnej norce, ogrzewanej prehistorycznym piecykiem węglowo-drzewnym. A rano udaliśmy się na wulkaniczno-jeziorne oglądactwo, po którym czekało nas znowu trochę pedałowania. Znowu głównie w dół, ale też było się gdzie spocić. No to się spociliśmy dość solidnie. Po czym odłączyliśmy się od reszty grupy, która wracała do Quito, i wskoczyliśmy do autobusu jadącego do Latacunga. To takie bylejakie miasteczko, którego jedyną zaletą jest to, że leży niedaleko Quilotoa. Więc zostaliśmy tylko na jedną noc, po czym udaliśmy się do Bańos, gdzie ponoć jest fajnie.

sobota, 23 stycznia 2010

Po długich bojach z odmawiającym współpracy komputerem udało mi się wypichcić film z ulicznych karnawałowych zabaw w Pasto. Można na nim obejrzeć między innymi nierówną walkę kilku gringos z przeważającymi siłami lokalnej młodzieży oraz imponujące karnawałowe platformy. Miłego oglądania.

I ten film zapewne będzie musiał Wam wystarczyć na najbliższych kilka, a może kilkanaście dni. Nie mam bladego pojęcia, jak funkcjonuje internet na wyspach Oceanu Spokojnego, ale podejrzewam, że słabo. Więc może się okazać, że następne wstrząsające opowieści dziwnej treści będziecie mogli przeczytać dopiero po 2 lutego. Kiedy to zakończy się moja wizyta u żółwi, iguan i ponoć też lwów jakichś. Jeśli ktoś pragnie ładnych widoczków, niechaj zajrzy do ekwadorskiej galerii. Tymczasem!

czwartek, 21 stycznia 2010

Tylko Hiszpanie mogli być równie durni, jeśli chodzi o nazewnictwo odkrywanych czy podbijanych przez siebie lądów. Co prawda Brytole i Francuzi też nie wykazywali się wielką inwencją, ale przynajmniej dodawali "Nowy" do nazw swoich własnych miast. Hiszpanie szli na totalną łatwiznę. Albo nazywali wszystko jak leci imionami świętych, albo schodzili jeszcze niżej, jak w przypadku kraju, w którym teraz jestem. No bo jak można kraj nazwać po prostu "Równik"?

Na szczęście Równik brak sensownej nazwy (oraz, niestety, niską częstotliwość występowania uśmiechu na twarzy obywateli) nadrabia niskimi cenami i niesamowitymi wręcz krajobrazami. Nawet stolica, która jest po prostu dużym i w sumie średnio fajnym miastem, leży w wąskiej i długiej dolinie, nad którą wznosi się sporej wielkości aktywny wulkan Pichincha. Wystarczy wleźć na wieżę bazyliki, żeby poczuć pewne widokowe oszołomienie. Wjazd kolejką linową na wulkan to już inna liga, zwłaszcza, jeśli nie ma chmur i uda się wieczorem zobaczyć oświetlone miasto w dole. Nie jest to może Bogota, ale zawsze coś.

Moich kilka dni w Quito można uznać za stracony czas. No, prawie. Pogoda nie zachęcała do większej aktywności, muzea zamykali o jakichś absurdalnie wczesnych godzinach, więc odbyłem tylko dwa spacery po kolonialnym Starym Mieście, wszedłem na dzwonnicę bazyliki, pomogłem chłopakom wybrać i kupić netbooki, dzięki czemu zwiedziłem kilka centrów handlowych, oraz oczywiście poszlajałem się po pubach, klubach i restauracjach w dzielnicy Mariscal, zwanej też Gringolandią.

Dopiero ostatniego dnia zrobiłem coś pożytecznego - oprócz wjazdu na Pichinchę i cyknięcia paru widoczków udało mi się pojeździć rozklekotanym gokartem. Ponoć w Mitad del Mundo (czyli dokładnie na równiku, paręnaście kilometrów na północ od Quito) jest jakiś porządny tor, ale my musieliśmy się zadowolić "zabawkowym" torem w wesołym wulkanicznym miasteczku (Volcano Park).

Na szczęście zaraz po quitańskim lenistwie przyszedł czas na kompletną odmianę i wyjątkowo aktywne dni. O czym wkrótce.

wtorek, 19 stycznia 2010

Wow! Cóż za sukces! Po intensywnym mailingu rodzinno-koleżeńskim oraz żebractwie na naszej-szkapie oraz fejsbuku mój niebywale popularny blogasek właśnie przekroczył magiczną granicę 50 głosów w Blogaskowym Konkursiku! Chyba rzeczywiście szkoda czasu na tę grafomanię... Zajmę się haftem artystycznym i - oczywiście - grą w golfa.

No dobra, ale zanim to nastąpi, mam dla Was jeszcze nudny i męczący film z Villa de Leyva. Kolejne filmy się pichcą i mogę obiecać, że będą zdecydowanie lepsze. Tymczasem ci, których ruszą wyrzuty sumienia, mogą jeszcze zagłosować.

Przypominam: SMS o treści D00061 na numer 7144 (1,22 zł z VAT).

Żebyście się nie zagalopowali - tylko jeden sms z jednego numeru. Jak się załapię do pierwszej dziesiątki (na co się raczej nie zanosi), to Szanowny Juror zajrzy do mojego blogaska i może uzna go za wart jakiejś nagrody.

niedziela, 17 stycznia 2010

Ponieważ blogasek się trochę opóźnia w stosunku do rzeczywistości, czas nadrobić te zaległości. Więc będzie krótko. Sanktuarium u Lachów (Santuario de Las Lajas) jest genialnym przykładem na to, że absurdalne pomysły mogą przynosić fantastyczne efekty. No bo kto normalny wpadłby na to, żeby na dnie głębokiego kolumbijskiego wąwozu zbudować (neo)gotycką bazylikę?

Zdaje się, że dawno temu jacyś lokalsi zobaczyli Matkę Boską na skale w wąwozie. W tym miejscu budowano potem coraz większe kościoły, aż w latach czterdziestych chorego dwudziestego wieku powstało to, co teraz można oglądać. Czyli powalająca (przynajmniej niektórych) na kolana bazylika.

Nocne zdjęcia zawdzięczam Niemce-Niedojdzie, bo to ona wpadła na pomysł, żeby nie nocować w Ipiales, tylko gdzieś przy samym sanktuarium. Trafiliśmy do Casa Pastoral, domu pielgrzyma rzekomo prowadzonego przez siostry zakonne. Ja tam żadnych zakonnic nie widziałem, za to miejsce do spania było fantastyczne ze względu na lokalizację i cenę pokoju (6 dolków). Zrzuciliśmy graty i ruszyliśmy oglądać i pstrykać. W drodze powrotnej czekała nas miła niespodzianka. Chociaż do takich niespodzianek zdążyłem się już w Kolumbii przyzwyczaić. Właścicielka jedynej otwartej jadłodajni stwierdziła, że już zamyka i nas nie obsłuży. Jednak w knajpie siedziała spora, wielopokoleniowa grupa kolumbijskich turystów, którzy po prostu zaprosili nas na wspólną kolację i na dodatek nie chcieli się zgodzić, żebyśmy za cokolwiek płacili. Na szczęście padło pytanie, czy nie mamy jakichś drobnych z naszych krajów, i ostatecznie za kolację "zapłaciłem" dwudziestozłotowym banknotem.

Niestety pogoda następnego dnia nie była najlepsza, szare, zachmurzone niebo nie pozwoliło na zrobienie jakichś lepszych zdjęć. Zajrzeliśmy do muzeum, w którym najciekawsze były eksponaty związane z dawną, prekolumbijską kulturą Pasto, oraz wypchane egzemplarze dwugłowych i siedmionogich zwierząt. Ale oczywiście główną atrakcją jest widok białej, strzelistej katedry wciśniętej w wąwóz. Do końca nie mogłem uwierzyć, że to wszystko jest prawdziwe.

A potem plecaki na grzbiet, busik do Ipiales, kolejny busik do granicy, stempelek wyjazdowy, i się pożegnaliśmy z rewelacyjną Kolumbią. Mam nadzieję, że nie na zawsze. A tymczasem... Bienvenidos a Ecuador!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 77