Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
wtorek, 17 listopada 2009

Ponieważ śnieg z poprzedniej notki nie wytrzymał nawet jednego dnia, Wielebny Lachman udał się w poszukiwaniu świeżego śniegu w nieco zimniejsze partie naszego drętwego kontynentu. Zamiast na północ, wbrew wszelkiej logice udał się na południe, gdzie - także wbrew wszelkiej logice - śnieg się jednak znalazł. Znalazła się też masa ludzi, którzy są gotowi zapłacić spore pieniądze za możliwość zsuwania się po tym śniegu na przyczepionych do nóg kawałkach różnych kosmicznych materiałów udających drewno. Do tego dochodzą podobnie spore pieniądze wydane na wdzianka z równie kosmicznych materiałów, żółwiopodobne ochraniacze, kaski, rękawice i okulary, przez które widać nawet w totalnej mgle.

Wielebny Lachman niestety okularów takich nie posiadał. Posiadał zwykłe gogle, przez które we mgle było widać na maksymalnie 3 metry. Więc - zapewne również dlatego, że został najpierw upojony płonącym alkoholem z okazji dwudziestej rocznicy upadku pewnego muru, będącej jednocześnie dwudziestą rocznicą jego własnych, ...nastych urodzin, a dnia następnego oślepiony dziwacznym zjawiskiem optyczno-atmosferycznym, nazwanym naprędce Światłością Wiekuistą - nie zauważył, że z jego niedopiętej kieszeni wysunęła się jego ulubiona Małpeczka, znana szerzej pod nazwą Canon Ixus 860 IS. To ta sama Małpeczka, która te wszystkie przyspieszacze zarejestrowała, i która dzielnie zastępowała Zepsute Lusterko podczas wycieczki do Dakaru.

Małpeczka wypadła w mgłę i śnieg, Wielebny tego nie zauważył i pojechał dalej, wywracając się co kilka metrów na muldach znienacka wyłaniających się z mgły. Brak małpeczki zauważył dopiero wieczorem, i spowodował on u Wielebnego silny atak depresji. Wyzwolił jednak też inicjatywę, napędzaną silnym pragnieniem odzyskania ulubionego stworzonka. Oprócz częstych wizyt w punkcie informacyjnym, biurze rzeczy znalezionych oraz w kasach lodowcowej knajpy, Wielebny z pomocą przyjaciół wyprodukował ogłoszenie.

Było ono w języku polskim, bo to tej właśnie nacji przedstawiciele dominowali zdecydowanie na austriackim lodowcowym stoku. Ogłoszenie z prośbą o kontakt i numerem telefonu pojawiło się w kilku często odwiedzanych przez rodaków miejscach, w tym w miejscu najważniejszym - w głównym kiblu.

To właśnie miejsce okazało się kluczowe dla dalszego rozwoju wydarzeń. Kiedy bowiem Wielebny stracił już nadzieję wszelką na odzyskanie Canonka i oswoił się z myślą, że będzie musiał kupić coś nowego, oczywiście gorszego, bo wszystkie nowe małe Canonki są gorsze od starych - wtedy właśnie zadzwonił telefon, a głos w słuchawce przekazał radosną nowinę. Małpeczka się znalazła.

Znaczy znalazł ją w śniegu Rodak, Znalazca Uczciwy. Najpierw chciał oddać, ale uznał, że jak odda tym paskudnym Austriakom, to oni sobie sami wezmą. Więc postanowił Małpeczkę zatrzymać. A kiedy przeczytał ogłoszenie w kibelku, uznał - całkiem słusznie - że Małpeczkę trzeba oddać właścicielowi, zwłaszcza, że to rodak. Znalazca Uczciwy w rewanżu otrzymał dozgonną wdzięczność Wielebnego oraz namacalny dowód tej wdzięczności w postaci butelki Balantynki. Wielebny natomiast prezentuje tych kilka nędznych fotek wykonanych Canonkiem-Małpeczką, oraz kilka innych, wykonanych innymi, bardziej małpimi małpeczkami.

Jaki jest morał tej radosnej opowieści? Parafrazując Kazika - "czy Polak to złodziej? Jeśli ktoś tak spyta - zakurwię z laczka i poprawię z kopyta."

13:10, lachmani , Europa
Link Komentarze (2) »
piątek, 06 listopada 2009

Zupełnie nie wiem czemu wydaje mi się, że śnieg występuje w moim otoczeniu coraz rzadziej, więc kiedy już się pojawia - zwykle na krótko - odczuwam nieposkromioną żądzę uwiecznienia go na fotograficznej matrycy. No to przedwczoraj też uwieczniłem. I słusznie, bo dziś już nie ma po nim śladu. Pewnie długo nie będzie...

środa, 04 listopada 2009

Że co? Śnieg?! W listopadzie?! Faktycznie, coś niebywałego. Dobra, skoro dojechaliście już do pracy i sprawdzacie co ciekawego w necie, mam coś dla Was. Filmik nudnawy nieco, ale na pewno ciekawszy niż Wasza dzisiejsza droga do pracy. A mówiłem, żeby się na zadupie nie wyprowadzać...

Filmik pochodzi z dość obłędnego miejsca - z jeziora w wulkanicznym kraterze na wyspie położonej na większym jeziorze leżącym w dużo większym kraterze... Uff. Wiem, że to trudne do ogarnięcia małym umysłem, więc dla ułatwienia, w swojej nieskończonej dobroci zamieszczam ułatwiającą mapkę.

A jak ktoś już kompletnie nie ma nic do roboty i chce poczytać, jak na tym wulkanie było, niech zajrzy tutaj. No to... do następnego.

sobota, 31 października 2009

Dawno nie było żadnego wqrviacza... Czas najwyższy to zmienić. Ponieważ właśnie nadchodzi najbardziej szarobura i ponura pora roku, dla pokrzepienia ogarniętych jesienną deprechą serc i umysłów postanowiłem zamieścić coś absurdalnie wakacyjnego. Albo wakacyjnie absurdalnego, jak kto woli. Do tego okraszonego muzyczką bardzo ciekawego, choć nieco zapomnianego zespołu Mordred. Tekst tej cudnej piosnki również jest nieco wqrviający, w końcu niejeden z nas chciałby móc powiedzieć, że every day's a holiday...

Ten durnowaty pseudoteledysk niechaj posłuży za wqrviającą zapowiedź nadchodzącego, gorącego i krwawego, serialu produkcji filipińskiej.

czwartek, 29 października 2009

Oszołomiony polską złotą jesienią przeoczyłem pewną ważną rocznicę. Czwartą. Blogasek Zajefajny, dziecię moje najukochańsze, narodził się jakieś cztery lata temu. Od samego początku starannie go pielęgnowałem, z początku nieudolnie, jak świeżo upieczony tatuś, który nie za bardzo wie, co z maleństwem począć, potem z coraz większą wprawą i polotem (albo tylko tak mi się wydaje). Dzięki mojej troskliwej opiece Blogasek trochę urósł przez te cztery latka (dokładnych danych brak, ale liczy już ponad 750 stron i wciąż rośnie), miejscami trochę się zaokrąglił, wygładził i wyładniał, ale ma też ostre ząbki i czasem sobie coś chapnie. Podobnie jak tatuś, lubi wodę, małe dziewczynki, ładne widoczki, przyspieszone filmiki i szybkie samochodziki. Jest więc spora szansa, że - podobnie jak tatuś - jeszcze długo się nie zestarzeje i jeszcze przez wiele lat będzie dużym, lekko rozwydrzonym chłopcem. A patrząc na ilość pustego miejsca na poniższej mapie można śmiało przypuścić, że jeszcze sporo urośnie w przyszłości. Sto Lat, Zajefajny Blogasku!

19:00, lachmani
Link Komentarze (1) »
wtorek, 27 października 2009

Mimo fatalnego położenia w okolicach koła podbiegunowego, nasz kraj ma parę zalet. Jedną z nich jest to, że parę razy w ciągu roku jest naprawdę ładnie. I jeden z takich okresów właśnie nadszedł. Yyy... chyba już zdążył się zmyć, zanim skończyłem pisać tę notkę.

Oczywiście ładnie jest tylko wtedy, kiedy zaświeci słońce, co nie zdarza się ostatnio zbyt często. Ale jeśli już się zdarzy, to widoki potrafią być bardzo przyjemne. Nie chciało mi się zbyt daleko łazić, więc wyszedłem tylko za płot i cyknąłem parę fotek.

No dobra, ściemniam. Parę fot zrobiłem z pokładu kajaka. Wiem że są nieostre, ale grunt że w ogóle są. Mój niestabilny kajaczek nie jest najlepszym miejscem do robienia zdjęć, zwłaszcza w kiepskich warunkach oświetleniowych.

A na koniec filmowy przejaw jesiennej głupawki. Trochę trzęsie (bo kajaczek niestabilny), ale co tam, ważne że jest zabawnie. Zawsze lepsza jesienna głupawka niż jesienna deprecha

sobota, 24 października 2009
O cudzych podróżach miało być. I jest. Dawno, dawno temu, w odległej Afryce, zjawił się gość dziwaczny dość. Nie dość, że z kraju dalekiego, Polską zwanego - o którym nawet dziś niewielu na świecie słyszało, a w owych czasach zamierzchłych (rok 1931) na dzikim afrykańskim kontynencie nie słyszał prawie nikt - to jeszcze na wehikule absolutnie niezwykłym: na starym, zdezelowanym bicyklu. Gość ten, noszący najpopularniejsze w Polsce nazwisko (Nowak) oraz równie popularne imię (Kazik), prawie całkowity gołodupiec, bez kasy i jakiegokolwiek wsparcia, na swoim rowerowym złomie przepedałował na południe przez całą Afrykę aż do Półwyspu Igielnego. Ale że mu jeszcze mało było, to postanowił jeszcze z powrotem na północ przez tę dziką Afrykę popedałować. Po drodze rowerowy złom mu się rozleciał dokumentnie, więc przesiadł się na konia, potem wyhandlował jakąś łódkę i paroma rzekami przez dzisiejszą Angolę i Kongo powiosłował. Potem znów rowerem (ale nie wiem czy nowym, czy starego rzęcha naprawił) machnął tych parę tysięcy km do Czadu, gdzie sprawił sobie dromadera i pogalopował nim przez pustynię. Potem jeszcze marny tysiąc kilosów i dotarł do Algieru, skąd do swojego podpoznańskiego domu miał już tylko rzut beretem... Takiego to kozaka dała światu nasza Ojczyzna Przenajświętsza. Niestety, pięcioletnia podróż wycieńczyła Kazika tak bardzo, że niecały rok po powrocie zmarł.

mapa trasy Nowaka ukradziona ze strony kazimierznowak.pl

Świat o nim prawie zapomniał, mimo że przywiózł ze sobą sporo reporterskich zapisków i masę zdjęć. Dopiero po wielu latach, całkiem niedawno, udało się odszukać Nowakowe reportaże i opublikować je w formie książki. A teraz pojawił się zupełnie niezwykły pomysł, żeby Kazia Nowaka uhonorować w ekstremalny sposób - powtarzając jego ekstremalną wyprawę. Co prawda nie ma chętnego na samotną, pięcioletnią wycieczkę rozklekotanym rowerem i to bez kasy przez Afrykę, ale w końcu mamy XXI wiek i trochę więcej możliwości. Więc 4 listopada rusza sztafetowa wyprawa rowerowa przez Afrykę śladami Kazia Nowaka. Inicjatorami przedsięwzięcia są szczecinianie, którzy jakiś czas temu na rowerach penetrowali madagaskarską dżunglę w poszukiwaniu wioski odwiedzonej przez Arkadego Fiedlera. Ale tamta wyprawa trwała tylko miesiąc, a transafrykańskie rowerowe pedałowanie ma trwać jakieś 2 lata. Jeśli się uda, będzie to naprawdę konkretny wyczyn.

Jak ktoś jest zainteresowany - a mam nadzieję, że zainteresowanych jest cała masa - proponuję odwiedzić stronę wyprawy: AfrykaNowaka.pl, gdzie będą pojawiać się relacje prawie na żywo dzięki wynalazkom współczesnej łączności. Start: 4 listopada w Poznaniu. Trzymam kciuki!

20:17, lachmani
Link Komentarze (1) »
czwartek, 22 października 2009

Właściwie to nie chce mi się pisać tej notki. Tak sobie pomyślałem, że może bym jakoś ładnie w słowa ubrał to, że nie lubię podróży służbowych, no ale skoro już pojechałem, to cyknąłem parę fotek i mam ochotę je tu zamieścić. Ale mi się nie chce w słowa ładnie ubierać. Więc dziś będą tylko fotki z brukselkowego pola. Tak, wiem. Nuda na maksa. Zwłaszcza że poza polskimi kloszardami (których nie udało mi sfotografować niestety) najbardziej zafascynowała mnie geometria wieżowców i nie tylko wieżowców. Czyli musiało być strasznie nudno.

Z reporterskiego obowiązku dodam jednak, że po długich poszukiwaniach udało mi się skonsumować piwo kosztujące ponad 30 zł. To chyba mój życiowy rekord. "Co za cienias" - pomyśleli teraz wszyscy norwescy emigranci. Cóż, od drogiego piwa zdecydowanie wolę tanie. Na przykład kosztujące równowartość 50 groszy. Piliście kiedyś takie? Jeśli tak, to raczej nie w Brukselce. Ale przyznam, że piwo za 30 zeta było całkiem dobre.

Co tam jeszcze było w tej Brukselce? Wielki Placek (Grand Place), pełen japońskich turystów próbujących fleszem z komórki oświetlić bogato zdobione fasady budynków. Z marnym skutkiem, dodajmy. Byli Sułtani Kebaba, były fajne rowerki, spadający Firefox... No i czekoladki z truflami pyszne były. Wreszcie coś innego niż alkohol przywiozłem z jakiegoś wyjazdu. Była też instrukcja mycia rąk celem zapobieżenia rozprzestrzenianiu się grypy. Tak, tej złej grypy.

No dobra. Tak sobie czytam te własne wypociny i stwierdzam, że nuda zaczyna już wyzierać z tego zajefajnego blogaska. Żadnych sensownych wyjazdów, żadnej egzotyki, nawet nic po bandzie nie ma. Ale nie traćcie wiary, Parafianie drodzy. Wkrótce zaczną się pojawiać bardziej interesujące rzeczy. Nie o moich podróżach wyłącznie. A raczej przede wszystkim o pewnej cudzej podróży, która zacznie się już za momencik. Stay tuned

22:36, lachmani , Europa
Link Komentarze (2) »
czwartek, 15 października 2009

Zanim wrócimy do warzywnego pola, będzie coś bardziej aktualnego i bliższego sercu. Ja wiem, że tam u Was, na wschodzie, pod białoruską granicą, przyszła nagle zima, śniegu pełno, prądu ni ma, a o oponach zimowych przypomnieliście sobie dopiero lądując w rowie. Ale żebyście sobie nie myśleli, że tylko Wy w tym kraju cierpicie z powodu pogody, mam dla Was fotograficzną relację z Tsetsina, Floating Gardenem zwanego, który naprawdę tonie. Przynajmniej dziś.

Floating Garden tonie nie z powodu deszczu czy śniegu, ale z powodu wiatru. Taki to dziwaczny świat mamy. Wiatr z północy nam wodę z morza do miasta wpycha. Tyle jej wepchnął, że aż główną uliczkę we wsi zalało i korki się zrobiły. Mało to przyjemne, ale inni mają gorzej, na przykład niektórzy mieszkańcy Stepnicy. W Stepnicy dziś nie byłem, ale na własne oczy widziałem taki poziom wody w Odrze, jakiego nie pamiętają chyba najstarsi stoczniowcy. Chociaż jeden gość spacerujący dziś deszczowymi Wałami Chrobrego podrapał się w głowę i oświadczył, że taka woda już była. W sześćdziesiątym piątym.

Na dodatek chyba trzeba się zacząć przyzwyczajać. Jeśli ktoś jeszcze nie wierzy w zmiany klimatu, to chyba jest ślepy, głuchy i niewrażliwy na zimno. A jeśli scenariusz ze słabnięciem Golfsztromu się sprawdzi, to trzeba będzie duuużo cieplejsze kurteczki sobie sprawić.

Tymczasem jednak pozalewało nas trochę i nadmorską plażę zabrało. Miejmy nadzieję, że do lata plaża wróci, bo wczasowicze się trochę wqrvią, jak przyjadą się wylegiwać, a plaży nie będzie...

środa, 14 października 2009

Dziś, absolutnie wyjątkowo, zamiast durnowatego wpisu będzie durnowata zagadka. Uwaga, prosimy o uważne i co najmniej siedmiokrotne przeczytanie pytania: Z pola jakich warzyw pochodzą te obrazki?

Rozwiązanie już za chwileczkę. Wyśpię się tylko.

22:20, lachmani , Europa
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 73
| < Listopad 2009 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30