Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
piątek, 20 czerwca 2014

Zanim nastąpi kontynuacja kambodżańskiej opowieści Maminsynka, muszę się podzielić fotograficznymi wspomnieniami z dość odległej przeszłości. W roku bezpańskim 2003 odwiedziłem Kambodżę po raz pierwszy. Angkor oczywiście też.

 

Wszystko wtedy wyglądało zupełnie inaczej, właściwie nie było normalnych dróg, z Siem Reap do tajskiej granicy jechało się 6 godzin po niewyobrażalnych wertepach, a z Phnom Penh do Siem Reap chyba ze 14. Było zdecydowanie mniej hoteli, luksusów nie było prawie wcale, i knajpy na Pub Street też jakby mniej wypasione mi się zdawały. Ale mam wrażenie, że było jakoś tak... Fajniej. Zresztą sami zobaczcie.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Wybaczcie, Drodzy Parafianie. Mój grzech zaniechania zaprawdę ogromnym jest. Przemieszczam się ostatnio tak szybko i często, że ledwo mam czas zarejestrować kolejne odwiedzone miejsca w pamięci. Czasem też uda mi się coś uwiecznić aparatem, ale czasu na pisaninę już nie starcza, bo musiałbym zrezygnować ze snu. A na takie poświęcenie nie jestem jeszcze gotowy.

Oto mój krótki rachunek sumienia z ostatnich tygodni. Może być trochę niepełny. Ale obiecuję poprawę, nie wiem tylko, kiedy ona nastąpi. Być może już wkrótce.

No dobra. Gdzie to ja nie byłem od powrotu z Maminsynkowej Ekspedycji? Nad morzem naszym polskim byłem. Zimno trochę i wiało, ale widoczki z góry ładne i napawają dumą.

Potem poczułem tęsknotę za śniegiem, a że w domu jakoś śniegu nie było, pojechałem w góry. Fajnie było, słonko świeciło, tyle że drugiego dnia okazało się, że nie tylko jeździć nie umiem, ale nawet zsiadać z wyciągu. Fiknąłem, skręciłem nogę i mogłem zapomnieć o jeżdżeniu. Przez kolejnych kilka tygodni mówili na mnie Kuternoga, a ja boleśnie odkrywałem, jak bardzo nieprzystosowany jest nasz świat do potrzeb osób niepełnosprawnych.

Pochodziłem i pojeździłem trochę po mieście rodzinnym, po czym los rzucił mnie do Stolicy. Kilkakrotnie nawet. Odkryłem Zielone Piekło Mokotowa, cyknąłem fotki z mostu, i zrobiłem sobie nocny rajd po Powiślu. Niestety, nie miałem białego BMW M3, tylko zwykły rower Veturilo, więc nie mogłem się poganiać z motorkami. Ale paru tego typu debili też widziałem.

Tak BTW, to dzięki unijnym inwestycjom w polską infrastrukturę drogową udało mi się pokonać drogę do Stolycy w całości autostradą i drogą ekspresową. Szkoda że mój Stary tego nie dożył, pewnie by mu się spodobało. Ja tam wolę nie mieć do czynienia z idiotami siedzącymi na zderzaku przy 150 km/h, więc będę raczej jeździł pociągiem.

A propos pociągów, to od dzieciństwa fascynował mnie dworzec kolejowy w Kostrzynie nad Odrą. Dlaczego? Bo to jeden z dwóch w Polsce dworców, gdzie tory są na dwóch poziomach. Zawsze, kiedy tamtędy przejeżdżałem, chciałem ten dworzec pozwiedzać, ale niestety nie mogłem wysiąść z pociągu. Teraz w końcu udało mi się go zwiedzić. Na razie jest trochę obszczany, ale może sytuacja się poprawi, bo aktualnie trwa remont. Trzeba będzie wrócić, może przy okazji Przystanku Woodstock.

W Kostrzynie zwiedziłem też Stare Miasto. A raczej to, co z niego zostało, czyli raczej niewiele. Aż niewiarygodne, że cała miejska zabudowa tak po prostu została zmazana z powierzchni ziemi. I raczej nigdy nie zostanie odbudowana.

Na skutek międzynarodowych działań policyjnych znalazłem się daleko na zachód od granicy, na niemieckim wybrzeżu, gdzie sprawdzałem, czy da się pływać w wodzie o temperaturze 12 stopni. Da się, ale co to za przyjemność. Za to przyjemnie się oglądało zadbane nadmorskie budowle. Smutne, że nigdy nie osiągniemy tego poziomu.

Odwiedziłem też polski kurort nadmorski z nieustająco zimną wodą, oblegany przez niemiecką geriatrię i zabudowany nowymi hotelami, których projektanci inspirowali się chyba amerykańskimi więzieniami. Tak, Kołobrzeg oczywiście. Popedałowałem żałosną ścieżką rowerową na wschód do Ustronia Morskiego i z powrotem, ale średnio mi się podobało.

Zaraz potem odwiedziłem krainę znudzonych zombie, czyli wymarłą Meklemburgię. Nawet ładnie było, ale wszyscy albo wyjechali, albo umarli. Nie wiem tylko czyje są te wszystkie samochody.

Potem była kolejna kraina zombie, czyli tak zwany Słubfurt. Miasteczko niegdyś podzielone, dziś znów zjednoczone, ale niemiecka część wygląda na lekko opustoszałą. Więc piwko wypiliśmy w części polskiej, pod trabantem wbitym w mur.

Na moście spotkałem przyjaciół Moskali i zaśpiewałem radziecki hymn, a w części niemieckiej podziwiałem arcydzieła enerdowskiej architektury wystające z chaszczy oraz malunki wykonywane przez nieliczną pozostałą tu rdzenną ludność.

A ze Słubfurtu ruszyłem na maraton pijacko-koncertowy, który zasłużył na osobny wpis. Stay tuned.

11:38, lachmani , Europa
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 maja 2014

Czasem nie trzeba daleko jechać, by znaleźć się w innym świecie. A w Szczecinie ten inny świat jest tuż obok, zaraz za rzeczką. Wystarczy przejechać przez dwa mosty.

Kambodżańska część Szczecina oficjalnie nazywa się Wyspą Pucką, chociaż do Pucka stąd raczej daleko. Jednak najciekawszą nazwę nosi ulica Dobrej Nadziei. Nazwa ta wydaje się być bardzo na miejscu, bo ulica biegnie wzdłuż wału przeciwpowodziowego, a tereny na wyspie leżą właściwie na poziomie wody w Odrze. Jak wody w rzece jest dużo, to wyspa leży niżej. Trzeba więc być pełnym nadziei, że wał wytrzyma.

Przy okazji wielkiej powodzi w dziewięćdziesiątym siódmym w Teleekspresie podali, że na Wyspie Puckiej mieszka 300 tysięcy ludzi. Na szczęście to absolutna bzdura, jak wiele rzeczy, którymi karmi Was telewizja. Prawda jest taka, że na całym Międzyodrzu zameldowanych jest nieco ponad 1000 osób. Na samej wyspie Puckiej - ciężko powiedzieć, bo mieszkańcy ogródków działkowych nie ujawniają się chyba w spisie powszechnym. Ale pamiętam, że kiedyś mówiło się o 300 rodzinach. Czyli tysiąc by się mniej więcej zgadzał.

Parę domków na wyspie wygląda całkiem przyzwoicie, ale reszta przedstawia obraz nędzy i rozpaczy. Kanał oddzielający Wyspę Pucką od Wyspy Zielonej jest pełny brunatnej cieczy z jeszcze bardziej brunatnymi gównami. Część lokalnej ludności zajmuje się hodowlą zwierząt, część połowem ryb, niektórzy pielęgnują swoje ogródki działkowe, a inni prawdopodobnie spędzają miło czas przy krzywym sklepiku spożywczym lub w pubie noszącym złowrogą nazwę KGB. Chociaż nie wygląda na otwarty. Są tacy, którzy kolekcjonują elementy konstrukcyjne starych jednostek pływających. Nie zauważono żadnych negatywnych zachowań względem turystów, nawet w godzinach wieczornych.

Jak dojechać do Kambodży? Od centrum Szczecina przez Most Długi, pod Trasą Zamkową i na światłach za Mostem Parnickim w prawo. Nawet drogowskaz jakiś jest. Można tam też dotrzeć od strony Dziewoklicza, od parkingu pod mostem i dalej drogą z betonowych płyt. Miłego zwiedzania!

1 ... 6 , 7 , 8 , 9 , 10 ... 407
| < Marzec 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...