Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
poniedziałek, 05 maja 2014

Nie pamiętam już, od czego to się zaczęło. Może od jakiejś wycieczki rowerowej, a może od spaceru? Dotarło do mnie, że w moim własnym mieście jest cała masa ciekawych miejsc, w których nigdy nie byłem, albo takich, w których bywam często, ale nigdy nie zauważałem, że jest w nich coś ciekawego. Więc skoro już tu siedzę na tyłku i nigdzie dalej nie wyjeżdżam, staram się trochę tych miejsc uwiecznić. No i postanowiłem się nimi podzielić z Czytelnikami mymi najdroższymi. Przynajmniej do czasu, kiedy uda mi się coś w końcu napisać o bardziej odległych podróżach.

poniedziałek, 31 marca 2014

Nie chcieliśmy jednak dla hotelowych wygód zrezygnować ze zwiedzania miasta. Nie żeby w Puerto Princesa było specjalnie co zwiedzać, ale chciałem zobaczyć, czy coś się zmieniło w ciągu ostatnich paru lat.

Poszliśmy sobie główną ulicą, od lotniska aż do katedry. Minęliśmy lokal, hmmm, karaoke. Odwiedziliśmy siedzibę władz regionu. Wpadliśmy na pocztę. Wypiliśmy colę w małym sklepiku u starszej pani ze spuchniętymi nogami. Pogaworzyliśmy o dupie Maryni z sąsiadem na plastikowym krzesełku. Obejrzeliśmy Ojca, Syna i Ducha. Przed katedrą dzieciaki radośnie skakały na skakankach, a kawałek dalej chłopaki grały w szmaciankę. U nas na wsi proboszcz by ich pogonił od razu, a rodziców nazwał antychrystami i zagroził ekskomuniką.

Zeszliśmy nad wodę, i oczom naszym ukazał się całkiem pokaźny bulwar, nad którym górowała resztka ogromnej choinki. Przeszliśmy się kawałek, obejrzeliśmy dwa nieduże kutry rybackie, rzekomo skonfiskowane za nielegalne połowy, i podziwialiśmy dziwaczne ptakopodobne dekoracje. Najbardziej jednak zainteresowały nas liczne rowerki i riksze, które można było za jakieś śmieszne pieniądze wynająć i popedałować sobie kawałeczek po utwardzonym placyku. Nie zastanawialiśmy się długo i rycząc ze śmiechu krążyliśmy wśród równie ubawionych przechodniów. Spotkaliśmy naszą sympatyczną rodaczkę z brytyjskim towarzyszem, i dzięki temu mamy parę fotek i żałosny filmik z tego wiekopomnego wyczynu.

Potem jednak przyszedł czas na poważniejsze wyzwanie. Usiedliśmy na chwilę na piwko, i przypomniało mi się, że to przecież ostatni wieczór na Filipinach. A przecież nie mogliśmy opuścić tego gościnnego kraju bez skonsumowania najsłynniejszego lokalnego przysmaku. Tak, Drodzy Bracia i Siostry. Zmusiłem moją rodzoną Mamusię do zjedzenia nienarodzonej kaczuszki, znanej pod nazwą balut. Nie tylko zjadła, ale nawet jej chyba smakowało. Albo dobrze udawała.

Po balucie i piwku nie pozostało nam nic innego, jak wskoczyć do tricykla i ewakuować się do hotelu, gdzie nastąpiła ostatnia kąpiel w basenie pod gwiazdami. A potem już tylko szybkie pakowanie i ostatnia filipińska noc w super wygodnych łóżkach.

O dniu wylotu właściwie nie da się zbyt wiele napisać. Rano hotelowy bus podwiózł nas na lotnisko. Samolot przeleciał nas do Manili. Przekoczowaliśmy tam jakieś 7 godzin, w czasie których podejmowałem desperackie próby znalezienia poczty albo chociaż skrzynki pocztowej. Te próby spełzły na niczym. Ostatecznie jakaś pani z obsługi lotniska zaoferowała swoją pomoc i obiecała, że wyśle moje pocztówki z poczty koło swojego domu. Ale chyba nie dotrzymała obietnicy, bo dwa miesiące później kartki wciąż nie dotarły do żadnego z adresatów. Na koniec wymieniliśmy resztę peso na dolki i poczłapaliśmy do samolotu.

A ten poleciał do Siem Reap w Kambodży, która przywitała nas przeraźliwie niską temperaturą około 20 stopni. Szybko dostaliśmy wizy, spotkaliśmy się z ubranym w zimową kurtkę i rękawice kierowcą tuk-tuka, który przez rzęsiście oświetlone ulice pełne luksusowych hoteli zawiózł nas do naszego, nieco mniej luksusowego. Spotkało nas niemiłe rozczarowanie, bo nasz pokój był zajęty, ale obsługa poradziła sobie z problemem ekspresowo, lokując nas w hotelu po drugiej stronie ulicy. Warunki były całkiem zacne, chociaż łazienkę projektował ktoś posiadający ćwierć mózgu, bo woda z prysznica lała się prosto na sedes i przy okazji do umywalki. Ale jakoś sobie poradziliśmy i zapadliśmy w zasłużony sen.

czwartek, 27 marca 2014

Drugiego zdaje się wieczoru w Port Barton, gdy wracaliśmy z kolacji, naszą uwagę przykuły dziwne hałasy dobiegające z głębi lądu. Coś jakby męski głos przez megafon, chwilami zagłuszany piskami gawiedzi. Postanowiliśmy sprawdzić, co się dzieje. Okazało się, że na betonowym, zadaszonym boisku rozgrywany jest mecz koszykówki. Jak to później określiła moja angielska koleżanka - koszykówki karzełków. Filipińczycy nie należą do najwyższych narodów świata, myślę nawet, że określenie "kurduple" nie jest dla nich specjalnie obraźliwe. Ale trzeba przyznać, że te akurat kurduple dawały sobie świetnie radę, skakały i biegały jak należy, a licznie zgromadzona publiczność, głównie nastoletnia i żeńska, głośno dopingowała i piskliwie reagowała na każdą akcję. Ciemno trochę było, ale parę fotek udało mi się pstryknąć. No i zarejestrowałem dość nieprzyjemny upadek jednego z graczy na twardy beton. Trochę główka potem musiała boleć...

Ten sam wieczór zapisał się jeszcze w naszej pamięci i na matrycy aparatu piękną aureolą wokół księżyca. Widziałem kiedyś coś podobnego wokół słońca w mroźny alpejski dzień, ale tutaj nie było mrozu ani Alp. Aureola była za to doskonale widoczna przez cały wieczór, i gapiliśmy się w nią tak długo, aż nas karki rozbolały.

Błogie chwile w Port Barton dobiegły jednak końca. Mieliśmy zamiar pojechać porannym autobusem do Puerto Princesa, dokładnie takim jak na zdjęciu. Ale w ostatni wieczór, w czasie rozmowy z kelnerką w naszej ulubionej plażowej knajpie (Elsa's Summer Home czy jakoś tak) dowiedziałem się, że możemy skorzystać z ich prywatnego transportu. Tanio nie było, zdaje się 600 od łba, ale nie mieliśmy ochoty cisnąć się w niewygodnym autobusie. Więc ochoczo przystaliśmy na propozycję i o poranku, po śniadanku, zasiedliśmy w niewielkim busiku Mitsubishi z podwyższonym zawieszeniem, napędem na 4 koła i podpisem Tommi Makinena. To taki dawny rajdowy mistrz świata, który - jak łatwo się domyślić - poruszał się po odcinkach specjalnych autem marki Mitsubishi. Co prawda Tommi raczej jeździł Lancerem, ale nasz minibus i jego pseudorajdowy napęd chyba bardziej się nadawał na dziurawą, gruntową drogę z Portu Barton. Więć jechaliśmy sobie całkiem wygodnie razem z parą Niemców. Po drodze zabraliśmy jakichś nieszczęśników z jeepa, który rozkraczył się kawałek przed głównym asfaltem. Kierowca był nawet względnie ogarnięty, czyli nie wyprzedzał na czołówkę przy każdej możliwej okazji, tylko wykorzystywał co drugą.

Dojechaliśmy do Puerto, wyrzuciliśmy Niemców przy jakimś tanim hotelu, a sami, jak na zamożny naród przystało, pojechaliśmy do prawie luksusowego Acacia Tree Garden Hotel. Nazwa nie była oszustwem - na środku sporego terenu rosło wielkie drzewo akacjowe, które Mamusi od razu skojarzyło się z filmem pod tytułem Śniegi Kilimandżaro. Zdaje się że główny bohater leżał pod drzewem czekając na śmierć. Ale my nie czekaliśmy na śmierć, tylko na nadejście godziny zameldowania. W międzyczasie zjedliśmy i wypiliśmy coś dobrego, a potem się rozlokowaliśmy w wielkim, wygodnym pokoju, który po syfiastych norach z Port Barton wydał nam się jeszcze większy i jeszcze bardziej luksusowy.

| < Styczeń 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...