Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
środa, 26 marca 2014

Podczas poprzednich pobytów na Palawanie przymierzałem się do wizyty w pewnym miejscu, leżącym trochę na uboczu. Miejsce to uchodzi za chilloutowy, backpackerski zakątek, odwiedzany przez tych, którzy mają dosyć zatłoczonego El Nido. A ponieważ my właśnie mieliśmy dość tego tłoku, to skróciliśmy nasz pobyt, wsiedliśmy do porannego busa i wysiedliśmy w Roxas.

Jednym ze współpasażerów był mocno pokiereszowany osobnik mówiący z silnym francuskim akcentem, z zabandażowaną nogą i licznymi ranami i otarciami na odsłoniętych częściach ciała. Okazało się, że zaliczył szlifa na motorku. Na szczęście nie jechał z Mamusią. Ponieważ w El Nido jest tylko żałosny ośrodek zdrowia, jechał do Puerto Princesa albo do Manili, żeby się nim porządnie zaopiekowali. Żal mi się chłopa zrobiło, i oddałem mu swój opatrunek w sprayu. Mam tylko nadzieję, że jak ja kiedyś będę potrzebował opatrunku albo innej pomocy, to znajdzie się jakiś uczynny żabojad w pobliżu.

Ranny żabojad pojechał dalej, a my wysiedliśmy w Roxas. Właściwie to zostaliśmy wyrzuceni, kiedy nasz kierowca dostrzegł dziwacznego jeepneya, a może raczej ciężarówkę, z napisem "Port Barton". Nie było w niej żadnych pasażerów, co nas trochę zdziwiło, ale bez protestów się do niej przesiedliśmy. Podjechaliśmy na stację benzynową, a potem na coś a'la dworzec autobusowy, gdzie zapakowała się do nas liczna banda białasów. Był kolejny, tym razem starszy żabojad, który nieudolnie próbował bajerować trzy młodziutkie dziewczyny. Ale była też niewiasta o dziwnie znajomej urodzie, podróżująca z małomównym Brytolem. A znajoma jej uroda z Gniezna pochodziła. Pogadaliśmy sobie trochę całkiem sympatycznie, i ciężarówka w końcu ruszyła. Co prawda zrobiliśmy jeszcze jedną rundę po miasteczku i znów podjechaliśmy na terminal, ale ostatecznie odjechaliśmy na dobre. Przez kilkanaście kilometrów jechaliśmy główną drogą w stronę Puerto, ale potem skręciliśmy na zachód. Najpierw był całkiem niezły asfalt, ale potem droga zamieniła się w gruntowy trakt. Widoków jakichś spektakularnych nie było, bo góry i drzewa wszystko zasłaniały. Ale po niecałych dwóch godzinach przejechaliśmy na drugą stronę gór, pojawił się widok na niebieską wodę, a droga zaczęła prowadzić w dół. I w końcu zjechaliśmy na poziom morza.

Autobus wjechał do "centrum" wioski, które składało się ze stacji benzynowej i niewielkiego sklepiku, przed którym w cieniu stały dwie ławeczki. Więc kiedy pozostali pasażerowie rozeszli się w poszukiwaniu miejsc do spania, my przycupnęliśmy na tych ławeczkach celem krótkiego odpoczynku. Ale nie było nam to dane, bo po chwili pojawiła się kobieta na skuterze i zapytała: - Szukacie miejsca do spania? Mamy tanie domki. Chcecie zobaczyć? No to wskoczyłem z nią na ten skuter i pojechaliśmy oglądać domki.

Faktycznie, były tanie. Nawet bardzo. Jak mówią oszczędni Szkoci - you get what you pay for. Więc poza niską ceną domki nie miały zbyt wielu zalet. Był kibelek bez deski i bez spłuczki, był wystający ze ściany prysznic, łóżko i moskitiera. Szczerze mówiąc nie bardzo mi się podobało, ale ku mojemu zaskoczeniu Mamusia wykazała spory entuzjazm. Być może dlatego, że miała mnie już trochę dość, a tutaj każde z nas mogło mieć swój własny domek. Więc zostaliśmy. Nie przeszkadzało nam nawet to, że trzeci domek okupował jakiś podstarzały Brytol, tak na oko w moim wieku, z nastoletnią Filipinką, która od czasu do czasu wydawała dość piskliwe dźwięki, a potem ganiała za nim z nożem. Ani to, że właściciel naszego przybytku, jeszcze bardziej podstarzały, łysy, wydziarany i wykolczykowany Francuz, sprawiał wrażenie emerytowanego ćpuna z mózgiem zamienionym w gąbkę przez lata szprycowania się różnymi substancjami psychoaktywnymi. Przyznać mu trzeba, że starał się być bardzo miły i uczynny, a do tego słuchał francuskiej muzyki, która bardzo podobała się Mamusi, a u mnie wywoływała odruchy wymiotne. Za to poziom głośności tej żabojadzkiej śpiewaniny był nieco zbyt wysoki dla wysublimowanych maminych uszu. Ale na szczęście gospodarz słuchał jej tylko czasami. Zresztą prąd i tak był tylko do północy.

 

Jedyny plan na nasze dni w Port Barton dotyczył leżenia na piasku i pluskania się w wodzie. I ten właśnie plan konsekwentnie realizowaliśmy. Zresztą w Port Barton nie ma zbyt wiele innych rzeczy do roboty. Można popłynąć na jakieś wysepki czy do zatoczek, ale nie chcieliśmy sobie psuć wrażeń po El Nido. Można siedzieć w nielicznych knajpkach. Można pójść sobie na pieszą wycieczkę po okolicy. I tyle. Więc plażowaliśmy i pływaliśmy do oporu. W nielicznych przerwach konsumowaliśmy jedzenie i napoje, tępo gapiąc się w przestrzeń. I zupełnie się przy tym nie nudziliśmy.

Wieczorem dnia pierwszego odwiedziliśmy jedną z knajpek przy północnym końcu plaży. Nazwy nie pamiętam, mogło to być na przykład Greenviews. Usiedliśmy na tarasie z widokiem na zatokę, słońce chowało się za wzgórzami, a my skonsumowaliśmy filipińską odmianę ceviche zwaną dla zmyłki kinilaw. Bardzo dobre to było, chociaż ostre jak cholera. Hardkorowa Mamusia wyjadła wszystkie ostre papryczki i powieka jej nawet nie drgnęła, chociaż zaczęła zionąć ogniem. Wzruszyła ramionami i stwierdziła że dobrze jej to zrobi na gardło. Naprawdę nie mogłem wyjść z podziwu. Godna podziwu była też postawa Mamusi w kwestii miejsca naszego zakwaterowania. Po pierwszym wieczorze, kiedy po mojej niewykończonej łazience spacerowały wielkie karaluchy, a Mamusia musiała kapciem odganiać wielkiego pająka, zaproponowałem zmianę lokum na coś bardziej komfortowego i cywilizowanego. Co rzekła na to moja Mamusia? - Nieeee, mi tu dobrze. Zostajemy. Koniec dyskusji.

poniedziałek, 24 marca 2014

Na dobry początek tygodnia mam dla Was niezłą wyżerkę. Zdjęcia pochodzą z pewnej uliczki w El Nido, na której to uliczce rozstawiły się liczne jadłodajnie pod gołym niebem. A co w nich można zjeść? Wszelkie możliwe morskie kreatury. Niektóre toksyczne, niektóre chyba pod ochroną.

Przez kilka dni mojego pobytu w El Nido odniosłem wrażenie, że głównymi klientami ulicznej seafoodownirodacy bandziora Wołodii. Jako że przedstawiciele tej skądinąd całkiem sympatycznej nacji raczej średnio sobie radzą z językiem Szekspira, nadrabiają intensywną gestykulacją i głośnymi okrzykami. Dobrze, że karabinów nie mają. I mam nadzieję, że nie będą wkrótce na nas pokrzykiwać...

niedziela, 23 marca 2014

W roku bezpańskim 2014 liczba turystów w El Nido i okolicach przekroczyła wszelkie normy. Tricyklowe korki o poranku, tłumy ludzi na wysepkach i problemy ze znalezieniem miejsca do spania to tylko niektóre przejawy tego faktu. A powodów takiego nieprzyjemnego stanu rzeczy jest wiele.

Po pierwsze, droga z Puerto Princesa jest w coraz lepszym stanie i perspektywa kilkugodzinnej podróży po wertepach już nie odstrasza co bardziej wygodnickich turystów. Po drugie, co roku powstają nowe hotele, hoteliki, pensjonaciki i knajpeczki. Ale nie pytajcie czy w El Nido jest kanalizacja. Nawet jeśli jest, to i tak wszystkie ścieki lądują w morzu. No bo gdzie miałyby lądować?

Po trzecie, tajfun Yolanda zniszczył wiele budynków na wyspie Busuanga, popularnie zwanej Coron. Ponoć nawet słynny krzyż został zniszczony. A skoro nie ma krzyża, to ludzie wybierają Palawan i El Nido. Zwłaszcza że parę innych turystycznych miejsc na Filipinach też ucierpiało na skutek tajfunu. Efekty nie są zbyt przyjemne. Jest po prostu za dużo ludzi. I cieszę się ogromnie, że udało mi się kilka lat temu obejrzeć El Nido w jeszcze nie całkiem zapchanym stanie.

Żeby trochę uciec od tych tłumów, zdecydowaliśmy się pożyczyć motocykl. A raczej taki większy motorower. Honda coś tam, pojemność 125, półautomatyczna skrzynia, i tyle. Mamusia była na początku totalnie przerażona perspektywą jazdy jednośladem, nawet jako pasażerka. Po dłuższej rozmowie przyznała, że nigdy w życiu nie siedziała na motocyklu. Byłem tym trochę zaskoczony, bo wyobrażałem sobie, że w czasach jej młodości chłopaki ustawiały się w kolejkach, żeby ją powozić. Ale okazuje się, że w mrocznych czasach tych chłopaki po prostu nie miały motocykli. No lipa kompletna.

Wsadziłem wystraszoną Mamusię na motorek, obiecałem że będę jechał bardzo ostrożnie, i obietnicę tę spełniłem. Jeździec ze mnie żaden, a ewentualny szlif z Mamusią byłby chyba największą porażką mojego życia. Więc jechaliśmy sobie powoli i ostrożnie na północ, najpierw asfaltową drogą koło lotniska, a potem dalej i jeszcze dalej. Ruch był prawie zerowy, jechało się całkiem znośnie, przynajmniej do momentu, w którym trzeba było zjechać z asfaltu i skręcić w gruntową drogę. Tutaj przerażenie Mamusi chyba sięgnęło zenitu. Do pokonania były dwa mosty, pozbawione normalnej nawierzchni, a wyposażone jedynie w dwie podłużne drewniane belki, po których trzeba było przejechać. Sam też trochę bałem się utraty równowagi, ale po bezproblemowym przejechaniu pierwszego mostu moja pewność siebie znacznie wzrosła, a obawy Mamusi gdzieś całkowicie wyparowały. Potem był drugi mostek, a potem po kamieniach i dziurach dojechaliśmy do plaży o nazwie Nacpan.

Niektórym ta nazwa się kojarzy z narkotykami. Całkowicie błędnie. Za to inni twierdzą, że Nacpan wygląda podobnie do El Nido przez przybyciem turystów. Po prostu zatoczka z piękną, piaszczystą plażą, wzdłuż której rosną palmy. Nie ma żadnych zabudowań, jeśli nie liczyć imponującej rezydencji, która według zasłyszanych informacji należy do jakiegoś Szwajcara. Osobnik ten wykazał się podobno sporą dozą rozsądku, bo oprócz terenu, na którym stoi jego dom, kupił też obok kilka hektarów, i nie ma zamiaru tam pozwolić na jakąkolwiek zabudowę. Więc jest spora szansa, że Nacpan Beach przetrwa w niezmienionej postaci jeszcze przez kilka lat.

Kiedy tam przyjechaliśmy, pod palmami stało kilka samochodów i kilkanaście motorków podobnych do naszego. Na plaży wylegiwało się parę grup białasów, ale nikt nikomu nie przeszkadzał. Czysta woda, niewielkie fale, aż chciało się pływać. No to pływaliśmy. Przerwę w pływaniu urozmaiciła nam konsumpcja orzechów kokosowych. Mamusia znów była zachwycona, bo to też był jej pierwszy kokosowy raz. Ale na pewno nie ostatni.

Postanowiłem się przejść wzdłuż plaży na zachód, i po kilkuset metrach doszedłem do zabudowań lokalnej rybackiej wioski. I tu dopiero uderzyła mnie przepaść między turystycznym El Nido a otaczającą je biedną okolicą. Liche domeczki, zbudowane na niewysokich palach, a wśród domostw plączą się prosiaczki, pieski i umorusana dzieciarnia. Rybak remontuje łódź, gospodyni rozwiesza pranie. Parę metrów za zabudowaniami piętrzy się wielka kupa śmieci. No bo gdzie ci ludzie mają swoje śmieci wyrzucać?

 

Dwie małe dziewczynki podbiegły do mnie z zainteresowaniem i zagadały coś w lokalnym języku. Nie rozumiały ani słowa po angielsku. Jakoś udało mi się dowiedzieć, jak mają na imię. Aż w końcu padło magiczne "photo money". Co prawda padło bardzo cichutko i z pewną dozą nieśmiałości, ale jednak. I tu znów naszły mnie smutne wątpliwości. Czy powinienem im zapłacić za fotkę? Czy to nie zachęci dzieciaków do dalszego żebractwa? I czy w takim żebractwie jest coś złego? Czy my, białasy z bogatych krajów, wchodzące z butami w życie lokalnych społeczności w biednych krajach, nie jesteśmy im coś winni? A z drugiej strony, dawanie kasy za takie fotki uczy dzieci od małego, że białas to chodząca maszynka do rozdawania pieniędzy, że już nie trzeba nic robić, łowić ryb albo sprzedawać kokosów, wystarczy wyciągnąć rękę i wypowiedzieć magiczne słowa "photo one dollar". Albo ten dollars...

 

Chciałem obejrzeć zachód słońca na Nacpan Beach, ale Mamusia mnie przekonała, że będziemy wtedy musieli wracać tą kamienistą drogą po ciemku, i że to nie będzie najlepszy pomysł. Musiałem przyznać jej rację. Więc jakąś godzinę przed zachodem słońca wsiedliśmy na naszą diabelską maszynę i ruszyliśmy w drogę powrotną do El Nido. Na kamienistym odcinku wyprzedziliśmy wlokący się motorek z dwiema dziewczynami w średnim wieku. I mimo ich żałosnej prędkości musiałem wyrazić swój wielki szacunek i uznanie dla ich wyczynu. Niejeden z moich dzielnych kolegów miałby problem z przejechaniem tej drogi na jednośladzie. Nawet samochodem mogliby nie dać rady...

Niestety znów nie mieliśmy szczęścia z zachodem słońca. Nie było żadnych krwawych kolorków, które pamiętam ze swojej pierwszej wizyty. Owszem, widoczek ze wzgórza był całkiem niezły, ale to nie było TO. Zeszliśmy jeszcze na dół po drewnianych schodach, i okazało się że trafiliśmy na prywatny teren jakiegoś białasa, który właśnie wykańcza tam knajpę. Wpadnę tam następnym razem.

Wróciliśmy do El Nido, przeszliśmy się seafoodową uliczką, zjedliśmy kolację przy plaży, i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek przed kolejnym etapem naszej Maminsynkowej podróży.

12:52, lachmani
Link Dodaj komentarz »
| < Marzec 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...