Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
środa, 05 marca 2014

W niedzielny poranek ruszyliśmy tricyklem do Island City Mall, czyli największego centrum handlowego w Tagbilaran. Nie żeby nas centrum interesowało albo handel. Po prostu obok ICM znajduje się dworzec autobusowo-jeepneyowy, a my chcieliśmy pojechać w odwiedziny do małpeczek.

Najpierw jednak zajrzeliśmy do ICMu, obejrzeliśmy mszę świętą odbywającą się na najniższej kondygnacji molocha, i zastanawialiśmy się przez chwilę, czy niedzielna msza w Kaskadzie albo Galaksyfie zgromadziłaby więcej ludzi niż ta w szczecińskiej katedrze. Z pewnymi problemami wyjęliśmy kasę ze ściany, spożyliśmy jakieś bułeczki na śniadanie, i poszliśmy poszukać jeepneya. Niestety, jeepneye były raczej pustawe, co nie dawało nadziei na ich rychły odjazd. Na dodatek zaczęło padać. Więc nie zastanawiając się długo zagadnęliśmy znudzonego taksiarza, wynegocjowaliśmy względnie rozsądną kwotę za kurs, i po paru chwilach jechaliśmy już na północ.

Daleko i długo nie jechaliśmy, bo małpeczki mieszkają całkiem blisko, a konkretnie w pobliżu miejscowości Corella. Tam właśnie znajduje się Sanktuarium Tarsjuszy, które odwiedziłem już dwa lata temu, a teraz chciałem małpeczki Mamusi pokazać. Na miejscu okazało się, że w ośrodku jest też kilkoro polskich wolontariuszy, więc naszą przewodniczką została sympatyczna rodaczka o pięknym imieniu Kamila. Najpierw puściła nam kilkunastominutowy filmik, a potem zabrała do małpiego gaju.

 

Nie chcę tu kopiować tekstów z Wikipedii, ale tarsjusze zwane też wyrakami to zwierzęta nocne. Mają wielkie oczy, i dzięki temu doskonale widzą w ciemnościach. Oczy są nieruchomo osadzone w czaszce, ale za to głową mogą kręcić prawie dookoła. Do tego nieźle słyszą i daleko skaczą. Więc mimo niepozornego wyglądu są całkiem zdolnymi myśliwymi. Polują głównie na owady, ale nie wzgardzą też pajączkiem, skorupiakiem albo małą jaszczurką. Niestety, same też często padają ofiarą innych zwierząt, a ich największym wrogiem jest... człowiek.

W dzień tarsjusze nie polują, tylko spokojnie sobie siedzą na drzewach. I bardzo łatwo je złapać. Więc źli ludzie łapią biedne małpeczki i wsadzają je do klatek. A małpeczki bardzo źle znoszą niewolę, i bardzo często po prostu umierają. Na zawał serca, z powodu stresu spowodowanego dotykaniem (kości są tak delikatne, że można je połamać po prostu trzymając małpkę w ręce) albo hałasem. Wtedy źli ludzie łapią kolejne małpeczki, żeby je pokazywać durnym turystom. My, trochę mniej durni turyści, woleliśmy je obejrzeć w naturalnym środowisku. Kamila poprowadziła nas przez gęstwinę do trzech małpeczek, wiszących w różnych miejscach na ogrodzonym terenie ośrodka. Tarsjusze nie są tu przetrzymywane siłą, ale dzięki sporej powierzchni całego terenu (134 hektary) mają dobre warunki do bytowania, więc chętnie tu polują na owady. Pierwsza małpeczka miała tylko jedno oko. Drugie prawdopodobnie straciła w walce z inną małpeczką. Samce często ze sobą walczą o terytorium, którego potrzebują całkiem sporo (6 hektarów na osobnika). Ale nasz tarsjuszek radzi sobie bez oka całkiem nieźle już od kilku tygodni.

W gęstwinie liści udało nam się sfotografować jeszcze dwie inne małpeczki, tym razem wyposażone w komplet oczu. Podziękowaliśmy Kamili i oddaliliśmy się w kierunku naszej taksówki, a potem do naszego hotelu w Tagbilaran. Tu jednak zaczęły się schody. Miła pani w hotelu pokazała nam rozkład promów do Cebu City, z którego wynikało, że jest jakiś prom o 13:15. Więc przed dwunastą spakowaliśmy graty, pożegnaliśmy się z miłą panią, i pojechaliśmy tricyklem do portu. Tam okazało się, że prom, owszem, ale był o 11:45, a na wszystkie kolejne promy nie ma już biletów. U innego przewoźnika były bilety, ale dopiero na 16:30. Nie było wyjścia, kupiliśmy bilety, oddaliśmy bagaże, i postanowiliśmy schować się przed upałem w centrum handlowym. Niestety, to najbliższe nie było wyposażone w jakąkolwiek gastronomię, więc prawie natychmiast pojechaliśmy znów do ICMu.

Jeśli chodzi o gastronomię, to ICM jest wyposażony doskonale. Jest tam kilka przyzwoitych knajp, a nas skusił "organicznym" jedzeniem przybytek o nazwie The Buzzz Cafe, gdzie skonsumowaliśmy doskonałe krewetki, pyszną sałatkę z kurakiem i jeszcze pyszniejsze lody o nazwie halo-halo. Niestety wiązało się to z koniecznością szybkich odwiedzin w comfort-roomie. Nie. Ten przybytek w ICM nie zasłużył na miano toalety ani comfort-roomu. Określenie "kibel" też było nadmiernie łaskawe dla tej śmierdzącej nory. Myślę że najlepsze byłoby "sralnia". Do tego były do niej nieprawdopodobne kolejki, bo filipińska ludność ochoczo spędza czas wolny w shopping mallach, jeśli tylko jakieś są w pobliżu. Jedynym rozwiązaniem było podjechanie tricyklem do naszego hotelu i skorzystanie z ich Ce-eRu. Personel hotelowy powitał mnie z lekkim zdziwieniem, ale i radością. Trochę głupio mi było tak po prostu zaatakować ich kibelek, ale nie miałem wyjścia. Udało mi się dla niepoznaki przeprowadzić krótką rozmowę o tym, że rozkład promów się zmienił, że informacje w internecie są nieaktualne, pitu pitu, a potem ruszyłem w głąb budynku. Wyszedłem z poczuciem ogromnej fizycznej i psychicznej ulgi, pożegnałem się z paniami i panem w recepcji, i mogłem wreszcie stawić czoła trudom podróży.

Ale nie było to takie proste. W promowej poczekalni panował dość konkretny bajzel. Komunikaty o opóźnieniach kolejnych promów ginęły w ogólnym rozgardiaszu i dźwiękach muzyki wykonywanej przez zespół ślepców, i co kilkanaście minut trzeba było iść wypytywać personel. Nasz prom najpierw miał godzinę opóźnienia, potem półtorej, skończyło się na dwóch. Czas mijał nam na kręceniu durnych przyspieszonych filmików i rezerwowaniu hotelu w Cebu City. Ale ostatecznie prom się pojawił, i w ciągu 2 godzin, podczas których oglądaliśmy jakąś krwawą filmową jatkę, zawiózł nas do Cebu.

Szybko wyszliśmy z portu, kawałek dalej złapaliśmy taksówkę, i trafiliśmy do hotelu Diplomat. Dyplomaci to się tam raczej nie zatrzymują, bo hotel przypomina duży betonowy bunkier, ale na nasze potrzeby był całkiem wystarczający. Skoczyłem jeszcze do 7-Eleven po coś do picia i chrupania, i byliśmy gotowi na spotkanie z Morfeuszem.

czwartek, 27 lutego 2014

Wszystko co dobre, musi się kiedyś skończyć. I nasz pobyt nad Zatoką Sogod też się skończył. 3 stycznia o poranku podjechał po nas Szkot od zamku i zawiózł nas (plus parkę Brytoli) do przystani promowej w Hilongos. Tam wsiedliśmy na coś, co w niczym nie przypominało promu. Była to dziwaczna hybryda wodolotu z kajakiem, raczej nie sprawiająca wrażenia pełnomorskiej jednostki pływającej, załadowana sporą ilością luda i różnymi towarami, wśród których był nawet motocykl.

Krótko po odpłynięciu silnik zawył i zaczął charczeć jak stary dziad, prędkość naszej balii spadła, a wśród kilkuosobowej załogi zapanowało lekkie podniecenie. Wykonaliśmy nawet radosny zwrot w prawo i przez kilka minut dryfowaliśmy sobie bezwładnie. Aż w końcu jeden z małych Filipków odstawił kilka walizek z przejścia, podniósł klapę i wskoczył pod pokład. Po kilkunastu sekundach silnik ożył, a Filipek wyszedł spod pokładu lekko uwalony olejem, ale z uśmiechem tryumfu na twarzy. Uśmiech pojawił się też na twarzach pasażerów, i radośnie popłynęliśmy dalej.

Celem naszej podróży było miasteczko Ubay, na północno-wschodnim wybrzeżu wyspy Bohol. Tej samej, której głównymi atrakcjami są malutkie małpeczki i czekoladowe pagórki. Te właśnie atrakcje Maminsynek postanowił pokazać Mamusi, i to w ekspresowym tempie. Więc po wyjściu z portu skierowaliśmy swe kroki na parking, na którym stało kilka autobusów. Niestety żaden z nich nie jechał tam, gdzie potrzebowaliśmy. Przeszliśmy więc kilkaset metrów, i zostaliśmy zaczepieni przez rikszarza, który mimo swej wątłej postury i niebywałego upału podwiózł nas najpierw do bankomatu, a potem do żółtego autobusu, który jakieś 15 sekund po naszym wejściu ruszył w stronę Carmen i Czekoladowych Wzgórz.

Droga nie dłużyła się specjalnie, widoki były całkiem przyjemne, mijaliśmy między innymi dość spory sztuczny zbiornik wodny przy elektrowni zaopatrującej wyspę w prąd. Mamusia była nieco zaskoczona, kiedy w pewnej chwili ktoś poprosił, żeby autobus się zatrzymał. Okazało się, że to tatuś małego szkraba, który po prostu chciał siusiu. Siusianie nastąpiło tuż przy drzwiach autobusu, tatuś ze szkrabem wsiedli z powrotem, nikt nie był tym jakoś specjalnie zdziwiony, i po chwili kontynuowaliśmy podróż.

Kierowca wyrzucił nas kawałeczek za Carmen, i poturlaliśmy nasze walizeczki w stronę jednego z Czekoladowych Pagórków. Nie mieliśmy zamiaru turlać ich na samą górę, więc porzuciliśmy je w sklepiku na dole, gdzie spożyliśmy orzeźwiające napoje gazowane, pośmialiśmy się trochę na widok nadjeżdżającej półciężarówki wypełnionej uśmiechniętymi Filipkami na plastikowych krzesełkach, a w końcu wsiedliśmy oboje na motorowerek - z kierowcą oczywiście - i za dolka daliśmy się zawieźć 500 m dalej i może 70 m w górę.

Odwiedziliśmy śmierdzący czekoladowo-pagórkowy kibel, sfinansowany ze specjalnych prezydenckich funduszy, zasiedliśmy do niezbyt apetycznego śniadanka, ale Mamusia nie mogła wytrzymać, zostawiła Maminsynka i podreptała schodami na punkt widokowy. Maminsynek dołączył do niej po zrobieniu odrobiny miejsca na karcie pamięci. Ale Mamusia miała trochę markotną minę. - Byłaś na górze? - Byłam. - No i co tam jest? - Nic. - Jak to NIC?! - Idź, sam zobacz.

No to poszedłem. I faktycznie. Kiedy byłem na Czekoladowych Wzgórzach w 2012 roku, na rozległym tarasie widokowym kłębił się tłumek filipińskich turystów, a uśmiechnięte gwiazdeczki pozowały do słitfoci. Tym razem słitfocie robili tylko Koreańczycy, ale nie bardzo mieli gdzie, bo z tarasu widokowego zostały nędzne resztki. To sprawka trzęsienia ziemi z października 2013, które nawiedziło Bohol. Zniszczyło nie tylko taras na Czekoladowym Pagórku - to akurat niewielka strata - ale też coś dużo cenniejszego: kolonialne kościoły w Loboc, Loay, Baclayon i innych miejscowościach. Mieliśmy się zresztą o tym naocznie przekonać już wkrótce.

Mimo zniszczonego tarasu udało nam się trochę rozejrzeć po okolicznych pagórkach, pstryknąć parę foci, i pooglądać innych turystów pstrykających focie. Potem mogliśmy już zejść spokojnie na dół po nasze bagaże i ustawić się na poboczu głównej drogi w oczekiwaniu na autobus. Obok nas czekało paru radosnych Filipków. Autobus nadjechał po paru minutach, znalazło się nawet jakieś miejsce dla nas, a współpasażerowie dostarczali nam sporo rozrywki. Do mnie na przykład dosiadł się pulchny bawidamek ze złamaną ręką, któremu towarzyszyło kilka roześmianych niewiast. Bez przerwy rzucał w przestrzeń jakieś zabawne teksty, a niewiasty głośno rechotały przy każdym z nich. Ze mną też chwilę pogadał, ale potem wszyscy razem wysiedli.

Niestety, ta całkiem radosna podróż zmieniła się w mękę. Trzęsienie ziemi zniszczyło nie tylko kościoły, ale też niektóre mosty i drogi. Pół biedy, kiedy objazd mostu jakąś boczną, wyboistą drogą zajmował parę minut, jak w Loboc. Później już było tylko gorzej. Wjazd do Tagbilaran, stolicy wyspy, oznaczał ponad godzinę na totalnych wybojach. Mamusia zniosła to zadziwiająco dobrze, chociaż siedziała ściśnięta z dwiema Filipinkami na wąziutkim siedzisku. Potem nawet twierdziła, że czuła się jak w kaberecie. Ja za to męczyłem się okrutnie, myślałem że nieliczne zdrowe zęby mi wypadną. Ale w końcu dojechaliśmy na dworzec, tam przesiedliśmy się do tricykla, i po krótkiej przejażdżce zdewastowanymi ulicami Tagbilaranu dotarliśmy do hotelu El Portal, w którym spałem już dwa lata wcześniej. Pokój nie był szczytem luksusu, ale po tak wyczerpującym dniu w zupełności nam wystarczył.

poniedziałek, 24 lutego 2014

Zatoka Sogod leży na południowym krańcu wyspy Leyte. Najbliższe lotnisko jest w mieście Tacloban, jakieś 3 godziny jazdy samochodem od Padre Burgos. Tak, to ten sam Tacloban, który został zniszczony przez tajfun, ale lotnisko działa już od dawna, są tam codzienne loty z Manili i chyba z Cebu, więc teraz już może być tylko lepiej (czytaj: budynek lotniska zostanie kiedyś odbudowany). Ale można tam też dotrzeć innymi sposobami - na przykład promem z Cebu do Ormoc albo z Ubay (na wyspie Bohol) do Hilongos. Dla miłośników długich wycieczek autobusowych jest też bezpośrednie połączenie z Manili do miasteczka Padre Burgos, ale podróż trwa ponad 20 godzin, bo trzeba przejechać przez cały Luzon, Samar i Leyte.

W okolicy nie ma jakiegoś zatrzęsienia miejsc do spania, ale nie zostaniecie bez dachu nad głową. Nurkom mogę oczywiście polecić Sogod Bay Scuba Resort, położony 2 km na północ od Padre Burgos. Jest to ośrodek nurkowy z dość wyluzowaną atmosferą i kilkoma pokojami, z których część znajduje się przy samej plaży, a część - 300 metrów dalej, po drugiej stronie ulicy. Ceny zaczynają się od 1400 peso za dwójkę. Niedaleko znajduje się Pete's Dive Resort, nieco mniej przyjemny. Bardzo przyjemnie (i drogo) jest za to w Padre Burgos Castle Resort, leżącym w Tankaan, na samym końcu półwyspu, jakieś 2 km na południe od miasteczka. A ponoć jeszcze przyjemniej jest w Kuting Reef Resort and Spa, parę km na zachód od Padre Burgos. Następnym zajrzę tam na pewno.

Dla mnie główną atrakcją południowej części Leyte było nurkowanie, ale nawet jeśli nie nurkujecie, raczej nie będziecie się nudzić. Są plaże, jest jakiś ekscytujący zjazd tyrolką, można popłynąć na oglądanie delfinów albo rekinów wielorybich. Ponoć są też jakieś nowo odkryte jaskinie i jeszcze niezbyt odkryte (przynajmniej przez turystów) wyspy na wschodzie. Więc do dzieła!

| < Styczeń 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...