Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
niedziela, 12 stycznia 2014

Kolejny dzień zaczęliśmy od spaceru do Wielkiego Pałacu Grandy. Oprócz królewskiej rezydencji, w której wymagany jest przyzwoity strój (nieprzyzwoicie ubranym turystkom udostępnia się okrycie), jest tam też Świątynia Szmaragdowego Buddy, najbardziej świętego wizerunku Buddy w całej Tajlandii. Tak przynajmniej gdzieś przeczytałem.

Zanim jednak doszliśmy do Grandy, przeszliśmy się bocznymi uliczkami pełnymi straganów z jedzeniem. Było bardzo sympatycznie, troszeczkę śmierdziało, ale sprzedawcy chętnie pozowali do zdjęć.

W odróżnieniu od Leżącego Buddy, który jest naprawdę ogromny, Budda Szmaragdowy jest malutki. Na dodatek nie można go fotografować. Znaczy można, ale tylko z zewnątrz świątyni. Więc przed oknem kłębi się tłum domorosłych fotografów, próbujących uwiecznić wizerunek malutkiego, Szmaragdowego Buddy na swoich komóreczkach, tablecikach i lusterkach. No komedia po prostu. I ja byłem wśród nich, a efektem moich marnych starań jest fotka na samym początku notki. 

Cała ta wizyta u Szmaragdowego Buddy była cholernie męcząca i frustrująca, mimo niewątpliwego piękna tego miejsca. Szybko więc zawinęliśmy się do części królewskiej, gdzie najładniejsze były drzewka przystrzyżone na okrągło. I w ten sposób zakończyliśmy zwiedzanie zabytków.

Teraz trzeba było pozwiedzać nowy Bangkok. W tym celu wsiedliśmy na zatłoczoną łódź po rzece Chao Phraya, i popłynęliśmy nią na południe w stronę hotelu Oriental i mostu Thaksin. Tam mieliśmy wsiąść do kolejki i pojechać w kierunku Siam Square, czyli handlowego centrum Bangkoku. Ale najpierw w oko wpadł nam wysoki jak cholera budynek State Tower, i postanowiliśmy sprawdzić, czy da się wyjechać na samą górę. Wyjechać się dało, ale na górze zostaliśmy lekko potraktowani z buta i nie dało się zrobić jakiegokolwiek zdjęcia. Jednak w windzie na dół zaczepił nas jakiś białas w garniturze, który z gadki wydał się być jakimś ważniakiem. Powiedział, żebyśmy wpadli przed zachodem słońca, bo widok Bangkoku przechodzącego z dnia w noc jest czymś naprawdę fantastycznym. Ale nie wiem czy znajdziemy na to czas w naszym napiętym grafiku.

Potem wsiedliśmy w SkyTrain i pojechaliśmy nad ciasną zabudową Bangkoku w kierunku kompleksu świątyń konsumpcji w okolicach Siam Square. Weszliśmy do Paragonu, gdzie powitała nas fontanna i kolejka do sklepu Luśka Witona. U nas we wsi to nawet takiego sklepu nie ma, a w tych co są, i tak same pakistańskie szmaty. Tu za to normalnie jest sklep Lambo, porszawkę czy beemkę też można w szopingmolu wciągnąć, nie wiem tylko jak nią stamtąd wyjechać. My, od pługa oderwani, prawie się w tej gęstwinie luksusowych marek zgubiliśmy i z trudem udało nam się znaleźć drogę do wyjścia. Przeszliśmy do kolejnego centrum handlowego, w którym potrzebowałem sobie kupić kabelek do telefonu. Tam też się pogubiliśmy nieco. Ale w końcu kabelek został zakupiony i mogliśmy spokojnie udać się z powrotem do hotelu.

Żeby było trochę egzotycznie, pospacerowaliśmy nad pobliski kanał, zwany z tajska khlongiem. Tak się akurat złożyło, że kanał prowadził w pobliże naszego hotelu, i można się było tam dostać omijając absurdalne korki. Przejażdżka łodzią była ciekawym przeżyciem, nie ze względu na widoki (bo te to głównie na wychodki pobliskich domków), tylko na sposób, w jaki "konduktor" porusza po pokładzie, a raczej po burtach, kuca pod mostami, zresztą cały dach łodzi pochyla się przy przepływaniu pod mostem. Podróż była króciutka, względnie wygodna, trzeba było tylko uważać, żeby nie dać się ochlapać kanałową mazią, bo infekcja skóry raczej gwarantowana.

Potem jeszcze poobserwowaliśmy kolejne łodzie przybijające i odbijające z przystani i wykonujące nawrót za mostem. I w końcu leniwie pospacerowaliśmy do hotelu. Ale po drodze przypomniało nam się, że właściwie nic nie jedliśmy. A w naszej okolicy właściwie nie było żadnych knajp. Wiem, w Tajlandii to dość dziwne, ale tak właśnie było. Skończyło się więc na jedzeniu jakiegoś hot-doga w 7-Eleven. Szybkie pakowanie, dwie godziny relaksu, i trzeba było jechać na lotnisko. Czyli znów: taksówka do stacji Phaya Thai, nawet udało się nie spędzić zbyt wiele czasu w korku, a potem pociąg na lotnisko. Jechaliśmy sobie spokojnie, a z okien podziwialiśmy naprawdę potężny korek na autostradzie. A taksówkarz proponował, że nas zawiezie w 40 minut...

Przeszliśmy jeszcze przez strefę sklepów wolnocłowych, gdzie zaopatrzyłem się w bardzo fajną fotograficzną zabawkę. Znaczy wygląda jak zabawka, ale to bardzo poważne urządzenie. Będziecie jeszcze mogli zobaczyć efekty jego działania. A potem wsiedliśmy do filipińskiego bydłolotu, w którym na szczęście rozkładały się siedzenia, i o świcie wylądowaliśmy w Manili.

wtorek, 07 stycznia 2014

Pierwsze dwa dni maminsynkowej podróży spędziliśmy w Bangkoku. Wiecie, miasto grzechu i rozpusty, dziecięcej prostytucji i handlu ledwo żywym towarem. Wprost wymarzone miejsce na wakacje z Mamusią.

Na szczęście udało mi się zarezerwować luksusowy hotel z dala od dzielnic zepsucia, w których tajskie dziewczęta przywiezione z prowincji strzelają piłeczkami pingpongowymi w zdumionych turystów. Ulokowaliśmy się w dzielnicy, w której trudno nawet było znaleźć zwykłą uliczną jadłodajnię. Wiem, w Tajlandii to coś niebywałego.

Nasz hotel, wyhaczony za marne grosze Royal Princess Larn Luang Hotel, mieści się właściwie w środku niczego. Znaczy w zachodniej części centralnego Bangkoku, ale raczej z dala od większości interesujących miejsc. 20 minut spacerem od Pomnika Demokracji, przy którym trwały lekko śmierdzące, ale bardzo pokojowe demonstracje zwolenników opozycji. Około 30 minut od backpackerskiego zagłębia Kao San Road i mniej więcej tyle samo od Wielkiej Grandy, zwanej też Pałacem Królewskim albo Grand Palace. Niby blisko wszędzie, ale trochę się trzeba było nachodzić. Jakiś mądrala powie - trzeba było wziąć taksówkę, skąpcze. Spoko. Taksówką byłoby jakieś trzy razy dłużej. Bo całą ulicę Lan Luang, szeroką na pięć pasów, zajmował wielki, stojący i trąbiący korek. Więc woleliśmy chodzić.

I chodziliśmy jak nienormalni. Pierwszy dzień zaczęliśmy koło południa od wizyty na Złotym Wzgórzu aka Golden Mount. Ten dziwny stwór wystaje w górę wśród dość zwartej zabudowy dzielnicy Rattanakosin, ale nie da się sensownie sfotografować, bo zasłaniają go drzewa. Jak w tym starym dowcipie o milicjantach co jechali przez las. Za to z góry widok był niczego sobie. Poza tym, że była mgła lub smog i słabo trochę było widać wieżowce w oddali.

 

Potem poszliśmy leniwie w stronę Grandy Wielkiej, zahaczając po drodze o różne napotkane po drodze świątynie. Ponieważ w Bangkoku wszystko jest wielkie, zaliczyliśmy Wielką Huśtawkę, na której od dawna nikt się nie huśtał, i Wielkiego Leżącego Złotego Bubbę. Sorry, Buddę. Nigdy ich nie odróżniałem. Leży sobie chłop spokojnie, cały w złocie, a wokół niego kłębi się tłum. Białasy, Hindusy, Czarnuchy i Żółtki. Wszyscy próbują sobie zrobić z nim zdjęcie. Najlepsze były niunie z kaczymi dziobami, pozujące przed Buddą z wypiętymi biustami. No mniam po prostu. Szczyt duchowego uniesienia. Byłem pod takim wrażeniem, że nie miałem nawet siły nacisnąć spustu migawki. Będę żałować jeszcze przez parę tygodni. Mamusia też zwróciła na nie uwagę i też żałuje do dziś.

Zajrzeliśmy na chwilę nad rzekę i poszliśmy w stronę Pałacu. Niestety dzień miał się już ku końcowi, więc postanowiliśmy zostawić wizytę w pałacu na jutro, i przespacerowaliśmy się do backpackerskiego zagłębia, czyli Khao San Road. Zasiedliśmy w jakiejś knajpce, spożyliśmy pad thai, pogapiliśmy się trochę na młodzież z całego świata, a potem udaliśmy się pod Pomnik Demokracji, przy którym od dłuższego już czasu odbywają się antyrządowe demonstracje.

Później dowiedzieliśmy się, że tego dnia w czasie zamieszek w innej części miasta zastrzelony został policjant, ale pod samym pomnikiem było bardzo spokojnie. Atmosfera przypominała raczej festyn niż antyrządowy wiec, ludzie siedzieli sobie spokojnie na leżaczkach albo na ziemi, na telebimach pokazywali kolejnych mówców, na straganach można było kupić demonstracyjne koszulki w barwach narodowych, a na niektórych stoiskach rozdawali darmowe jedzenie.

Gdzieniegdzie roznosił się lekko nieprzyjemny smrodek, ale było to zupełnie zrozumiałe, skoro ludzie tam koczują od ładnych paru tygodni. Był tylko jeden nieprzyjemny moment, kiedy nagle w tłum wjechała grupa ludzi na skuterach wymachując flagami. Ale za moment się uspokoiło, a my poszliśmy do hotelu, gdzie wpakowaliśmy się do pustego, podświetlonego basenu i czuliśmy się jak królowie życia.

piątek, 27 grudnia 2013

Podróż zmęczyła nas nieco, chociaż może nie tyle sama podróż, co dziesięciogodzinna przesiadka w Doha. Jakieś trzy godziny z tych dziesięciu spędziliśmy w Quiet Zone, która wcale nie była quiet, bo obok mnie jakiś starszy Sikh najpierw namiętnie konwersował ze swoją niewiastą, a potem równie namiętnie puszczał bąki przez sen. W końcu nam się to znudziło, i udaliśmy się do luksusowego lounge'u, gdzie na wygodnych fotelach uraczyliśmy się owocami i kanapkami, a nawet udało mi się wziąć prysznic w naprawdę ludzkich warunkach. Dostałem nawet czyściusieńki ręcznik.

Coraz bardziej znużeni i senni gapiliśmy się tępo w monitor, na którym przy naszym locie do Bangkoku pojawił się napis "Delayed" i nowa godzina odlotu. Niby nic, raptem półtorej godziny opóźnienia, ale już mieliśmy trochę dość. Mama jakoś lepiej zniosła quiet zone - może dlatego, że była dalej od pierdzącego Sikha - i trzymała się dzielnie. Ja za to zacząłem przysypiać. Ale jakoś dotrwałem do odlotu, i natychmiast po zajęciu miejsca w samolocie zapadłem w głęboki sen. Spałem tak długo, że nie udało mi się w całości obejrzeć "Dziewczyny z tatuażem". Może dokończę w drodze powrotnej.

Kolejka do tajskiego Immigration była cholernie długa, a na dodatek tuż przed stanowiskami kontroli paszportowej stała krzykliwa pani, która próbowała dyrygować ruchem przybywających podróżnych. - Jor flajt numba hija! "Macziiing ze pass!". What the fuck?! Rosjanie stojący za nami w kolejce kompletnie nie skumali, o co jej chodzi, a ona wyrzuciła ich z kolejki na bok. Stali tam zdezorientowani i upokorzeni, dopóki im nie wyjaśniłem, że chyba chodzi o to, żeby świstki imigracyjne były pojedynczo w każdym paszporcie. Wyraz wdzięczności na ich twarzach był bezcenny.

Potem szybko odebraliśmy bagaż, który przybył w stanie nienaruszonym, a wręcz zafoliowanym, a następnie udaliśmy się do pociągu. Kiedy ostatnio byłem w Bangkoku, a było to jakieś 5 lat temu, kolejka na lotnisko o szumnej nazwie Airport Rail Link była dopiero w budowie. Teraz już hula jak należy. Więc wsiedliśmy do niej i wraz z tłumem innych walizkowych turystów pojechaliśmy do miasta.

Po jakichś 20 minutach wysiedliśmy na stacji Phaya Thai, po czym stanęliśmy twarzą w twarz z twardym przeciwnikiem. Bangkockim taksówkarzem. - Welcom mister. Your hotel is far. Very far. Tree hundrid. Meeta? No meeta. Meeta only to one hundrid. How much you pay? Oh no. One hundrid no. One fiftee. One twintee? OK, let's go. Wherufrom?

No i za sto dwadzieścia zawiózł nas do hotelu. Sądzę, że według licznika zapłacilibyśmy maksymalnie 80. Niech mu te cztery zeta dobrze służą. Wysiedliśmy przed hotelem i byliśmy odrobinkę zaskoczeni. Mama bardziej niż ja, bo w końcu to ja rezerwowałem hotel. Ale aż takich luksusów to się nie spodziewałem. Odebraliśmy kartę do pokoju, weszliśmy, i od razu wiedzieliśmy, że wypoczynek po ciężkiej podróży będzie czystą przyjemnością. I był.

| < Marzec 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...