Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
wtorek, 24 grudnia 2013

Przynajmniej u mnie nie będzie. Nie będzie też prezentów, barszczu z uszkami, i na pewno nie będzie śniegu. W tym roku całkowicie olałem święta i dziś właśnie rozpocząłem kolejną podróż pod roboczą nazwą Maminsynek Expedition 111. Może nie będzie specjalnie egzotyczna, jeśli chodzi o kierunek. Ale na pewno będzie dość ekstremalna pod względem towarzystwa. Oto bowiem Towarzyszką mej podróży jest moja własna Mamusia. I będzie musiała wytrzymać ze mną cały miesiąc. A dlaczego 111? Bo razem mamy dokładnie sto jedenaście latek.

Kolacja wigilijna już za nami. Zjedliśmy ją na pokładzie lotu QA76 z Berlina do Kataru. Ciasteczko czekoladowe było tak pyszne, że niech się schowają wszystkie torty Sowy. Tak przynajmniej twierdzi Mama. Za to z widokami na razie słabo - jedyne, jakie podziwiamy, to zmęczone podróżą tłumy przewalające się przez zapchane katarskie lotnisko. Za to już od jutra będą widoczki mniej więcej w takim stylu jak na tych archiwalnych fotkach.

Życzę Wam więc Wesołych Świąt bez nadmiaru obżarstwa i bez telewizyjnej nudy. W sumie pogoda w Ojczyźnie taka, że można by pojutrze zrobić dyngusa. A jak będziecie się bardzo nudzić, to zajrzyjcie na Zajefajnego Blogaska, na pewno coś kolorowego się tu pojawi. No to Very Merry i c ya!

23:28, lachmani
Link Komentarze (1) »
wtorek, 17 grudnia 2013

Nie wiem, czy w ogóle mam jeszcze jakichś czytelników, ale jeśli jacyś twardziele zostali, to jestem im winien kilka słów wyjaśnienia. To prawda, że trochę bez sensu jest publikowanie peruwiańskich opowieści ze stycznia, skoro już mamy grudzień. Ale po prostu brak mi czasu. Nie tyle na pisaninę, bo część już jest dawno zrobiona, co na przeglądanie zdjęć. Mam ich strasznie dużo, powiedziałbym nawet, że zdecydowanie za dużo. A czasu brak na ich przejrzenie i wrzucenie na blogaska. Stąd to absurdalne opóźnienie.

Co więcej, opóźnienie jeszcze wzrośnie. Bo wszystko wskazuje na to, że czas na nadrobienie zaległości będę miał najwcześniej w lutym roku bezpańskiego 2014. A dlaczego? Bo dokładnie za tydzień ruszam w kolejną podróż. Dokąd i z kim? Dowiecie się wkrótce.

A tymczasem wrzucam parę świeżych, zimowych fotek z minionego weekendu. Spędziłem go w austriackich górkach, na obozie sportowym dla alkoholików-emerytów. Było pięknie, słonecznie i śnieżnie. Trochę nawet pojeździłem na desce. Ale wygląda na to, że w tym roku już więcej śniegu nie zobaczę. Trochę szkoda...

21:34, lachmani , Europa
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 16 grudnia 2013

Trzy lata temu udało mi się zaliczyć spacerek po Kanionie Colca na własną rękę, ale tym razem zabrakło nam czasu. Byliśmy więc w pewnym sensie zmuszeni do zapisania się na zorganizowaną wycieczkę dla gringo. Ale okazało się to całkiem znośnym rozwiązaniem.

 

Przyjechali po nas, zawieźli przez góry do Chivay, wyrzucili pod knajpą, dali jakieś marne jedzonko i trochę liści koki, znów zapakowali do busa, zawieźli na Cruz del Condor, gdzie tym razem znów pojawił się tylko jeden kondor, potem jeszcze raz zagonili do busa i wysadzili na początku szlaku w dół kanionu. Grupa była szkocko-angielsko-austriacko-polska plus oczywiście peruwiański przewodnik o jakże typowo peruwiańskim imieniu Frank. Na szczęście jego poziom intelektualny też nieco odbiegał od krajowych standardów.

Początkowo szło nam się dość wygodnie w dół. Potem jednak słońce zaczęło ostro palić w łeb. Na dodatek moja dzielna Towarzyszka traciła siły i wolę walki. Zaliczyła jakąś lekką wywrotkę i odeszła jej ochota do dalszego marszu w dół. Pojawił się ból kolan, zmęczenie i strach przed kolejnym upadkiem. Próby delikatnej perswazji nie przynosiły rezultatów. Zaczęło się gadanie o rezygnacji, o wynajęciu muła, o poszukiwaniu transportu kołowego (który kursuje wzdłuż kanionu mniej więcej raz na tydzień). Sprawy miały się źle. Nie pozostało mi nic innego, jak ulżyć trochę obolałym kolanom Towarzyszki i zarzucić jej plecak na mój własny grzbiet. Na szczęście Towarzyszka spakowała się trochę mądrzej niż ja i waga jej plecaczka była raczej niewielka. Niosłem więc dwa, odgrywając szarmanckiego bohatera, ale prawda była taka, że chyba nie miałem innego wyjścia.

Mnie też słońce trochę dawało się we znaki, mimo że obwiązałem sobie łeb własnymi gaciami (bo czapka była na głowie Towarzyszki). Ale w końcu dotarliśmy do rzeki Colca, która przez miliony lat wyrzeźbiła sobie ten kanion. Postój przy moście, parę fotek i pełzliśmy dalej w stronę San Juan, gdzie czekał na nas cień, obiad i chwila odpoczynku. A potem trzeba było znów maszerować z dwoma plecakami. Ale w końcu doszliśmy do kolejnego mostu, za którym była już oaza Sangalle z zimnymi prysznicami, ale za to względnie ciepłą wodą w basenie.

Kolacja i piwko po takim dniu zawsze smakują doskonale, a śpi się cudownie nawet w prymitywnej chatce z pająkami i komarami. Więc spało nam się zaiste cudownie, chociaż trochę krótko, bo o 5 rano nastąpił wymarsz w górę. Towarzyszka dzielnie maszerowała pod górę, ja się trochę wlokłem, ale w końcu, po jakichś 4 godzinach, doczłapaliśmy do krawędzi kanionu, z której zrobiliśmy sobie pamiątkowe słitfoteczki. I poszliśmy dalej do Cabanaconde na skromne śniadanie i krótki odpoczynek na placu.

To nie był koniec wycieczki. Pojechaliśmy jeszcze do pobliskiej wiochy z kościółkiem, gdzie lokalsi raczą białasów lokalną odmianą pisco sour, zdaje się z sokiem z opuncji. No pyszne to było. Pan z orłem ciągle ten sam co trzy lata temu. A z kolejnego punktu widokowego było widać nie tylko rozległe zielone tarasy, ale też wulkan Mismi, gdzie - jak ustalił Jacek Pałkiewicz i jego ekipa - znajduje się oficjalne źródło Amazonki.

Potem gringobus zawiózł nas na dosyć drogi gringo-obiad w Chivay, a stamtąd pojechaliśmy do zupełnie nie-gringo gorących źródeł. A może źródła były przed obiadem? Kto by to pamiętał. W każdym razie podczas obiadu białasy i żółtki poszukiwały sygnału wifirifi, a w gorących źródłach było bardzo przyjemnie. I gorąco. Dla odmiany za jakąś godzinę było nam znów strasznie zimno, bo w drodze powrotnej do Arequipy zatrzymaliśmy się na jakiejś przełęczy tuż poniżej 5 tysięcy metrów. Nie było widać zbyt wiele, więc szybko uciekliśmy z powrotem do gringobusa.

W hostelu czekała mnie niezbyt miła niespodzianka. Moje skarpetki, suszące się na tarasie na dachu, zaginęły w niewyjaśnionych okolicznościach. Próby ich odnalezienia spełzły na niczym. Więc lekko wkurwiony i bezradny spakowałem pozostałe graty, i wraz z Towarzyszką i absolutnie pierdolniętym taksówkarzem udałem się na Terminal Terrapuerto, skąd odchodził nasz wypasiony Krzyż Południa. Było wifi, były filmy do wyboru, jedzenie i picie. A krzyżowy kierowca był dla odmiany całkiem normalny, i przez ciemną noc dowiózł nas do deszczowego Cusco.

Kanion Colca - informacje praktyczne (styczeń 2013):

Chyba coś na ten temat napisałem już trzy lata temu, ale od tamtego czasu zaszły dość znaczące zmiany. Przede wszystkim wprowadzono nową opłatę turystyczną/klimatyczną/środowiskową, która jest pobierana od wszystkich turystów wjeżdżających w okolice kanionu, zdaje się gdzieś tuż przed Chivay. Podejrzewam że lokalne agencje mają jakiś układ z personelem zbierającym opłaty, bo raczej niechętnie patrzą na tych, którzy tę opłatę chcą uiścić samodzielnie. Opłata wynosi dość sporo, chyba 75 soli, i nie jest wliczona w cenę zorganizowanych wycieczek do Kanionu Colca. Więc jeśli bardzo chcecie zaoszczędzić, to możecie spróbować tej opłaty uniknąć, na przykład jadąc zwykłym autobusem do Chivay albo Cabanaconde. Możecie też po prostu olać agencje, pojechać tam na własną rękę i samodzielnie pospacerować po kanionie. Zgubić się ciężko, bo rzeka jest zawsze na dole. W kanionie są wioski, w których zawsze znajdzie się coś do jedzenia, a miejsce do spania znajdziecie w oazie Sangalle na samym dnie kanionu.

Standardowa trasa zaczyna się na przedmieściach Cabanaconde, prowadzi w dół do mostu przy San Juan, potem północną stroną kanionu do kolejnego mostu i oazy Sangalle, gdzie jest kilka "ośrodków" z miejscami do spania, niektóre mają nawet baseny z niezbyt ciepłą wodą geotermalną. A wczesnym rankiem można wyruszyć w górę, z powrotem do Cabanaconde. Różnica poziomów wynosi jakieś 1200 metrów, więc jeśli macie problemy z kolanami, to zastanówcie się dobrze, czy ta zabawa jest dla Was. Ale w ostateczności możecie wynająć muła czy osła, który zaniesie Wasze zmęczone cielska z powrotem do cywilizacji. W kanionie już chyba jest prąd, ale w Sangalle go nie ma, więc nie liczcie na ładowanie Waszych nowiutkich szajsfonów, tabletów i innych gadżetów.

| < Sierpień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...