Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
niedziela, 24 kwietnia 2016

Ktoś mi niedawno zarzucił, że moja nowa pisanina jest od niechcenia. Wziąłem to sobie do serca i solidnie się przyłożyłem. Dziełem ostatnich kilku tygodni (a raczej już miesięcy) jest chyba największy i najbardziej szczegółowy przewodnik po indonezyjskiej wyspie Sulawesi w polskim internecie. Cieszcie się nim i radujcie, szukajcie biletów lotniczych i pakujcie graty!

Po co tam jechać?

Jeśli interesują Was zabytki - nie jedźcie na Sulawesi. Po prostu ich tam nie ma. Jeśli chcecie spacerować po klimatycznych miasteczkach - jedźcie gdzieś indziej, najlepiej nie do Indonezji. Piękne plaże - owszem, trochę ich na Sulawesi jest, większość w dość dużej odległości od głównych miast (czytaj: na Togianach), ale tych najpiękniejszych szukałbym raczej na Molukach. Albo na Filipinach. Na Sulawesi znajdziecie za to ciekawe krajobrazy, jeszcze ciekawsze obyczaje pogrzebowe, i bardzo przyjaznych ludzi. A najciekawsze i tak jest nurkowanie. Sulawesi zdecydowanie nie jest dla wszystkich. Na dodatek wyspa jest tak wielka, że nawet powierzchowne zwiedzenie wszystkich ciekawych miejsc zajmie jakieś 2 miesiące.

Ogólne info

Wyspa Sulawesi, zwana też Celebes, to naprawdę dziwny twór. Ma prawdopodobnie najdziwniejszy kształt ze wszystkich wysp na świecie. Na mapie wygląda jak małpa zwisająca z drzewa albo może jak pająk. Ma powierzchnię nieco większą niż pół Polski i mniej więcej połowę naszej ludności. Leży na wschód od Borneo, na północ od Flores i na południe od filipińskiej wyspy Mindanao. Większą część jej powierzchni zajmują góry, najwyższa ma prawie 3,5 tys. m npm. Jest trochę jezior, na północy kilka czynnych wulkanów, dwa duże miasta i mnóstwo miejsc, w które mało który turysta jeździ. Szybki przejazd przez całą wyspę zajmie co najmniej 3 tygodnie. Więc lepiej załatwcie sobie dłuuugi urlop.

Ludzie

Poza północną, chrześcijańską częścią wyspy (Manado i okolice) zdecydowana większość mieszkańców to muzułmanie. W praktyce oznacza to tylko tyle, że czasem jest ramadan i ciężko w ciągu dnia dostać coś do jedzenia, a dostęp do alkoholu bywa utrudniony. Co kilka lat zdarzają się jakieś akty przemocy między muzułmanami a chrześcijanami, ostatnio chyba w 2006 w okolicy Poso było kilka poderżniętych gardeł, ale lokalsi zgodnie twierdzą, że to nie oni, tylko przyjezdni. Generalnie można powiedzieć, że ludność muzułmańska i chrześcijańska żyją sobie zgodnie i nikt nikomu nie wadzi. Mieszkańcy Sulawesi są przeważnie bardzo otwarci i sympatyczni, nawet jeśli bywają mało rozgarnięci i zdezorganizowani. Przeważnie starają się być pomocni, mimo ograniczonej znajomości angielskiego próbują nawiązywać kontakt z turystami, często sami proszą o zdjęcia albo zapraszają do rozmów. Ale zdecydowanie polecam zapoznanie się z podstawami języka indonezyjskiego - przynajmniej z liczebnikami, bo to bardzo ułatwia wszelkie negocjacje cenowe.

Jak dotrzeć?

Na Sulawesi są dwa międzynarodowe lotniska - Makassar (UPG) na południowo-zachodnim końcu wyspy i Manado (MDC) na północnym wschodzie. Do Makassaru można dolecieć liniami AirAsia z Kuala Lumpur. Z kolei do Manado są loty z Singapuru liniami SilkAir. Do obu tych miast można też dolecieć różnymi liniami krajowymi z Dżakarty i z Bali (Denpasar). Połączenie przez Dżakartę chciałbym jednak odradzić – tamtejsze lotnisko jest podłe, dojazd do miasta fatalny, możliwości noclegowe w okolicy też raczej kiepskie. Osobiście wybrałbym lot przez KL. Promocyjne ceny lotów KL-Makassar w AirAsia zaczynają się od 200 zł w jedną stronę, krótko przed wylotem mogą kosztować w okolicy 500 zł, przeważnie 300-400. Lot z Dżakarty do Makassaru kosztował mnie ok. 270 zł.

Ważne info: Większość indonezyjskich linii lotniczych (a może nawet wszystkie) nie akceptuje zagranicznych kart kredytowych na swoich stronach internetowych. Jest na to sposób - nazywa się tiket.com. To pośrednik, przez którego można kupić bilety lotnicze po cenach dokładnie takich samych jak u przewoźnika czy u agenta w biurze. Jest też ponoć kilka innych podobnych stron (nusatrip.com, traveloka.com). Sprawdzałem tylko tiket.com - działa, żadnych szwindli na razie nie zanotowałem. Do tego na ich stronie jest całkiem sprytna wyszukiwarka pokazująca najtańsze połączenia.

Dla porządku należy też dodać, że port w Makassarze oferuje też połączenia promowe z innymi wyspami Indonezji. Można tam dopłynąć z Surabayi (Jawa), Balikpapan (Kalimantan/Borneo), Bali i ponoć też z wyspy Flores. Promy są zatłoczone, rejs trwa potwornie długo, ale jeśli lubicie morskie przygody z brakiem dostępu do toalety przez kilkadziesiąt godzin, to może Wam się spodobać. Życzę też owocnych odwiedzin na stronie Pelni.co.id.

 

Wizy do Indonezji

Od 15 czerwca 2015 Polacy są na liście narodowości, które mogą skorzystać z opcji Visa Free. Jest to po prostu darmowa wiza wydawana na lotnisku, ważna przez 30 dni (wliczając dzień przylotu i wylotu). Ważne: ta wiza NIE MOŻE zostać przedłużona. Więc jeśli chcecie zostać w Indonezji dłużej niż 30 dni, musicie starać się o wizę w ambasadzie lub konsulacie Indonezji. Kara za przedłużenie pobytu (overstay) wynosi 300 tysięcy rupii (ok. 25 USD) za każdy dzień, więc w przypadku kilkudniowego przedłużenia może to być sensowne rozwiązanie. Pobierają ją urzędnicy Immigration przy wylocie. W Dżakarcie zajęło mi to raptem kilka minut, ale radziłbym zarezerwować sobie trochę więcej czasu na wypadek, gdyby urzędnicy akurat poszli na obiad.

Transport na Sulawesi i w okolicach

Główna droga (Jalan Trans Sulawesi czyli Trans Sulawesi Highway) prowadzi przez całą wyspę. Jej łączna długość to około 1700 km. Generalnie jest w dość przyzwoitym stanie (nawierzchnia asfaltowa), ale zdarzają się odcinki zniszczone przez osunięcia ziemi. Ponieważ centralna część wyspy jest górzysta, droga jest kręta, a średnia prędkość podróżna to nie więcej niż 30 km/h, niezależnie od środka transportu. Weźcie to pod uwagę przy planowaniu podróży. Podróż z Makassaru do Rantepao (ok. 300 km) zajmie cały dzień (albo noc), podobnie odcinek Rantepao-Tentena.

Samolot: ceny biletów lotniczych nie są specjalnie wygórowane, więc warto rozważyć lot, szczególnie jeśli macie mało czasu. Z Makassaru można dolecieć do wszystkich większych miast wyspy: Manado, Rantepao, Poso, Palu, Luwuk czy Kendari. Z Manado jest też połączenie do Gorontalo (przydatne dla tych, którzy wybierają się na wyspy Togian). Przykładowe ceny: Makassar-Poso - 600 000 IDR, Gorontalo-Manado: od 500 000 IDR.

W niektóre miejsca (np. Togiany czy niektóre wyspy archipelagu Wakatobi) można dotrzeć tylko drogą morską. Do tego promy kursują tylko w niektóre dni - prom Tuna Tomini pływa między Togianami a Gorontalo 2 razy w tygodniu. Warto z wyprzedzeniem sprawdzić jakie to dni, bo to właśnie prom determinuje czas pobytu na Togianach.

Niedawno otwarte zostało lotnisko w mieście Ampana - na razie działa tam tylko jedna linia (Aviastar), która lata raz w tygodniu (czwartek) na trasie Gorontalo-Ampana-Luwuk, ale prawdopodobnie wkrótce pojawią się loty z Makassaru i/lub Manado, co znacznie ułatwi dotarcie na wyspy. I to będzie chyba koniec Togianów jakie znamy...

Autobusy: Kursują między dużymi miastami. Na trasie Makassar-Tana Toraja jest ich kilka dziennie (i nocnie). Im dalej na północ, tym mniej autobusów. Nie znam sytuacji na północny zachód od Poso (relacje w necie sugerują, że jest kiepsko z transportem), ale z Makassaru do Ampany można dojechać względnie wygodnie. Są nawet autobusy nocne, jednak wybrałbym jazdę w dzień ze względu na widoki. Makassar-Rantepao (Tana Toraja) - ok. 10 godzin, Rantepao-Ampana - cały dzień jazdy. W środkowym Sulawesi (Poso-Ampana-Luwuk) kursują minibusy z obłąkanymi kierowcami i łupanką z głośników. Poso - Ampana: 4 godziny, Ampana - Luwuk: 7 godzin.

Kijang: 7-osobowe samochody (SUV), kursujące na większych odległościach między miastami. Zwykle pakuje się do nich ponad 10 osób. Można spróbować kupić 2 miejsca, jeśli chcecie mieć odrobinę komfortu. W przeciwnym wypadku będziecie podróżować jak sardynki w gorącej puszce, jeśli kierowca nie włączy klimy. Podróżowałem nimi na odcinkach Makassar-Bira: 5-6 godzin, 70-80 000 IDR, i Gorontalo-Manado: ok. 9 godzin, 120 000 IDR. Jeśli jesteście w grupie, możecie wynająć takiego kijanga z kierowcą.

W miastach i ich okolicach kursują prymitywne minibusy zwane bemo, pete-pete albo angkot. Są tanie (poniżej 10 000 IDR za kurs), ale nigdy nie udało mi się dowiedzieć dokąd jadą.

Becak (czyt. beczak): to po prostu riksza. Całkiem niezła opcja w centrum Makassaru i np. do portu. Koszt: 10-20 000 IDR w zależności od trasy i chęci do targowania.

Bentor: riksza motocyklowa czyli lokalna odmiana tuk-tuka. Popularna na przykład w Gorontalo.

Ojek: taksówka motocyklowa, czyli siadasz za kierowcą i jazda.

Taksówki: byłem zaskoczony, ale w Makassarze wszyscy taksówkarze używali licznika bez specjalnego proszenia. Długi kurs na lotnisko kosztował mnie 100 000 IDR, na terminal Malengkeri - 60 000.

Rower: czytałem sporo opowieści o podróżowaniu rowerem po Sulawesi, widziałem nawet ze dwie osoby na rowerach między Makassarem a Birą, ale to jest opcja naprawdę dla twardzieli. Góry prawie wszędzie i do tego absurdalny ruch samochodowy w miastach i ich okolicach. Nie spotkałem też nigdzie możliwości wypożyczenia rowerów, chociaż podobno takowa istnieje w Tomohon.

Piechotą: w miastach Indonezji generalnie się nie chodzi. Ewentualne od taksówki/skutera/rikszy do hotelu/knajpy/centrum handlowego/innego środka transportu. Maksymalnie kilkadziesiąt metrów. Chodniki są wynalazkiem raczej nieznanym, a jeśli istnieją, na pewno są czymś zastawione. Głównie samochodami i skuterami. Osobiście przeszedłem kilka kilometrów po Makassarze i nie były to zbyt przyjemne chwile. Jeśli gdzieś będziecie szli, to uważajcie - głównie na pojazdy, których kierowcy będą chcieli Was zabić. Albo zabrać. Uważajcie też na dziury w nawierzchni, na szczury, na rozkładające się śmieci... Generalnie warto patrzeć pod nogi.

Elektryczność

Wtyczki takie jak w Polsce. Są miejsca, gdzie nie ma elektryczności z sieci (głównie na Togianach), tylko z generatorów, w związku z tym nie oczekujcie zasilania przez całą dobę.

Internet

Na Togianach prawie nie występuje, poza okolicami Wakai, gdzie stoją dwa maszty, rozsiewające wokoło żałosny sygnał EDGE. W pozostałych częściach Sulawesi można liczyć na całkiem niezły sygnał przynajmniej dwóch głównych operatorów: Indosat i Telkomsel. Za 100 000 IDR (ok. 30 zł) udało mi się kupić kartę pre-paid Telkomsela z pakietem 8 GB danych ważnym przez miesiąc. To dużo lepsze rozwiązanie niż ganianie za zasięgiem darmowego wifi, które na dodatek bywa naprawdę tragicznie wolne. Kartę prepaid i doładowania dostaniecie chyba w każdej, nawet najmniejszej dziurze, ale oczywiście najprościej będzie to zrobić w Makassarze albo w Manado.

Pieniądze i koszty

Większość bankomatów ma limit jednorazowej wypłaty, zwykle między 2 a 3 miliony rupii (ok. 600-900 zł). Bankomaty są w większości miast i miasteczek, ale na Togianach i na Bunakenie ich nie ma. Warto więc zatroszczyć się o zapas gotówki.

Koszty podróżowania i pobytu na Sulawesi są względnie niskie. Ceny najtańszych noclegów zaczynają się już od 100 tys. rupii (ok. 30 zł), tyle że zwykle będzie to prosta nora ze wspólną toaletą (czytaj "narciarzem"). Jeśli oczekujecie względnie sensownego komfortu, przygotujcie się na wydatek od 200 tysięcy rupii w górę za pokój dwuosobowy. Na Togianach właściwie wszystkie ośrodki turystyczne podają ceny z całodniowym wyżywieniem - w najtańszych miejscach jest to 125 tys. rupii za osobę.

Jedzenie

Jeśli jesteście przyzwyczajeni do wysokich standardów kulinarnych i nie możecie żyć bez wysublimowanej kuchni, to Sulawesi nie jest dla Was. Lepsze restauracje znajdują się wyłącznie w dużych miastach (Makassar i Manado). W pozostałych częściach wyspy będziecie skazani na proste jedzenie, a na Togianach będziecie jeść wyłącznie rybę z ryżem na zmianę z ryżem i rybą. Do tego nie będziecie mieć żadnego wyboru - po prostu dostaniecie to, co akurat danego dnia ugotuje kucharz w Waszym ośrodku. Nic dziwnego więc, że w Gorontalo, pierwszego dnia po opuszczeniu Togianów, wszyscy turyści udają się na poszukiwanie pizzy. Najlepsza pizza w mieście (Magic Pan Pizza) będzie prawdopodobnie najgorszą, jaką jedliście w życiu. Z drugiej strony macie do dyspozycji przepyszne satay (szaszłyczki z sosem z orzeszków ziemnych), sprzedawane zarówno w ulicznych knajpach za grosze, jak też serwowane w porządnych restauracjach (polecam King Satay w Manado). Moją ulubioną uliczną przekąską jest terang bulan - gruby i słodki naleśnik z orzeszkami, czekoladą, sezamem i innymi dodatkami. Czasem potrafi wystarczyć jako substytut pełnego posiłku. Inne uliczne jedzenie warte uwagi to pisang epe - grillowany banan z dodatkami, np. z czekoladą albo serem, serwowany na bulwarze w Makassarze.

Alkohol

Niby oczywista rzecz, a wcale taka oczywista nie jest. Piwo jest dostępne wszędzie, gdzie pojawiają się turyści. Duża butla Bintanga kosztuje 30-35 tysięcy IDR, czyli ok 10 zł. Z mocniejszymi alkoholami są dużo większe problemy - są do dostania, ale ceny są absurdalne - w Manado butelka Jacka Danielsa kosztuje ok. 150 złotych. Można dostać lokalny bimber (arak) i wino palmowe. Jeśli lubicie lepsze alkohole, to polecam zaopatrzenie się w sklepie wolnocłowym po drodze.

Plastik

W indonezyjskich sklepach przy zakupie 5 produktów dostaniecie co najmniej 6 plastikowych torebek. Jeśli chcecie zrobić coś dobrego dla naszej planety, to postarajcie się nie ich po prostu nie brać ("tidak plastik"). System recyklingu nie istnieje, więc wszystkie te reklamówki wylądują prędzej czy później w morzu albo w najlepszym wypadku na wysypisku. To samo dotyczy plastikowych butelek. Nie polecam picia wody z kranu, ale w niektórych miejscach można za darmo albo za niewielką opłatą dostać wodę z dużych butli.

niedziela, 13 września 2015

Radujcie się Parafianie, albowiem radosną mam dla Was nowinę! Wakacje się skończyły i martwy okres na Zajefajnym Blogasku też się właśnie kończy. Głównie dlatego, że chwilowa niesprawność nie pozwala mi wypełniać każdej wolnej chwili jazdą na rowerze. Więc postanowiłem coś napisać, żebyście nie myśleli, że zacząłem grać w golfa albo oglądać polskie seriale lub programy kulinarne.

Nie każdy zagląda na Szajsbuka, więc jestem Wam winien skróconą relację z ostatniej wycieczki. Trafiony nagłym impulsem, pod koniec czerwca zakupiłem w tureckich liniach lotniczych bilecik do Dżakarty. To był błąd, ale o tym dowiedziałem się nieco później. Ale głównym celem mojego wyjazdu była wyspa Celebes vel Sulawesi. Tak, byłem tam już, ale teraz chodziło wyłącznie o nurkowanie. Więc właściwie nie było żadnego zwiedzania na lądzie.

W dużym skrócie:
- uciekłem przed fatalnym lipcem w Ojczyźnie,
- w Stambule dowiedziałem się, że można podstawić samolot bez załogi,
- w Jakarcie pierwszy raz w życiu poszedłem do okienka i powiedziałem "bilet na najbliższy samolot poproszę",
- w Makassarze ciężko odchorowałem jet lag i przez 2 dni nie mogłem się ruszyć z tego paskudnego miasta, dobrze że dawali pyszne grillowane banany,
- spędziłem 5 ciężkich godzin w zatłoczonym SUVie do miasteczka Bira, a na koniec podróży zostałem obrzygany przez współpasażera lat 7,
- w Birze przez kilka dni widywałem więcej rekinów niż ludzi, za to wśród tych nielicznych ludzi był sam Mahomet,
- takim samym zatłoczonym pojazdem wróciłem do Makassaru, tym razem bez rzygania,
- spędziłem długi dzień w drodze do środkowej części wyspy, a po drodze: namówiłem parę Niemców do zrobienia kursu nurkowania; zrobiłem parę zdjęć na targu w Poso; przetrwałem 4 godziny w minibusie z naćpanym kierowcą-maniakiem i łupiącym indo-disco; zjadłem pysznego sataya i słodkiego terang bulana,
- przeżyłem mrożący krew w żyłach dzień na morzu w małej łódce z uszkodzonymi silnikami,
- na wyspie Una Una obejrzałem wirującą ławicę barakud oraz nagłą śmierć małego kotka,
- na wyspie Kadidiri po raz kolejny odwiedziłem wrak bombowca i oglądałem nieznane mi wcześniej ślimaczki,
- na promie byłem świadkiem exodusu europejskich uchodźców z wysp Togian, spędzających noc na pokładzie, sam jednak spałem wygodnie w klimatyzowanej kajucie,
- w Gorontalo widziałem kopulujące płaszczki i inne dziwne podwodne stwory,
- wreszcie na wyspie Bunaken spędzałem całe dnie (a czasem noce) pod wodą przez bity tydzień i zupełnie nie chciałem stamtąd wyjechać,
- spędziłem dzień i noc w Manado oraz kawałek wieczoru w Dżakarcie i uciekłem stamtąd jak najszybciej się dało,
- zapłaciłem oficjalną karę za nielegalne przedłużenie pobytu, a pan ze służby imigracyjnej bezczelnie schował te pieniądze do kieszeni,
- w drodze powrotnej zobaczyłem ciche i spokojne centrum Stambułu i wszedłem do dziwnego podziemnego zbiornika wodnego.

A potem wróciłem do domu i znów było lato.

czwartek, 07 maja 2015

Prom z Puerto Juarez zawiózł mnie na Isla Mujeres. Czyli Wyspę Kobiet. Fakt, pierwszym widokiem po wyjściu z przystani promowej rzeczywiście była kobieta. Siedząca na wózku golfowym, w niezwykle skąpym bikini, natychmiast przykuła moją uwagę. Głównie faktem, że była wielkości małego samochodu. Zawyłem z rozpaczy i poszedłem szukać miejsca do spania.

Isla Mujeres jest opisywana jako "relaxed, laid back place". Ostatnio nawet czytałem, że jest rajska. Taaaa. Rajska, relaxed i laid back to może by i była, gdyby wygonić z niej wszystkich jankeskich turystów, jeżdzących w kółko tymi cholernymi wózkami golfowymi. Jedynym miejscem, gdzie wózki nie dojeżdżają, jest plaża. Uciekłem tam czym prędzej i wreszcie mogłem się trochę nacieszyć kąpielą w rozkosznych wodach Morza Karaibskiego w promieniach zachodzącego słońca.

Skoczyłem do centrum nurkowego zapisać się na nura, i nawet się udało. W sam raz na rozgrzewkę po roku przerwy, coś bardzo luźnego. Nie sądziłem tylko że będzie aż tak luźne. W zasadzie to mogłem to samo zrobić z maską i rurką. Podwodne muzeum z setkami rzeźb ustawionych pod wodą kilka lat temu byłoby świetne na nocnego nura. W ciągu dnia nie robi jakiegoś oszałamiającego wrażenia.

Kolejnego dnia pożyczyłem sobie rozklekotany rower za jakieś absurdalne pieniądze i pojechałem na południowy koniec wyspy, po drodze wyprzedzając większość wózków golfowych. Tam spotkałem prawdziwą kobietę. Niestety nie była zbyt kontaktowa, może przez tego węża na głowie.

Zwiedziłem cypel będący najbardziej wysuniętym na wschód punktem na terytorium Meksyku, pogapiłem się na fale uderzające w skaliste wybrzeże, i popedałowałem z powrotem. Golfiarze trochę u mnie zapunktowali, bo poczęstowali mnie zimnym bronkiem w czasie jazdy. Poznałem się bliżej z najbardziej atrakcyjną, a na pewno najszczuplejszą kobietą na Wyspie Kobiet. A potem oddałem rowerek, zabrałem graty i wieczornym promem wróciłem do Cancun.

Isla Mujeres - informacje praktyczne:

Dojazd: Promy pływają z Puerto Juarez (kawałek na północ od centrum Cancun, dojazd taksówką lub autobusem, 40-50 peso) i kosztują 300 peso w obie strony. Są też droższe promy pływające z hotelowej części Cancun. Centrum miasteczka i większość hoteli jest położona w niewielkiej odległości od przystani promowej, więc żadne taksówki nie będą raczej potrzebne.

Noclegi: Lista hoteli i pensjonatów jest dostępna pod tym adresem: http://www.isla-mujeres.net/acomcentro.htm. Backpackerom mogę polecić hostel Poc-Na (www.pocna.com), który ma też swoje centrum nurkowe. Ja nocowałem w Hotelu Osorio, który jest bardzo prymitywnym, ale czystym i całkiem tanim miejscem do spania, całkiem blisko większości knajp i przystani promowej. Na plażę 10 minut piechotą.

Jedzenie: Knajp jest od cholery, wszelkiej maści. Z głodu nie umrzecie. Na północ od przystani promowej jest parę seafoodowni, dobre ceviche dają.

Atrakcje: Sensowna plaża jest tylko na północnym krańcu wyspy. W słoneczny, bezwietrzny dzień jest zapchana wielorybami. Na szczęście stadne to zwierzęta, lubią być blisko źródeł hałasu oraz wodopoju, więc gromadzą się przy kilku barach z plażowymi drinkami i łupiącą muzą. 200 metrów dalej, gdzie barów i muzy (na razie) brak, da się żyć. W wodzie tłoku też nie ma, ale nie nastawiajcie się na wielkie pływanie, bo w trosce o życie i zdrowie wielorybów wyznaczono strefę do kąpieli, gdzie woda sięga maksymalnie piersi.

Poza plażą... można pożyczyć rower (polecam) albo wózek golfowy (polecam tylko emerytom z co najmniej 30-kilową nadwagą) i pojechać na drugi koniec wyspy. Tam są fajne klify, rzeźba kobiety z pełnymi piersiami i wężem na głowie, jakiś jaszczur (żywe jaszczury też są) oraz latarnia morska i knajpa. Aha, są też arcydzieła sztuki współczesnej. Ładne nawet. Wstęp 30 pesów.

Nurkowanie: Dałem nura tylko w tzw. Podwodnym Muzeum, więc nie wiem czy są jakieś inne ciekawe miejsca. Muzeum byłoby świetne na nocne nury, ale że nurkowałem w dzień, to wrażenie zrobiło takie sobie. Owszem, setka ludzkich postaci stoi sobie na dnie, są mężczyźni, kobiety w ciąży, dzieci, jakieś domki, nawet VW się chyba dorzucił, bo garbus też stoi. Poza dziełami ludzkich rąk był jeden fajny żółwik i to właściwie wszystko. Nurkowałem z centrum nurkowym Poc-Na przy hostelu o tej samej nazwie. Niby wszystko fajnie, ale ponieważ to backpackerski hostel, to traficie na masę ludzi z trzema nurkowaniami na koncie, którym powietrze skończy się po trzech minutach. Na szczęście Podwodne Muzeum jest na głębokości maksymalnie 8-10 metrów, więc nie będziecie musieli ich ratować, tylko poślecie ich na powierzchnię.

| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...