Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
niedziela, 17 listopada 2013

Islas Ballestas to parę wysepek położonych kawałek od Paracas. Mówi się o nich "Galapagos dla biednych", bo też żyją na nich lwy morskie, srające ptaki, a nawet pingwiny - są za to od Galapagos dużo tańsze. Zrozumiała rzecz, bo nie trzeba tam lecieć samolotem za 400 czy 500 dolków, wystarczy łódka za 40 soli od osoby.

Więc o poranku daliśmy się jak barany dwójkami zagonić na łódkę, i z liczną gromadą stonki popłynęliśmy na Islas Ballestas. Po drodze obejrzeliśmy El Candelabro, czyli rysunek świecznikopodobnego kaktusa wyryty w pokrytej piaskiem skale półwyspu Paracas. Ponoć pochodzi z czasów przedinkaskich, ale dla mnie wygląda jakby go ktoś specjalnie dla turystów zrobił w zeszłym roku. Minuta na fotki i popłynęliśmy dalej w stronę wysepek.

A na wysepkach tłum. Tłum w powietrzu, tłum na skałach i tłum na wodzie. Masa srającego ptactwa miesza się z pingwinami, na kamieniach wylegują się lwy morskie, a dookoła tego wszystkiego pływa paręnaście łódek z pstrykającymi turystami.

Dowiedziałem się, że co siedem lat odbywa się akcja zbierania gówna - ups, przepraszam: guana - z obsranych wysepek. Peru jest poważnym eksporterem tego nawozu, chociaż dzisiejsze zasoby to zaledwie ułamek tego, co wydobyto w XIX wieku - szacuje się że łącznie było tego około 20 milionów ton, wartych 2 miliardy dolarów. Ach co to były za czasy, kiedy gówno rządziło światem. A przynajmniej niektórymi krajami Ameryki Południowej.

 

No to i my popstrykaliśmy fotki srającego ptactwa, leniwych lwów i pingwinów, a potem wróciliśmy do Paracas. Bez zbędnej zwłoki spakowaliśmy graty i poszliśmy po rowery. Ale o tym będzie w następnej notce.

niedziela, 10 listopada 2013

Miałem dziś wrzucić kolejną zaległą opowiastkę z Peru, ale ranek mi upłynął na śledzeniu smutnych wiadomości z Filipin. Tajfun Haiyan, na Filipinach zwany Yolandą, przeszedł właśnie ze wschodu na zachód przez wyspy Visayas, zabijając masę ludzi i czyniąc ogromne zniszczenia. Potwierdzonych ofiar jest na razie około 150, ale są obawy, że ich ostateczna liczba może wynieść nawet 10 tysięcy. W wielu regionach nie ma łączności, a na nielicznych zdjęciach pojawiających się w necie widać przerażający obraz destrukcji. Oto kilka z nich, autorstwa Edwarda Jamesa Y. Portera:

Z tego co wiem, 4bobry aktualnie przebywające na wyspie Malapascua są całe i zdrowe, ale większość prymitywnych domków na wyspie została zniszczona, a mieszkańcy stracili wszystko co mieli. A mieli raczej niewiele. Część widać na fotkach, a więcej możecie poczytać w opowieściach z moich odwiedzin na Malapasce w 2012 roku.

Dotarły do mnie informacje, że krzyż na wyspie Busuanga też nie przetrwał huraganu. Tam na szczęście liczba ofiar była minimalna, ale większość domów na wyspie jest zniszczona.

Przy okazji przeczytałem, że Filipiny zajmują pierwsze miejsce na świecie pod względem liczby ofiar klęsk żywiołowych. W 2012 roku zginęło tam ponad 2000 osób. W tym roku pewnie będzie ich dużo więcej...

14:50, lachmani
Link Komentarze (3) »
piątek, 08 listopada 2013

Udało mi się wreszcie przejrzeć trochę fotek i spłodzić parę drętwych opowieści z ostatniego południowoamerykańskiego wyjazdu. Wiem, że to było już prawie rok temu, ale mam to gdzieś. Więc w najbliższym czasie możecie się spodziewać trochę więcej pisaniny niż ostatnio. Na początek krótki wstęp do długiej opowieści o srającym ptactwie.

Nie wiem kto wpadł na absurdalny pomysł, żeby linię autobusową nazwać Soyuz, ale w taki właśnie autobus wsiedliśmy drugiego dnia o poranku. Ze względu na bardzo ograniczoną ilość czasu przeznaczoną na peruwiańską część mojej wycieczki zostawiliśmy Limę samej sobie i pojechaliśmy do Paracas, przez jakieś 4 godziny gapiąc się na zmienny, ciekawy, chociaż raczej smutny krajobraz.

Z powodu małego nieporozumienia z kierowcą wysiedliśmy o jedno skrzyżowanie za daleko, ale ekspresowym fartem złapaliśmy transport i po parunastu minutach byliśmy już w pensjonacie Refugio del Pirata, gdzie bardzo pozytywne wrażenie po pierwszej rozmowie z głównym Zenonem trochę osłabło, kiedy próbowaliśmy się czegoś dowiedzieć od niepełnosprytnej dziewczyny w recepcji. Ostatecznie poszliśmy poszukać wypożyczalni rowerów i zorientować się w opcjach transportowych na kolejny dzień.

Ale oczywiście należało coś zjeść. Zasiedliśmy więc w restauracji przy promenadzie i wciągnęliśmy chaufa de pescado i chicharron de pollo. Ładnie i egzotycznie brzmi? Wyglądało średnio egzotycznie, o właśnie tak:

Promenada w Paracas nie jest specjalnie długa, ale dzieją się przy niej ciekawe rzeczy. Najciekawsze są wielkie pelikany, które są oswojone i przylatują pozować do zdjęć z turystami. Wiem, samemu ciężko mi było w to uwierzyć. Ale widziałem to na własne oczy.

Trafiliśmy do wypożyczalni rowerów, ale zdecydowaliśmy się odłożyć pedałowanie na dzień następny. Kupiliśmy też bilety na autobus, tym razem dużo bardziej luksusowy od raczej sowieckiego standardu Soyuza. No i około godziny 21 przyjęliśmy pozycję horyzontalną. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że tak już miało zostać do końca wyjazdu.

| < Marzec 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...