Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
poniedziałek, 21 października 2013

Po intensywnym weekendzie należałoby nieco odpocząć. Niestety, niektórzy muszą czasem popracować. No więc ci, którzy musieli, poszli do pracy, a ci, którzy nie musieli, pojechali na plażę. To byłem ja. I pojechałem na Filipiny.

To nie żart. Pierwszy zjazd za barcelońskim lotniskiem nazywa się Les Filipines, i tam właśnie się udałem. Duży parking, niezła plaża, jedynym problemem był hałas startujących samolotów, bo koniec pasa startowego jest może z kilometr dalej. Ale nawet udało mi się zasnąć na chwilę. Kiedy obudził mnie lot do Dubaju, postanowiłem pójść na spacer. I doszedłem aż do Castelldefels.

Plaża w Castelldefels to prawdziwe mistrzostwo świata. Powinna być obowiązkowym punktem wizyt wszystkich burmistrzów i wójtów polskich nadmorskich kurorcików na początku i na końcu kadencji. Wiadomo, polskie plaże nigdy nie będą takie szerokie (no może poza Świnoujściem), ale prysznice to można by kiedyś w końcu zainstalować. Porządny kibel też fajna rzecz, nie mówiąc już o fanaberiach typu kraniki z wodą do picia. Szeroka promenada, ścieżka rowerowa, knajpki, boiska, place zabaw dla dzieci. Międzyzdroje, uczcie się - jeszcze długa droga przed wami.

Spacer brzegiem morza był długi, a jeszcze trzeba było wrócić. Więc z powrotem poszedłem promenadą. I znów zapłakałem nad przepaścią dzielącą nasze wybrzeże od pierwszej lepszej katalońskiej plaży.

Nie płakałem jednak zbyt długo. Wróciłem na lotnisko i oddałem samochód, który okazał się teraz być bardziej ciężarem niż ułatwieniem życia. Dość powiedzieć, że godzina parkowania w Barcelonie (okolice Pl. Espanya) kosztuje 2,75 euro, a ponieważ jest to strefa z priorytetem parkowania dla mieszkańców, to możesz tam parkować tylko przez 2 godziny. A szczecińskie marudy narzekają, że parkowanie w naszym mieście jest drogie... No ale samochodu się pozbyłem, wsiadłem w pociąg, i wróciłem do Barcy.

A tam odbywała się właśnie kulminacja wielkiej fiesty pod nazwą La Merce. Koncerty, pokazy, tańce i ogólna hulanka. Najpierw trafiłem na Plaça Espanya, gdzie na scenie ustawionej w okolicy fontann coś całkiem przyjemnie grało. Podszedłem bliżej, i oczom mym ukazało się młode dziewczę śpiewające przerażającą angielszczyzną oraz trzech młodzieńców, ochoczo łupiących w bębny i gitary. Mimo absolutnego lingwistycznego dramatu całość nawet przypadła mi do gustu. Zespół nazywa się Cloverace, pochodzi z Badalony, i jest lekką zrzynką z amerykańskiego Paramore. Oto ich teledysk:

Potem udaliśmy się na tańce. Znaczy nie my tańczyliśmy, tylko jacyś ludzie na scenie przy katedrze. Ciekawe czy coś takiego byłoby możliwe w naszym bogobojnym kraju. Ludzie na scenie naprawdę umieli tańczyć, próbowali nawet nas czegoś nauczyć, ale nie bardzo im się udało. Zresztą nasza międzynarodowa ekipa szybko znudziła się katedralnymi tańcami i postanowiła udać się na jakąś mniej wysublimowaną imprezę. Czyli na masową potupaję do Forum.

To miejsce to taki dziwny twór, generalnie centrum konferencyjne i spora otwarta przestrzeń, na którą zlazło się młodzieżowe tałatajstwo z całego miasta i okolic, żeby trochę poskakać do łupiącej muzyczki granej przez DJów ze sceny. Zupełnie nie moja bajka, ale potraktowałem to jak interesujące doświadczenie kulturowe. Albo może jak wizytę w zoo. Wesoło było już w metrze, kiedy liczna, nie całkiem trzeźwa młodzież pokrzykiwała i podśpiewywała sobie różne piosenki. Ale wszyscy byli bardzo grzeczni i pozbawieni jakiejkolwiek agresji.

Potem już było trochę gorzej, dawno nie widziałem takiej liczby naćpanych ludzi w jednym miejscu. Ale nic wielkiego się nie działo, poskakaliśmy trochę, a potem brodząc w śmieciach wróciliśmy do metra. Ludzi było tyle, że metro zostało na chwilę zamknięte, ale w końcu dostaliśmy się do niego i ostatecznie krótko przed świtem trafiliśmy do domu.

15:20, lachmani , Europa
Link Komentarze (2) »
czwartek, 17 października 2013

Właśnie to miejsce tak bardzo pragnąłem ujrzeć na własne oczy. Congost de Mont-Rebei. Powitał nas pięknym słońcem i tłokiem na parkingu. Była niedziela i dzikie tłumy też chciały obejrzeć ten cud natury. Ścieżka z parkingu w stronę górskiego masywu była pełna starszych pań i młodych dziewcząt ze znaczną nadwagą, rodzin z dziećmi w wieku przedszkolnym oraz z pieskami różnych ras. Szczęśliwie znaczna część tego tłumu już wracała do swoich autek, bo my troszeczkę zamarudziliśmy przy śniadanku u Juana Antonio.

Najpierw szliśmy kawałek wzdłuż zielonej rzeczki z zalanymi drzewkami. Po drugiej stronie rzeczki widać było dziwaczne skały o ciekawych kształtach. Potem był lekki korek na moście wiszącym nad rzeką. Ale najlepsze było jeszcze przed nami. Ścieżka zwęziła się do jakichś dwóch metrów i zaczęła biec po półce wykutej w pionowej, wapiennej skale. A obok była druga pionowa ściana wąwozu pięknie oświetlona południowym słońcem.

 

W dole widać było kajakarzy na zielonkawej wodzie Noguery Ribagorzany. No co poradzę, że tak się rzeczka nazywa. Ja też zapragnąłem tam być, ale musiało nam wystarczyć zejście kamienistą ścieżką do samej wody. Z dołu pionowe skały wydawały się jeszcze wyższe. Do tego niebieściutkie niebo. I cisza. Jaka miła odmiana po hałasującym tłumie grubasów na głównej ścieżce.

 

Ale trzeba było się zbierać. Słońce zaczęło już intensywnie przygrzewać, nawet w samym kanionie, i droga powrotna nie należała do najprzyjemniejszych. W końcu jednak dotarliśmy do parkingu i do naszego nagrzanego do czerwoności autka. Szybka wentylacja, chwila oddechu i ruszyliśmy w drogę do Barcelony.

 

Przejechaliśmy może ze dwa kilometry, kiedy kierowca czerwonego pojazdu, głęboko przekonany o swoich nieprzeciętnych umiejętnościach za kółkiem, postanowił wziąć wielką, głęboką dziurę między koła. Zamiast zwolnić i ją po prostu ominąć, wjechał na nią z pełną prędkością. Czyli około 30 km/h. Tyle że dziura nie zmieściła się między kołami. I tych 30 km/h wystarczyło, żeby zabić przednią oponę. Na szczęście autko było wyposażone w koło zapasowe, klucz i podnośnik, więc już za kilka minut jechaliśmy dalej. Kierowca się tylko jakiś dziwnie markotny zrobił.

Po ekstatycznych doznaniach widokowych droga do Barcelony była po prostu cholernie nudna. Ale kiedy już tam dotarliśmy i po długich bojach znaleźliśmy miejsce do zaparkowania, nie daliśmy się znużeniu i wybraliśmy się z katalońską koleżanką na morską kolację do knajpy o nazwie La Paradeta. Trzeba było postać trochę w kolejce, ale było warto. Ostrygi, ośmiornice, ślimaki, krewety, dziwne podłużne małże (ponoć się okładniczkami nazywają), winko. Piękny koniec weekendu. Chociaż nie całkiem koniec. O czym wkrótce.

Informacje praktyczne:
Congost de Mont-Rebei leży w masywie Sierra de Montsec, na granicy Katalonii i Aragonii, jakieś 100 km na północ od Lleidy. Dojazd drogą N-230 do miasteczka Puente de Montanana. Potem przez most, i dalej do parkingu prowadzi wąska droga. Uwaga na dziury! Parking jest darmowy (można też dobrowolnie wrzucić 3 euraski). Z parkingu idziemy oznakowanym szlakiem, jakieś 40 minut. Ścieżka w kanionie nie jest tak wąska, jak mogłoby się wydawać - ma co najmniej półtora metra szerokości, w najwęższych miejscach są stalowe liny przymocowane do ściany, i naprawdę trzeba się nieźle postarać, żeby coś się stało. Niektórzy to tam nawet rowerami jeżdżą.

10:31, lachmani , Europa
Link Komentarze (1) »
czwartek, 03 października 2013

Uwielbiam takie idiotyczne tytuły notek. Dobry Państwu, witam i pozdrawiam z pięknej Katalonii. Znaczy już nie, ale byłem tam jeszcze trzy dni temu. Mało tego, Katalonia robi się z roku na rok coraz piękniejsza, przynajmniej dla mnie, bo po prawie dwudziestu latach regularnego przyjeżdżania do tej krainy zacząłem ją wreszcie naprawdę odkrywać.

Spora w tym zasługa Izy, mojej towarzyszki z Peru, z którą rok temu włóczyłem się po krainie figi z ryżem, i która jakiś czas temu odwiedziła pewne piękne miejsce na granicy Katalonii i Aragonii, wrzuciła fotę na szajsbuka, a mnie półka opadła i zapragnąłem też tam być. Potem Iza wymyśliła jeszcze jedno fajne miejsce do odwiedzenia, i już był plan na weekendowy wypad za miasto.

Ale zaczęło się od wczesnej pobudki w szarobury, piątkowy, szczeciński poranek. Zwykle na lotnisko w Berlinie jeżdżę pociągiem, ale tym razem pojechałem busem. Interglobus zawiózł mnie względnie wygodnie, było nawet wifi na pokładzie. Prawie jak w Peru, z jedną małą różnicą - wifi działa tylko na terenie Polski. Biorąc pod uwagę fakt, że 95 procent trasy przebiega przez Niemcy, ta usługa wydaje się być nieco absurdalna. Zresztą i tak spałem przez prawie całą drogę.

Easyjet okazał się być dużo wygodniejszy od Interglobusa. Tylko wifi nie było. Trafiłem na jakiś nowy albo odnowiony samolot, z nowymi, całkiem wygodnymi siedzeniami, obok siedziały dwie Peruwianki, z którymi chwilę pogawędziłem, a potem znów udało mi się trochę pospać, zanim na barcelońskim lotnisku zaatakował mnie upał, od jakiego już zdążyłem się na dobre odzwyczaić.

Wtręt motoryzacyjny: po ubiegłorocznych testach Forda Fiesty chciałem pojeździć Fordem Ka, ale wypożyczalnia zmieniła zdanie i zamiast malutkiego Ka dała mi coś większego. Das Auto. Czerwony Folkswagen Polo. Też z żałośnie małym silniczkiem, za to oszczędnym niebywale. Das Auto okazało się być całkiem wygodne, ergonomiczne i po prostu poprawne. Ale w zakrętach nie dorasta Fieścinie do pięt.

Tymże czerwonym Polo przejechałem najpierw 15 km do miasteczka Castelldefels, gdzie znajduje się dłuuuga, szeroooka plaaaża. Przyjechałem, wskoczyłem do wody, popływałem chwilę, poleżałem na słońcu i już mi było dobrze. I byłem gotów na kolejnych kilka godzin za kółkiem czerwonego ludowozu.

Zaczęło się od niewyobrażalnego ruchu na podbarcelońskiej autostradzie. Kryzys w pełni, ludność lokalna zaczęła więc trenować ecodriving i hypermiling. Więc wlokłem się wraz z tysiącami innych oszczędnych pojazdów w kierunku wschodnim, aż dojechałem do podmiejskiej strefy przemysłowej, gdzie przechwyciłem Towarzyszkę. Zaliczyliśmy jeszcze szybkie hipermarketowe zakupy i już jechaliśmy w stronę gór. Drogi to ci Katalończycy pobudowali całkiem niezłe (a przynajmniej tak mi się zdawało przez pierwsze dwa dni), na serpentynkach próbowałem wycisnąć z autka co fabryka dała, ale niestety dała niewiele.

Było już ciemno, kiedy dojechaliśmy do Mostu Szczęścia, czyli El Pont de Suert. Trafiliśmy do jakiejś pełnej knajpy, w której lokalsi przy browarze, winku i tapas próbowali zapomnieć o kryzysie. Zjedliśmy kryzysową kolację składającą się głównie ze smażonych kalmarów i ruszyliśmy w kierunku naszej noclegowni, położonej w dupie świata. Po krótkim błądzeniu trafiliśmy we właściwe miejsce, gdzie przywitała nas przesadnie gadatliwa gospodyni. Na szczęście poczęstowała nas zimnym piwkiem, za które na dodatek zapomnieliśmy zapłacić. Głupio mi trochę

Rano, po całkiem przyzwoitym śniadanku i kolejnej porcji gadaniny gospodyni, pojechaliśmy do parku narodowego. Aiguestortes się on zwie. Debilnie przechrzciłem go na Wodę na Torcie. Tak naprawdę chodzi o to, że w pewnej części parku woda sobie meandruje wśród drzewek, tworząc małe jeziorka i zakola. Są też wodospady, do Wiktorii im daleko, ale wyglądają ładnie. No i całkiem pokaźne góry wokoło.

Z parkingu ruszyliśmy oznakowanym szlakiem dla emerytów. Po niecałej godzinie spaceru pod górę okazało się, że mostek gdzieś wcięło, przez rzeczkę raczej nie przejdziemy suchą stopą, i musimy pozostać po "naszej" stronie. Mieliśmy pewne obawy, czy gdzieś dalej uda nam się ją przekroczyć, ale ostatecznie pomaszerowaliśmy dalej. I to była dobra decyzja. Doszliśmy do ślicznego jeziorka, przypominającego nieco Morskie Oczko, znaleźliśmy mostek i poszliśmy dalej kawałek asfaltem. Nad wodą pasło się bydło, ludzi prawie żadnych, słoneczko waliło w łeb konkretnie, i nawet trochę się spociliśmy. Odetchnęliśmy nieco przy wodospadzie, a potem przy wejściu na płaskowyż Aiguestortes.

Tu zaczęła się dużo lżejsza część spaceru. Leniwie odpoczęliśmy sobie nad strumykiem wśród drzewek, po czym ruszyliśmy dalej. Naszym celem było kolejne jeziorko o nazwie Estany Llong, co można bezmyślnie przetłumaczyć jako Długie Jeziorko. W jego lodowatych wodach schłodziliśmy nasze obolałe stopy, znów zalegliśmy na trawce, a potem mijając solarne schronisko ruszyliśmy powoli z powrotem. Nie mieliśmy zamiaru pokonywać całej trasy do parkingu piechotą, więc wsiedliśmy do jeepa prowadzonego przez kudłatego typa w t-shircie z obrazkiem kudłatego typa, który w iście peruwiańskim stylu przewiózł nas po zakrętach w dół na parking. A na parkingu czekał na nas supernowoczesny toi-toi ze spłuczką. Cuda panie w tych katalońskich górach.

Potem w promieniach zachodzącego słońca pojechaliśmy kawałek na południe, do miasteczka Ager. Leży ono kawałek w bok od głównej drogi, u podnóża wielkiego skalnego masywu, ma kościół, jeden bar i jeden hotel, który był zamknięty. A my mieliśmy w nim rezerwację. Ale po chwili pojawił się starszy pan, który w niezrozumiałym języku coś do nas zagadał. Kiedy delikatnie wyjaśniliśmy, że po katalońsku to my raczej niespecjalnie, przeszedł na hiszpański i z wyrzutem spytał: - Nie pytaliście jeszcze Juana Antonio?! No bo przecież Juan Antonio to lokalny boss. - A gdzie go znajdziemy? - No w jego barze, przy kościele oczywiście.

Poszliśmy do baru, a tam Juan Antonio przywitał nas z otwartymi ramionami, i wyjaśnił że nie zatrudniają nikogo na recepcji w hotelu, bo jest kryzys. Dał nam klucz do pokoju i kod do drzwi wejściowych, więc mogliśmy się zainstalować. Hotelik okazał się całkiem przyjemny, z ocienionym patio i łazienką z biczami wodnymi. Ale nie zbiczowaliśmy się, tylko poszliśmy na kolację, oczywiście do restauracji położonej nad barem Juana Antonio.

Tam spotkaliśmy parę Holendrów, dziewczyna była świeżo po wypadku motocyklowym, więc może dlatego sprawiała wrażenie lekko otumanionej. Iza posłużyła jej pomocą tłumaczeniową przy wyborze jedzenia, chwilę opowiedzieli o swojej podróży, i każdy wrócił do swoich konwersacji. W międzyczasie knajpa zaczęła się wypełniać ludźmi. Czyli jednak jest życie w kryzysie. Podbudowani tym faktem poszliśmy spokojnie spać.

08:15, lachmani
Link Komentarze (5) »
| < Marzec 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...