Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
czwartek, 27 czerwca 2013

Powitanie z Afryką też nam poszło bez problemów. Przeszliśmy kontrolę paszportową, zjedliśmy średnio smaczną pizzę, zaopatrzyliśmy się w kasę ze ściany i podążyliśmy do biura wypożyczalni samochodów, gdzie czekały na nas kluczyki od ultrasportowego bolidu o nazwie Chevrolet Spark, z kierownicą oczywiście po złej stronie. Wyjątkowo nie byłem zainteresowany mocą ani pojemnością silnika tego pojazdu, bo jego głównym zadaniem na ten wieczór było po prostu przewiezienie naszych chudych i leniwych tyłków oraz Torebusi XXL z lotniska do miasteczka o tajemniczo brzmiącej nazwie Umkomaas. I to zadanie się Sparkowi udało wyśmienicie. Ja byłem nieco zaskoczony potężnym ruchem na autostradzie w ten sobotni wieczór, ale mimo sporego zmęczenia i jazdy po niewłaściwej stronie drogi jakoś mi się udało wpasować w strumień pojazdów i mniej więcej po godzinie dotarliśmy do celu.

Chwilę błądziliśmy szukając noclegowni, ale ostatecznie znaleźliśmy nieco obskurny budynek z pubem pełnym lekko najebanych białasów (oczywiście wszyscy przyjechali samochodami). Na szczęście nasza noclegownia była po drugiej, cichszej stronie budynku. Po paru minutach dzwonienia stanęliśmy oko w oko z niezwykle miłą właścicielką, a ta zaprowadziła nas do pokoiku, który trochę walił starym dziadem. Ale były w nim łóżka i łazienka, a tylko to nas interesowało. Zresztą po otwarciu okna stęchlizna stała się dużo mniej dokuczliwa. Niestety taras był zamknięty, więc pozostało nam spędzenie wieczoru w równie obskurnym pomieszczeniu z telewizorem, który wyświetlił ostry obraz po jakiejś godzinie od włączenia. Pogapiliśmy się tępo w jakiś hiphopowy show muzyczny, wypiliśmy parę drinków z rumem zakupionym w Dubai Duty Free, i szybko zapadliśmy w jakże zasłużony sen.

wtorek, 25 czerwca 2013

W dniu zero pojawiłem się na Dworcu Centralnym w Wawce, a z pociągu wysiadła Miss O z gigantyczną odmianą Torebusi, ważącą prawie 30 kilo i mającą rozmiary małego kontenera. Tym razem jednak wybór Torebusi był w pełni świadomy i sensowny, bo oprócz sprzętu nurkowego Miss O zmieściły się w nim także moje sandałki i kosmetyczka. Na szczęście Torebusia miała kółka, które ułatwiały poruszanie się po lotniskowych korytarzach, chociaż szczelina między wagonem a krawędzią peronu na stacji Lotnisko Okęcie vel Frederic Chopin Airport była dla niej trochę za szeroka.

Odwiedziliśmy mój ulubiony taras na trzydziestym piętrze Pałacyku Kulturki, po czym wsiedliśmy w prawie pusty pociąg na lotnisko. Przy odprawie dostaliśmy liczne kupony, które mieliśmy wykorzystać na wizę, hoteli i wyżywienie w Dubaju. Jak to na Okęciu bywa, kolejka do kontroli bezpieczeństwa była absurdalnie długa, i wiecznie spóźnieni Hiszpanie z błagalnym wzrokiem przeciskali się do przodu przepraszając wszystkich dookoła. My mieliśmy masę czasu, więc potulnie czekaliśmy. Swoją drogą kiedyś chyba napiszę tekst o tym, jak być lotniskowym idiotą i jak maksymalnie spowolnić przechodzenie przez bramkę wykrywacza metali.

Świat jest mały, więc przy wsiadaniu do samolotu spotkaliśmy moją koleżankę Kasię lecącą do Indii. Nie ma to jak promocyjne ceny emirackich linii. Widać było zresztą, że ludność kraju nad Wisłą tłumnie zaczęła korzystać z nowych połączeń lotniczych, bo samolot był pełny. Niestety standard jego wyposażenia był raczej niski jak na Emirates, ekrany były malutkie, a obraz średnio wyraźny. Najgorszy był jednak standard zachowania niektórych rodaków. Dwaj bardzo porządnie wyglądający kolesie, na oko po trzydziestce, kiedy wsiadali do samolotu, mówili do wszystkich bardzo grzecznie "przepraszam", "proszę" i "dziękuję". Po wyłojeniu paru drinków zmienili nieco słownictwo i przeszli na "kurwa, szwagier, ja pierdolę, chuj w dupę jebany". Jakąś godzinę przed lądowaniem w Dubaju pani siedząca koło nich nie wytrzymała i delikatnie ich skrytykowała. Szwagier coś niezbyt kulturalnie odburknął, na co nobliwy pan siedzący w poprzednim rzędzie rzucił: - Co skurwysynu, wyjebałeś parę darmowych drinków i już ci słoma z butów wyłazi? Zamknij się kurwa, bo aż żal cię słuchać. I szwagier się potulnie zamknął.

W Dubaju wszystko poszło ekspresowo. Dostaliśmy wizy, przeszliśmy kontrolę paszportową, i spotkaliśmy się z Wandą i Pawłem, którzy nie tylko wyjechali po nas na lotnisko, ale też obwieźli nas po gorącym i świecącym mieście. Na pokaz fontann niestety nie zdążyliśmy, ale przystanęliśmy na chwilę pod sterczącym w niebo pomnikiem megalomanii, czyli pod Burj Khalifa. Miss O miała uśmiech prawie dookoła głowy. Potem pospacerowaliśmy chwilę po największej na świecie świątyni konsumpcji zwanej Dubai Mall, obejrzeliśmy rybki pływające w wielkim akwarium, i pojechaliśmy pod Burj al'Arab, który niestety już nie jest tak fajnie oświetlony jak dawniej. Na koniec zostaliśmy zaproszeni na piwko do Medinatu Jumeirah, a potem jeszcze jedno piwko spożyliśmy na balkonie z widokiem na wieżowce. Negatywnym efektem tych atrakcji było to, że zostały nam tylko dwie godziny snu. Ale jakoś daliśmy radę się zerwać rano i pojechaliśmy na lotnisko, gdzie pożegnaliśmy się z Wandą i Pawłem (przy okazji zapraszam na ich blogaska: dubajewo.blogspot.com) i wsiedliśmy do samolotu, w którym już nie było żadnych najebanych rodaków. Co za ulga!

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Wszystko zaczęło się gdzieś pod koniec grudnia. Od spojrzenia w kalendarz. 1 maja w środę, 3 w piątek, czyli praktycznie cały tydzień pełen świąt. Trzeba by jakoś wykorzystać tę najdłuższą majówkę w historii ludzkości... Do tego względnie niskie ceny w liniach Emirates. Gdzie by tu polecieć na cały tydzień, żeby fajnie ponurkować? W grę wchodziła Indonezja i Malezja, ale tam miejsca nurkowe są daleko od głównych lotnisk i trzeba sporo czasu stracić, żeby tam dotrzeć. A czasu było niewiele. Więc moje spojrzenie powędrowało bardziej na zachód i dalej na południe. I padło na Durban, w którym już byłem, więc szlaki lekko przetarte, nurkowało mi się fajnie, a okolica słynie z rekinów, z którymi miałem wielką ochotę się spotkać.

Pozostawała kwestia towarzystwa. Ponieważ wyjazd miał być nurkowy, towarzystwo też musiało być zdolne do nurkowania. A niestety nie mam zbyt wielu takich znajomych. Ale jedna osoba z tego nielicznego grona, niewinna niewiasta o wielkich oczach i rozbrajającym uśmiechu zwana Miss O, wyraziła spory entuzjazm i zainteresowanie pomysłem. Co prawda na początku było dużo wątpliwości, głównie natury finansowej, ale ostatecznie, po przydługich wyjaśnieniach, udzieleniu odpowiedzi na setki pytań i przygotowaniu pierwszego w historii moich wyjazdów szczegółowego kosztorysu, na początku stycznia zakupiłem dwa bilety z Wawki do Durbanu via Dubaj oczywiście.

Na dodatek linie Emirates zaczęły oferować usługę o nazwie Dubai Connect. W skrócie - jeśli Twoja przesiadka w Dubaju trwa więcej niż 8, a mniej niż 24 godziny, to linie mogą zasponsorować wizę tranzytową, hotel, transport do i z hotelu oraz wyżywienie. Nasza przesiadka trwała 12 godzin, ale przy kupowaniu biletów opcja Dubai Connect nie chciała się pojawić. Stwierdziliśmy, że trudno, najwyżej kupimy sobie normalną wizę tranzytową, zwiedzimy Dubaj i odwiedzimy starych szczecińskich znajomych. Ale przy którejś wizycie na stronie zarządzania rezerwacją opcja Dubai Connect się pojawiła. Więc ekspresowo ją wybraliśmy, zaprzyjaźnieni dubajscy emigranci zgodzili się nas nie tylko przenocować, ale też obwieźć po mieście, pozostało tylko czekać na termin odlotu.

Ponieważ wyjazd był krótki, a na dodatek jechała ze mną niewiasta, trzeba było zarezerwować wszystkie noclegi i nurkowania z wyprzedzeniem. Nie było to proste, komunikacja mailowa była dziwnie utrudniona, wszystkie płatności trzeba było zrobić z góry, nie zawsze było to możliwe online, a na dodatek już kiedyś moja karta kredytowa została okradziona właśnie w RPA na sporą kwotę. Ale na dwa dni przed wyjazdem wszystko już było zapięte - samochód, noclegi, nury i wizyta w pewnym niepozornym rezerwacie przyrody.

| < Marzec 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...