Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.
niedziela, 01 lutego 2015

Wiecie co? Strasznie upierdliwe jest to blogowanie. Chyba mi się w końcu znudziło po tych prawie dziesięciu latach. Zgrać tysiąc beznadziejnych fotek, wybrać sto mniej beznadziejnych, obrobić, żeby wyglądały na fajne, wrzucić do netu. Potem napisać coś sensownego o tych bezsensownych rzeczach, które się robiło w ciągu dnia. Złożyć to do kupy i opublikować. Dużo czasu, duży nakład pracy, a satysfakcja marna. No dobra, czasem ktoś napisze że blogasek fajny. Ale to wszystko. Więc nie dziwcie się, że notki się z rzadka tylko pojawiają.

Anyway. Skoro już mam coś napisać, to napiszę tak: gdyby kiedyś przyszło Wam do głowy, żeby przyjechać do Cancun, to weźcie coś ciężkiego i pierdyknijcie się mocno w tę głowę. Jak nie pomoże, walnijcie jeszcze raz. No chyba, że chcecie spędzać w betonowej turystycznej sieczkarni z amerykańskimi tłuściochami opalonymi na różowo. Jak akurat traficie na spring break, czyli ferie, to może będzie sporo nawalonej i półnagiej młodzieży. Ale że spring break jest raczej wiosną, a do wiosny jeszcze chwila, to młodzieży teraz niet. Z nagością też kiepsko.

Kankuńska masakra, czyli Zona Hotelera, to coś jakby helska mierzeja, zabudowana na całej długości wielopiętrowymi betonowymi kompleksami all-inclusive. Plaża wygląda nawet nieźle, ale publiczny dostęp do niej jest ograniczony tymi właśnie molochami. Są też oczywiście centra handlowe, knajpy, jakieś akwarium, trochę klubów nocnych, w tym jeden ze Spidermanem. Cholera wie, czemu się tam chłopina znalazł.

Z kolei Downtown Cancun to kompletnie pozbawione wyrazu półmilionowe miasteczko. Owszem, jest parę knajpek, są jakieś hotele, jest kompletnie pusta promenada i ostrzeżenia przed krokodylami, są nawet ze dwa parki. Oba wielkości przeciętnego polskiego ogródka. Ale ogólnie nie ma tam kompletnie nic ciekawego.

Czemu ja tam trafiłem? Chyba tylko dlatego, że akurat samolot mnie tam przywiózł. Co było robić. Wysiadłem, dałem się zawieźć do miasta i zanocowałem we względnie cichym hotelu Los Girasoles, równie pozbawionym uroku co całe miasto. Odczuwałem niewytłumaczalny lęk przed wypadem do strefy hotelowej, ale ostatecznie się przełamałem wczesnym wieczorem, i nawet przeszedłem kilka kilometrów kompletnie pustą plażą wzdłuż kombinatów mielących kasę turystycznej stonki. Obejrzyjcie sobie, jak to tałatajstwo wygląda nocą. Ja postanowiłem stamtąd uciec jak najszybciej. Nie wiedziałem tylko, że trafię z deszczu pod rynnę.

sobota, 24 stycznia 2015

W wielkim skrócie:

1. Od teraz będzie krótko. Nie że zaraz 160 znaków na notkę. Ale krótko i treściwie. Ponoć tylko tak teraz można dotrzeć do współczesnych czytelników co to nie umieją się skupić dłużej niż przez 30 sekund.

2. Jak prawie co roku jestem w Konkursiku na Blogaska Roku. Na Onecie. A co, trzeba się trochę polansować.

3. Ostatnie dwie notki z Maminsynkowej wycieczki - no może cztery - już są napisane, pojawią się w najbliższych dniach. Albo tygodniach. Od wycieczki minął rok, ale wiecie, czasu nie było.

4. W tym roku Maminsynek zostawił Mamusię w domu i pojechał w świat sam. W dokładnie przeciwnym kierunku niż ostatnio. Zatem ogłaszam początek wycieczki po Ameryce Środkowej pod hasłem "Gringo wśród grubasów". Zaczęło się od spacerku po Mexico City. Więc proszę bardzo, oto parę fotek na dobry początek. Będzie więcej. Hasta luego!

Co słychać w Meksyku? Sporo się zmieniło. Są nowe pasy rowerowe i ulice wyłączone z ruchu samochodowego. Było lodowisko na głównym placu (Zocalo), ale właśnie je demontowali, więc nie pojeździłem. Są demonstracje i policja gotowa do boju, tylko boju brak. Jest tłok w metrze i korki na głównych ulicach. Ale to nic nowego. Biskup śpi podczas czytania, czyścibut poleruje lakierki klientom. Za to brak biało-zielonych taksówek-garbusów! Zniknęły całkowicie. Szkoda...

sobota, 10 stycznia 2015

Wschód słońca nad Angkor Wat zostawiliśmy sobie na ostatni dzień pobytu. O 5 rano, zawinięci w polary i kurtki, siedzieliśmy w tuk-tuku. Na miejscu przywitała nas liczna banda białasów i żółtków, gromadząca się przed świątynią nad wielką sadzawką w oczekiwaniu na ten jeden wyjątkowy kadr, który będzie można uwiecznić szajsfonikiem i wrzucić na szajsbuka. Właśnie ten:

Nie chcieliśmy się z nimi tłoczyć, więc oddaliliśmy się od tłumów i przeszliśmy się jeszcze dookoła świątyni, żeby rzucić okiem na zachodzący księżyc. Niestety, prawdziwego wschodu słońca nie dało się zaobserwować, bo chmury dość skutecznie go zasłoniły. Nie pozostało nam nic innego jak pstryknąć parę fotek na do widzenia i wrócić do hotelu celem odespania.

Załatwiliśmy transport na dzień następny, przeszliśmy się jeszcze trochę po mieście, zaliczyliśmy kolacyjną porażkę z wyjątkowo syfiastym żarciem, po czym spakowaliśmy nasze nędzne graty i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Na szczęście nie był wieczny.

| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...