Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.

Borneo 2011

środa, 11 stycznia 2012

Kiedy poprzednio byłem w Błotoujściu (bo tak po malezyjsku nazywa się Kuala Lumpur), mieszkałem w dzielnicy pełnej lampucer podłej jakości. Wtedy jednak żadna z nich nie wpadła mi w obiektyw. Tym razem się udało, chociaż nie było ich zbyt wiele, ale to chyba tylko z powodu wyjątkowo wczesnej pory. Nie miałem czasu na polowanie na lampucery, bo w KL spędziłem tylko jedną noc. Ale cóż to była za noc!

KL jest podobno miastem, w którym najłatwiej znaleźć sobie nocleg w 5-gwiazdkowym hotelu za niezbyt wielkie pieniądze. Nie do końca jestem przekonany czy to prawda, bo w Wawce też da się kimnąć w takim Westinie czy Intercontinentalu za mniej niż trzy stówki, ale nie będę się spierał o drobiazgi. Ponieważ robię się coraz starszy, jestem też coraz bardziej wygodny - dlatego postanowiłem ostatnią noc mojej malezyjskiej wycieczki spędzić we względnym luksusie. Trochę się ociągałem z rezerwacją, więc już wielkiego wyboru nie było, i wylądowałem w hotelu Equatorial, położonym między Gwiaździstym Wzgórzem (Bukit Bintang) a świetlistymi wieżyczkami Petronasa. Bez sensu to trochę było, bo w hotelu nie spędziłem zbyt wiele czasu, ale przynajmniej śniadanie było naprawdę pyszne. Biorąc pod uwagę fakt, że ciasny, hałaśliwy jednoosobowy pokój (bez łazienki i bez śniadania) w hostelu na Bukit Bintang kosztuje coś koło 80 zeta, cena 250 złotych za pokój w Equatorialu nie wydaje mi się specjalnie wygórowana.

Zrzuciłem brudne graty, zabrałem aparaty, i ruszyłem pstryknąć Petronasy o zmierzchu. Wiadomo, nuda. Fotek tych wieżyczek, które wyglądają raczej jak rakiety gotowe do startu, mam już całą masę z poprzednich wyjazdów. Ale Petronasy zawsze robią na mnie wrażenie, więc skwapliwie cyknąłem sobie kolejne foteczki. Oczywiście przeszedłem się po centrach handlowych, po czym wróciłem do hotelu, i kiedy już miałem iść spać, odezwała się moja ulubiona bollywoodzka nurkowa Księżniczka, która dziwnym trafem też spędzała ostatnią noc swojego wyjazdu właśnie w KL, i to w tej samej dzielnicy.

Takie zbiegi okoliczności nie zdarzają się zbyt często, więc trzeba było to uczcić. Więc uczciliśmy przesadnie drogim drinkiem w Sky Barze, położonym na najwyższym piętrze hotelu Traders. Bar jak bar, w ciągu dnia robi za hotelowy basen, ale ma też inną niezaprzeczalną zaletę - jest położony dokładnie na wprost Petronasów. Więc gapiliśmy się na Petronasy tak długo, aż ich oświetlenie zgasło, piliśmy mojito, i próbowaliśmy przekrzyczeć nieco zbyt głośną muzykę. Zresztą z mizernym skutkiem. Największym hitem wieczoru była pewna japońska turystka, która tak się zapatrzyła na Petronasy za oknem, że wpadła do basenu, wzbudzając ogólną wesołość. Turystka przeżyła, ale nowy ajFonik się utopił. Jakoś mi go nie żal.

Niestety niebiańsko-bollywoodzki wieczór nie trwał długo. Księżniczka miała samolot o jakiejś barbarzyńsko wczesnej godzinie, a ja chciałem się wyspać przed długim lotem do domu. Więc pożegnaliśmy się czule i każde udało się w swoją stronę świata. Księżniczka poleciała do Królestwa Zjednoczonego, a ja skorzystałem z niespodziewanej oferty i wróciłem do domu biznes klasą. Nie miałem co prawda koszulki z Che Guevarą, ale i tak czułem się tam trochę nie na miejscu. I szczerze mówiąc, cała ta biznes klasa zupełnie nie jest warta swojej ceny. Zwłaszcza jeśli trzeba za nią zapłacić z własnej kieszeni.

Ponieważ butelczyna filipińskiego rumu Tanduay nie wytrzymała trudów podróży, to mimo wypasionej etykietki "priority business" mój plecaczek roztaczał wokoło cudowną alkoholową woń. Współpasażerowie w niemieckim pociągu patrzyli na mnie z lekką dezaprobatą. Na dodatek pociąg się spóźnił, więc biegałem zdyszany po berlińskich stacjach ze śmierdzącym plecakiem, ale ostatecznie rzutem na taśmę udało mi się wskoczyć do pociągu jadącego do domu. Szkoda tylko, że dojechałem do niego bez rumu.

sobota, 07 stycznia 2012

Siedziałem na Mabulu cały długi tydzień, więc zdążyłem się trochę zintegrować nie tylko z białasami, ale też z lokalsami. Młode dziewczę z baru udzielało mi codziennych lekcji języka malajskiego, dzięki czemu w ciągu tygodnia mój zasób słów poszerzył się o jakieś 200 procent. Fakt, startowałem z baaardzo niskiego poziomu.

Poszlajałem się też po wyspie celem sprawdzenia, co zmieniło się w ciągu ostatnich trzech lat, poza nowotworowym wręcz rozrostem chatek Wujka Changa. A zmieniło się sporo. Pojawiły się nowe pomosty po północnej stronie wyspy. Wyraźnie rozrosły się też obie wioski lokalsów. Pojawiły się ponoć pomysły, żeby lokalsów wyrzucić z wyspy i zrobić na niej rezerwat. Moje początkowe oburzenie osłabło, kiedy dowiedziałem się, że to nie jest wyspa, na której ktokolwiek mieszka od pokoleń, bo pierwsi rybacy zaczęli się na niej osiedlać w latach 70tych, i to nie całkiem legalnie. Zresztą znaczna część mieszkańców Mabula to nielegalni imigranci z Filipin. Więc może rzeczywiście trzeba ich gdzieś wypędzić, żeby mabulska podwodna przyroda wróciła do pionu.

Skoro jednak jeszcze nie zostali przepędzeni, lokalsi zajmują się nie tylko tępieniem ryb i pracą dla turystów, ale także rozwijają się intelektualnie (jest szkoła), religijnie (meczet) oraz przede wszystkim sportowo. Jest liga piłkarska, na środku wyspy mają boisko, i 10 drużyn rywalizuje o tytuł mabulskiego mistrza. Trafiłem na jeden z meczów i wyglądało to całkiem profesjonalnie. Ale jeszcze bardziej profesjonalny był mecz siatkówki, który oglądałem wraz z licznymi mieszkańcami wioski. Trzeba przyznać, że całkiem wysoko chłopaki skakały.


Tydzień na Mabulu to wystarczająco długo, żeby mieć co robić, i wystarczająco krótko, żeby się nie zanudzić tym cholernym codziennym nurkowaniem. Ale poza nurkowaniem nie ma tam wiele do roboty. Można oczywiście pływać w morzu, ale tylko podczas przypływu, bo w czasie odpływu jest po prostu za płytko i można się pokaleczyć o rafę. Opalania nie polecam, chyba że ktoś koniecznie chce mieć raka skóry. Spacerować nie bardzo jest gdzie, bo na wyspie nie ma zbyt wielu niezabudowanych czy niezagospodarowanych miejsc. Można przejść się po wiosce, ale tamtejsze widoki burzą trochę rajsko-plażową sielankę. Lokalsi mieszkają w warunkach zdecydowanie gorszych, niż w najgorszych nawet backpackerskich budach na palach. Między lichymi domkami włóczą się obsmarkane dzieciaki w łachmanach. Psy też nie mają łatwego życia. Wieczorami dochodzi hałas generatorów, bo na Mabulu nie ma jednej centralnej elektrowni, i każdy musi sobie wyprodukować swój własny prąd. Słabo im się tam chyba śpi w tym dieslowskim łoskocie...


Poniżej odrobina informacji praktycznych dotyczących Mabula i Sipadanu (dane pochodzą z września 2011 roku):

Dojazd:
Mabul i Sipadan są wyspami, i można się na nie dostać tylko drogą wodną. A łodzie odpływają z miasta Semporna. Semporna z kolei leży godzinę drogi samochodem od najbliższego lotniska w mieście Tawau. Lądują tam samoloty z Kuala Lumpur i z Kota Kinabalu. Więc najprostsza droga z Europy to lot do Kuala Lumpur, przesiadka na lot do Tawau (AirAsia lata 3 razy dziennie, promocyjne ceny zaczynają się od 90 gitów/złotych w jedną stronę), minibus albo taksówka z lotniska do Semporny (max. 95 gitów), i stamtąd łódka na Mabul. Być może jest jakaś publiczna łódka, ale wszyscy turyści płyną na łodziach zapewnianych za darmo (albo raczej wliczonych w cenę) przez ośrodki nurkowo/noclegowe. Polecana jest więc wcześniejsza rezerwacja.

Noclegi:
Są tacy, którzy śpią w Sempornie, ale to jest kompletna pomyłka. Na Mabulu można spać w jednym z kilku, a może już kilkunastu względnie tanich ośrodków nurkowych na palach, gdzie ceny noclegów zaczynają się od 40-50 gitów (za łóżko w sali wieloosobowej), przez 80-100 za osobę w pokoju. Standard jest zwykle dość niski, toalety na korytarzu, ale za to w cenie jest skromne i proste całodobowe wyżywienie. Najpopularniejszy jest Uncle Chang, w którym byłem 3 lata temu, ale go już nie polecam, bo ciężko o jakikolwiek z nim kontakt i generalnie ma olewający stosunek do klientów oraz kompletnie popieprzonych divemasterów. Ja spałem w Sipadan.com, czyli Mabul Backpackers Dive Lodge (http://www.sipadan.com/dive-resorts.php) i było całkiem sympatycznie. Inne takie miejsca to: Billabong Scuba, Big John czy Arung Hayat.
Jeśli chcecie większego komfortu, to na terenie wyspy jest kilka ośrodków z bungalowami i trochę większym wypasem, i odpowiednio wyższymi cenami. Należą do nich Borneo Divers (mają nawet info po polsku, prawdopodobnie z racji współpracy z Dive Away) i Scuba Junkie (Mabul Beach Resort). Zwykle każdy z nich jest połączony z centrum nurkowym, bo zdecydowana większość ludzi przyjeżdża tu nurkować. Ale jeśli nie nurkujecie, nikt Was nie wyrzuci. Ceny za nocleg od 150 gitów w górę.
Na najwyższym poziomie luksusu są ośrodki takie jak Sipadan-Mabul Resort (Smart), Sipadan Water Village (na palach po północnej stronie wyspy Mabul) czy Kapalai (ośrodek na palach na "środku" morza).

Jedzenie:
Ośrodki zapewniają wyżywienie swoim gościom, ale można też przyjść z zewnątrz i coś zjeść za odpowiednio wysoką cenę. Możliwości jedzenia "dla lokalsów" są mocno ograniczone. 

Picie/imprezy:
W zależności od składu ekipy w Waszym ośrodku, może być bardzo wesoło albo bardzo drętwo. Jeśli jednak jesteście spragnieni rozrywek, możecie przejść się do dowolnego innego ośrodka, tam Wam chętnie sprzedadzą drogie piwko. U Wujka Changa czasem grywa jakaś nędzna kapelka. Ciekawe, czy nadal mają perkusję zrobioną z wiader.
Piwo jest generalnie dość drogie, jak w całej Malezji - mała puszka kosztuje zwykle 8 gitów. Ale jest wyjście z tej dramatycznej sytuacji... Cena szmuglowanego z Filipin pysznego rumu Tanduay, wynosząca 20 gitów za małą butelkę dla świeżo przybyłych, po wypytaniu właściwych ludzi spada do 20 gitów za litr. Polecam.

Nurkowanie:
Żeby nurkować na Sipadanie, trzeba zmieścić się w limicie 120 nurków na dzień. Dobrze więc zarezerwować sobie nury z wyprzedzeniem, takim co najmniej kilkutygodniowym. Ale równie dobrze można mieć szczęście i załapać się "z marszu". Poszczególne centra nurkowe wymieniają się między sobą miejscami na liście, czasem zmieniając wcześniej wpisane nazwiska nurków. Dzień nurkowy na Sipadanie (3 nury) kosztuje około 500 gitów.
Sipadan to głównie "duże" rzeczy - rekiny, żółwie, duże ryby. Natomiast jeśli wolicie coś mniejszego: ślimaczki, robaczki, kraby i tego typu kreatury, to zostańcie na Mabulu. Nie będziecie się nudzić, a przy okazji zaoszczędzicie - jeden nur kosztuje zwykle około 100 gitów, a w pakietach jest zwykle taniej.

środa, 04 stycznia 2012

Oto ostatnia porcja podwodnych fotek z wyspy Mabul. Mamy na nich starych znajomych - żółwia, ślimaczki, mureny, mątwę, skrzydlice, żabo- i krokodylo-rybki oraz parę innych pospolitych kreatur, takich jak patelnice niebieskoplame (blue spotted stingray). Ale na początek mam dla Was paskudną, kolorową mordę szkaradnicy. Zdaje się mówić: Przeproś i wy...jazd stąd.

    

Większość tych fotek została zrobiona podczas ostatniego nurkowania, które odbyło się pod nieużywaną platformą wiertniczą z lat 70tych, które obecnie pełni rolę ośrodka nurkowego Seaventures, a pod wodą jest jednym z fajniejszych miejsc do nurkowania na Mabulu.

Ostatecznie postąpiłem zgodnie z sugestią szkaradnicy i zabrałem swoje manatki spod wody. Ale było też co oglądać na samej wyspie. O tym za chwilę.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...