Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.

Foto/Video

niedziela, 27 czerwca 2010

Polskie przepisy o imprezach masowych są do dupy. Jakieś absurdy z wydzielonymi terenami, na których można pić piwo (bo na pozostałej części terenów festiwalowych nie można), do tego monstrualne kolejki. Ciekawe, że w takich Niemczech czy Czechach można się po ludzku bronka na koncercie napić i nie trzeba na niego godzinę czekać. I właśnie z powodu debilizmu polskich ustawodawców nie udało mi się zobaczyć Anthraxa. Słyszałem ich z daleka, i dało się zauważyć, że Joey Belladonna trochę się męczy ze śpiewaniem. John Bush jest zdecydowanie lepszym wokalistą. Szkoda, że go nie było.

Megadeth udało mi się zobaczyć i obejrzeć z bliska, i poza gęganiem Mustaine'a bardzo mi się podobało. Co prawda czasy Friedmana nie wrócą, ale i było jest nieźle. Chłopaki ukradli Metallice rocznicowy pomysł, i z okazji 20-lecia wydania swojej najlepszej płyty, Rust In Peace, zagrali ją w całości na żywo. Kiedyś nie wierzyłem, że Poison Was The Cure da się wykonać na żywo. Na szczęście się myliłem. Da się, chociaż z trudem. Ale solo w tym kawałku jest dla mnie mistrzostwem świata. Byle grał je Marty Friedman, a nie jakiś przypadkowy zastępca. Oprócz Rust In Peace było też parę innych znanych rzeczy, z Peace Sells i Symphony Of Destruction na czele. Poza głosem Mustaine'a wszystko było po prostu perfekcyjne. Pokochałem Megadeth prawie jak za dawnych lat.

Slayer... nie zdążył mnie znudzić swoimi monotonnymi kawałkami, powiedziałbym wręcz, że pozytywnie mnie zaskoczył. Kiedy ich poprzednio widziałem na żywo w berlińskiej Arenie, słyszałem tylko ścianę dźwięku, i dopiero w okolicy połowy kawałka orientowałem się, co to za dzieło. Tym razem było duuużo lepiej, kawałki rozpoznawałem już po paru sekundach. Tylko strona wizualna pozostawiała wiele do życzenia. Lata płyną, świat się zmienia, tylko łańcuchy i skóry u gitarzystów Slayera pozostają te same. Żałosne to było trochę. Zwłaszcza, że ilość kilogramów wzrasta zdecydowanie szybciej, niż liczba lat scenicznego stażu.

Nie zaskoczyła mnie za to Metallica. Po prostu zagrali jak zwykle. Lars nie wyglądał, jakby miał umrzeć na zawał, i nawet trzymał tempo w zdecydowanej większości numerów. James wyglądał, jakby znów miał 20 lat. Kirk co prawda wyglądał trochę starzej, ale grał niezmiennie fantastycznie. Roberto też już staro wygląda, ale paluchy ze stali robią swoje.

Całość brzmiała od początku do końca niemal doskonale (bo dla odrobiny obiektywizmu trzeba wspomnieć o drobnej wpadce Hetfielda we wstępie do Fade To Black), i czego by dobrego nie powiedzieć o pozostałych zespołach, od pierwszych chwil koncertu Metalliki było wiadomo, kto tu rządzi. Niech się schowają wszystkie Rolling Stonesy, U-dwójki i EjSiDiSi tego świata. Królowa jest tylko jedna. A jej imię zaczyna się na literkę M.

| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...