Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.

Filipiny 2012

wtorek, 06 listopada 2012

I my też pojechaliśmy do Puerto Princesa. Nie mieliśmy tam zbyt wiele czasu, więc szybko ulokowaliśmy się w One Rover's Inn w pobliżu lotniska i już mieliśmy wyjść w poszukiwaniu czegoś do jedzenia i picia, kiedy pojawiła się wiadomość od Chinki o jakże chińskim imieniu Amy. Okazało się, że też jest w Puerto Princesa, więc postanowiliśmy się spotkać.

Pojechaliśmy do popularnego backpackerskiego przybytku o nazwie Banwa Art House, gdzie oprócz Chinki o chińskim imieniu Amy spotkaliśmy też jedną mało rozmowną Polkę oraz dość liczne międzynarodowe towarzystwo, składające się z dwóch Niemców, Rosjanina o rosyjskim imieniu Dimitrij, i paru innych osób, które jakoś nie zapadły mi w pamięć. Jak to w międzynarodowym towarzystwie bywa, zapragnęliśmy zacieśnić więzy przyjaźni między naszymi narodami spożywając zawartość butelki Tanduaya. A może było tych butelek więcej? Nie pamiętam. Pamiętam za to, że podczas spożycia udzieliłem Niemcom krótkiej lekcji naszej historii prawie najnowszej, tłumacząc im, co to był Katyń. Dimitrij tylko siedział i kiwał głową na znak tego, że zgadza się z każdym słowem mojej opowieści.

Niestety do Tanduaya zamówiłem sobie porcję krewetek. I bestie te chyba nie były zbyt świeże. A może to jednak alkohol mi zaszkodził? W każdym razie kilka chwil tej nocy musiałem spędzić w kibelku. Ale rano udało nam się wstać i pojechać na lotnisko, wsiąść do samolotu i być świadkami rozkosznego konkursu wokalnego na pokładzie pod hasłem The Voice of Cebu Pacific, w którym brały udział totalne beztalencia. Wszyscy jednak bawili się doskonale. I my też w doskonałym humorze dotarliśmy na lotnisko w Manili.

Tu zaczęły się kombinacje. Mieliśmy pół dnia do zagospodarowania, ale musieliśmy coś najpierw zrobić z naszymi bagażami. Liczyliśmy na to, że uda je nam się oddać do bardzo wczesnej odprawy na lotnisku, ale ten plan legł w gruzach. Na szczęście miła pani powiedziała nam, że na pewno jest przechowalnia bagażu w centrum handlowym SM Mall of Asia. Więc wsiedliśmy w taksówkę i pojechaliśmy sprawdzić.

I rzeczywiście, po niezbyt długich poszukiwaniach odnaleźliśmy przechowalnię bagażu, ukrytą na tyłach centrum handlowego. Naszą wielką radość wywołał fakt, że przechowalnia była całkowicie darmowa. Więc poszlajaliśmy się trochę po sklepach, w przerwach przyglądając się Filipkom jeżdżącym na łyżwach. A potem pojechaliśmy do Intramuros, czyli na manilskie Stare Miasto.

Byłem tam już podczas mojej pierwszej wizyty na Filipinach w roku 2006. Więc wrzucam parę fotek z tamtego wyjazdu. Teraz fotek nie ma za dużo, bo było już raczej szaro. Przejechaliśmy się dorożką, zajrzeliśmy do kościoła na ceremonię ślubną, wleźliśmy na mur, potem przeszliśmy się jeszcze kawałek. I wróciliśmy po nasze graty do szopingmola.

Ponieważ w Niewiastach obudził się shoppingowy zew, nasze drogi się rozeszły na jakiś czas. Ja postanowiłem trochę odpocząć, więc poszedłem na jakiś durnowaty film do Imaxa, i pospałem sobie trochę za trzydzieści złotych i w trzech wymiarach.

Kiedy usiłowaliśmy wydostać się na lotnisko, pojawił się nowy problem. Zaczęło lać, i kolejka do postoju taksówek wydłużyła się niemiłosiernie. A czasu było coraz mniej. Więc z rosnącą paniką usiłowaliśmy zatrzymać jakąś taksówkę wysadzającą pasażerów. Kiedy w końcu się udało, odetchnęliśmy z głęboką ulgą. Mimo sporych korków dojechaliśmy na lotnisko w całkiem krótkim czasie. I chociaż żegnaliśmy się z Filipinami, to nie był koniec przygód na tym wyjeździe.

Oto bowiem krewetki popijane Tanduayem zaczęły żyć własnym życiem w moim przewodzie pokarmowym. W czasie pierwszego lotu jakoś nie przeszkadzało mi to specjalnie, i nawet na lotnisku w Dubaju sobie poradziłem jakoś. Prawdziwy kryzys desantowy nadszedł w trakcie lotu z Dubaju do Hamburga. Na szczęście siedzieliśmy całkiem blisko kibelka, i mogłem w krótkim czasie do niego dobiec. Za trzecim razem miałem wrażenie, że wszyscy pasażerowie patrzą na mnie nieco dziwnie. Za czwartym wrażenie zmieniło się w absolutną pewność. A po piątym spodziewałem się entuzjastycznych braw i okrzyków uznania zaraz po spuszczeniu wody. Braw i okrzyków niestety nie było, ale stwierdziłem, że czas udać się do stewardessy po pomoc. Na początku nie zostałem przez nią potraktowany poważnie, ale kiedy usłyszała, ile już razy odwiedzałem samolotowy kibelek, pokiwała głową ze zrozumieniem i współczuciem, i z pokładowej apteczki wygrzebała immodium. Zanim jednak podwójna dawka loperamidu zaczęła działać, zdążyłem odwiedzić kibelek raz jeszcze, bijąc tym samym nieoficjalny rekord linii Emirates. Szkoda, że nie dawali nagród, chociażby jakichś dodatkowych mil w programie dla częstych lataczy.

I takim desantowym akcentem zakończyła się ta króciutka, 6-tygodniowa wycieczka na Filipiny. Wróciliśmy do Ojczyzny naszej Przenajświętszej, gdzie następnego ranka spadł śnieg, a ja natychmiast radośnie zerwałem się z łóżka i poszedłem na spacer. Oto do czego prowadzi popijanie krewetek Tanduayem...

czwartek, 01 listopada 2012

Trzy lata temu, w drodze z El Nido do Puerto Princesa usiłowałem odwiedzić Podziemną Rzekę, znajdującą się w okolicy miejscowości Sabang. Do samego Sabang udało mi się wtedy dotrzeć, ale na rzekę nie starczyło czasu. Trochę szkoda, bo miałbym to z głowy i nie przeżyłbym tej dezorganizacyjnej żenady, która teraz stała się moim i Niewinnych Niewiast udziałem.

Ale z drugiej strony poprzednia wizyta dała mi możliwość uświadomienia sobie zmian, jakie nastąpiły w Sabang w ciągu tych ostatnich 3 lat. Poprzednio przy plaży stały jakieś żałosne chatki, i pamiętam że z trudem udało mi się znaleźć cokolwiek do jedzenia wieczorową porą. Tymczasem teraz główną część plaży zajął wielki, luksusowy ośrodek z basenem i widokiem na okoliczne wzgórza. Rozważaliśmy nawet spędzenie jednej nocy w luksusie, ale kwota 150 dolków za noc lekko ostudziła nasze zapędy.

Kiedy w końcu kuśtykając niemrawo znaleźliśmy nocleg w Zielonych Zielonych Domkach (Green Verde Beach Resort), nadszedł czas na zaklepanie sobie miejsca na jutrzejsze zwiedzanie Podziemnej Rzeczki. Udaliśmy się więc do biura parku narodowego, które zgodnie z filipińską tradycją nazywa się niezwykle szumnie: Puerto Princesa Subterranean River National Park Central Information and Tourism Office (ktoś zrozumiał?), chociaż jest zwykłą budką z ladą, za którym siedzą trzy niezbyt ogarnięte, ale za to absolutnie wszechmocne panie. Kiedy zapytałem, jak możemy sobie zarezerwować bilety na jutro, panie grzecznie poleciły mi napisać nasze nazwiska na karteczce (co niezwłocznie uczyniłem) i pojawić się o poranku. Było to zbyt proste, żeby było prawdziwe, ale póki co uwierzyłem. Zupełnie niesłusznie.

Na każdym grupowym wyjeździe zdarzają się kryzysowe czy konfliktowe dni. I to był właśnie ten dzień. Nikt z nas nie czuł się najlepiej: Zośka wciąż nie mogła się oswoić z cudownie odzyskanym wzrokiem, Aga nie mogła przeboleć straty 50 eurasów, uszkodzenia pięty i braku ciepłej wody, ja kuśtykałem jak połamany staruszek. Na dodatek Niewiasty lekko się o coś poprztykały i nie bardzo chciały się do siebie odzywać. Odzywały się do mnie, ale moje umiejętności łagodzenia niewieścich konfliktów okazały się wyjątkowo marne. Na domiar złego w sąsiednim, niedawno zbudowanym i nieprawdopodobnie drogim ośrodku nie mieli prądu i nie potrafili nam podać kawy ani zapewnić darmowego wifi, co jeszcze bardziej popsuło i tak już kiepski humor Niewiast. Zatopiły się więc każda z osobna w swoich telefonach i gapiły się tępo we wskaźnik sygnału wifi. A wskaźnik nie dawał znaków życia.

Jedyną metodą rozwiązania nabrzmiałych problemów wydało się być wspólne spożycie alkoholu. Sięgnęliśmy po sprawdzoną truciznę w postaci Tanduaya. I sprawdziła się ona po raz kolejny. Po lekkiej rozgrzewce w naszych podłych domkach ruszyliśmy "w miasto", chociaż w Sabang nie bardzo jest jakiekolwiek "miasto". Ostatecznie wylądowaliśmy w raczej pustawej knajpeczce w Dab-Dab Cottages, całkiem klimatycznym ośrodku drewnianych domków kawałek za portem. Nie pociągnęliśmy jednak zbyt długo i o całkiem wczesnej porze udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.

Kiedy o jakiejś wczesnoporannej godzinie udaliśmy się do kasy parku narodowego (o, przepraszam, do Centralnego Biura Informacyjno-Turystycznego Parku Narodowego Podziemnej Rzeki) celem zakupu "pozwoleń", jak szumnie nazywają się tu bilety, zastaliśmy kompletny bajzel. Banda rozwrzeszczanych ludzi próbujących dopchać się do lady, jakiś samozwańczy chyba dyrektor nieudolnie usiłujący zaprowadzić choć namiastkę porządku, i sporo zdezorientowanych białasów, nie bardzo umiejących sobie poradzić w tych trudnych warunkach. Doszło wręcz do tego, że musiałem porwać paszporty jakiejś zagubionej holenderskiej parki i wcisnąć je pani za ladą, bo inaczej biedaki by się przez kolejny tydzień nie załapały na listę.

Po jakiejś godzinie przepychanek wreszcie otrzymałem permit, czyli po prostu bilet, i kiedy już myślałem że to koniec idiotycznej dezorganizacji, pani zza lady powiedziała, niby od niechcenia: - A jak się chcecie dostać do Podziemnej Rzeki? Większość turystów pływa łódkami, ale jest też piesza ścieżka przez dżunglę. I w normalnej sytuacji zapewne wybralibyśmy ścieżkę, ale moja stopa jeszcze się nie zagoiła i nie zniosłaby raczej dwóch godzin marszu w jedną stronę. - Popłyniemy łódką, proszę pani - odpowiedziałem. A pani na to: - Ale dziś już nie ma miejsc na łódkach.

Zagotowałem się nieco. - O nieeee, proszę pani. Wpisałem się na listę wczoraj, dziś stoję w tym pierdolonym bajzlu od godziny, a pani mi mówi, że nie ma miejsca na łódkach?! Mam dziurę w nodze i nigdzie kurwa nie będę łaził. Płynę łódką i kropka! - Chyba musiałem brzmieć poważnie i mieć agresywną minę, bo pani się spłoszyła, a rzekomy dyrektor przejął pałeczkę i zaczął uspokajać nerwową atmosferę. - Wait, wait, we will organize a boat for you. - Brzmiało to tak, jakby coś rzeczywiście miał specjalnie dla nas załatwiać. Jakież było moje zdziwienie, kiedy podeszliśmy do nabrzeża, a tam z miejscami na łódkach nie było najmniejszego problemu. O co chodziło? Kto wymyślił problem i po co? Nie mam bladego pojęcia. Wiem jedno - Filipińczycy są jednym z najzdolniejszych narodów, jeśli chodzi o dezorganizację spraw prostych jak budowa cepa.

Potem już poszło gładko. No, względnie gładko. Wsiedliśmy na łódź z jakąś anglosaską parą (dziś już nie pamiętam, skąd byli) i popłynęliśmy wzdłuż skalistego wybrzeża do ujścia Podziemnej Rzeki. Tam okazało się, że łodzi są dziesiątki, a ludzi setki, i wszyscy muszą czekać w kolejce do kolejnych, mniejszych łódek, którymi można wpłynąć do ciemnej czeluści. Nasza grupa dostała jakiś numerek, dość odległy, i trzeba było pilnować, żeby nasza kolejka nie uciekła, bo cała ta poranna kombinacja poszłaby na marne. Więc pilnowaliśmy, umilając sobie czas oglądaniem małpek i obserwowaniem licznych grupek Filipków pozujących do słitaśnych foteczek. No to też im cyknąłem.

W końcu przyszła nasza kolej, załadowaliśmy się na łódkę i popłynęliśmy w głąb jaskini, z której wypływa Podziemna Rzeka. Całkiem ciekawe to było, mimo denerwującego przewodnika, który próbował być zabawny, ale nie bardzo mu wychodziło. Obejrzeliśmy co było do obejrzenia, nawet ze dwa zdjęcia wyszły w ciemności rozświetlanej z rzadka światłem naszych latareczek, i muszę przyznać że fajna ta Podziemna Rzeczka. Tylko po cholerę tyle z nią niepotrzebnych kombinacji?


Podziemna Rzeka - informacje praktyczne:

Park Narodowy Podziemnej Rzeki leży w miejscowości Sabang, ale dla zmyłki nosi nazwę Puerto Princesa Subterranean River National Park, sugerującą, że jest to w Puerto Princesa. Nie jest. Z Sabang do Puerto jest kawałek, chyba jakieś 2 godzin jazdy minibusem. Można też dla folkloru lub oszczędności pojechać lokalnym jeepneyem, ale trwa to cholernie długo, bo jeepney zatrzymuje się co parę metrów.

Są dwa sposoby, żeby odwiedzić Podziemną Rzeczkę. Sposób numer jeden to sposób dla stonki. Po przybyciu do Puerto Princesa udajecie się do dowolnego biura turystycznego, kupujecie jednodniową wycieczkę, następnego ranka przyjeżdża po Was minibus, wiezie Was do Sabang, pakują Was na łódkę, potem na drugą, wpływacie w podziemia, oglądacie, wypływacie, może będziecie mieli godzinkę na obiadek w Sabang, a może nie, i wracacie do Puerto. Płacicie za to wszystko jakieś 1200 peso (nie jestem pewien), biuro wszystko załatwia za Was, a Wy macie wszystko w pompie i możecie sobie jedynie ponarzekać, że na łódce było mokro albo że pani koło Was była gruba i się rozpychała albo śmierdziało jej spod pachy.

Drugi sposób wymaga walki z filipińską parkowo-narodową biurokracją, jak opisano w powyższym wpisie. Przyjeżdżacie do Sabang na własną rękę (bezpośrednim minibusem albo jeepneyem z Puerto Princesa albo z El Nido, przeważnie z przesiadką w Salvacion). Znajdujecie sobie nocleg. Albo nawet przed znalezieniem sobie noclegu udajecie się do parkowej budki (nie da się jej przeoczyć, stoi na środku placu przy przystani). Orientujecie się w sytuacji. Nawet jeśli Wam powiedzą, że na jutro nie ma miejsc, nie poddawajcie się, uśmiechnijcie się, proście, błagajcie, coś się na pewno da zrobić. Pewnie każą Wam przyjść jeszcze raz. Trudno. Może Wam się uda uniknąć tego bajzlu, a może bajzel będzie jeszcze większy, niż za naszej wizyty. Trzymam kciuki. Jak już dostaniecie swoje "permity", idziecie na przystań i płacicie za łódkę, albo idziecie tak zwanym Jungle Trail w kierunku Podziemnej Rzeki. Tam będzie kolejna kolejka, jakieś numerki, aż w końcu wsadzą Was na łódź. I dalej już będzie tak samo jak w wersji pierwszej powyżej.

Ponoć kiedyś była jeszcze wersja trzecia, polegająca na dogadaniu się z właścicielem jakiejś łódki, żeby Was zabrał do Podziemnej Rzeki po południu, po zniknięciu licznych stad stonki. Gdyby Wam się udało, to proszę o informację w komciach pod niniejszym wpisem.

Noclegi: Green Verde Cottages, 700 peso za lekko obskurny domek "bliźniak" ze wspólną łazienką. W Dab-Dab po drugiej stronie portu jest całkiem przyjemnie. Jeśli macie w cholerę szmalu albo chcecie prawdziwego luksusu, może uda Wam się znaleźć miejsce w Sheridan's Beach Resort, jest tam wielki basen i widok na górki w interiorze. Ale ten sam widok jest też z plaży.

Atrakcje: Wydawać by się mogło, że Sabang to Podziemna Rzeka i nic więcej. Błąd. W Sabang jest naprawdę przyjemna plaża, położona w długiej zatoce osłoniętej z obu stron skałami. Więc można się polenić w cieniu, popływać (chociaż ponoć po południu trzeba uważać na prąd), można połazić po okolicznych górkach, można popłynąć łódką do Port Barton. Popołudnia są całkiem przyjemne, kiedy większość stonki wsiądzie do swoich busików i pojedzie z powrotem do Puerto Princesa.

środa, 31 października 2012

Kiedy nadszedł nasz ostatni poranek w El Nido, prąd już chyba był. W każdym razie wszyscy jakoś wstaliśmy, zebraliśmy manatki i tricyklem pojechaliśmy ciemnymi uliczkami na jakieś zadaszone klepisko, z którego odchodził nasz busik do Puerto Princesa. Busik już stał, o dziwo miał wszystkie koła, paliwo i siedzenia, pozostali pasażerowie też już byli w komplecie, więc bez większych opóźnień ruszyliśmy w drogę. Była ona nieco wyboista i dziurawa, przynajmniej jej pierwszy kawałek do miejscowości Taytay, gdzie skończył się dziurawy szuter, a zaczął względnie równy beton. Tam zatrzymaliśmy się na krótki postój na błotnistym klepisku, na którym w deszczu stały smutne tricykle.

Mniej smutna była czarna psina, która koniecznie chciała się z nami zabrać w dalszą podróż. Niestety nie było dla niej miejsca w busiku, więc po paru minutach pieszczot musieliśmy psinę wygonić. Zostały po niej tylko zdjęcia.

Kolejny deszczowy postój wypadł w Roxas u progu zbiorowiska kilku sklepików i restauracji. Ponieważ wciąż lał deszcz, schroniliśmy się pod daszkiem. I oczywiście, zgodnie z hasłem "Disaster Holiday", jedyna do tej pory całkowicie sprawna osoba z naszej radosnej ekipy, czyli Aga, już w pierwszych 3 minutach postoju rozorała sobie piętę na niebezpiecznym, metalowym profilu drzwi do jednego ze sklepów. Pięta krwawiła obficie, jednak szczęśliwie w tym samym kompleksie była apteka, więc natychmiast zakupiliśmy niezbędny sprzęt opatrunkowy i krwawy kryzys został zażegnany.

Potem pojechaliśmy dalej, i po jakimś czasie zostaliśmy wyrzuceni na rozstaju dróg w Salvacion. Tym razem, w odróżnieniu od mojej poprzedniej wizyty 3 lata temu, postój był dość krótki, w sam raz na sfotografowanie kilku palawańskich tricykli o tradycyjnie niezwykłych kształtach, kilku małych kózek i na krótką pogawędkę z lekko oderwanymi od rzeczywistości Duńczykami. Udało mi się też zarejestrować rozkoszną kolekcję samochodowych maskotek. Aż w końcu przyjechał kolejny minibus i zabrał nas do Sabang.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...