Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.

Gringo Trail 2013

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Trzy lata temu udało mi się zaliczyć spacerek po Kanionie Colca na własną rękę, ale tym razem zabrakło nam czasu. Byliśmy więc w pewnym sensie zmuszeni do zapisania się na zorganizowaną wycieczkę dla gringo. Ale okazało się to całkiem znośnym rozwiązaniem.

 

Przyjechali po nas, zawieźli przez góry do Chivay, wyrzucili pod knajpą, dali jakieś marne jedzonko i trochę liści koki, znów zapakowali do busa, zawieźli na Cruz del Condor, gdzie tym razem znów pojawił się tylko jeden kondor, potem jeszcze raz zagonili do busa i wysadzili na początku szlaku w dół kanionu. Grupa była szkocko-angielsko-austriacko-polska plus oczywiście peruwiański przewodnik o jakże typowo peruwiańskim imieniu Frank. Na szczęście jego poziom intelektualny też nieco odbiegał od krajowych standardów.

Początkowo szło nam się dość wygodnie w dół. Potem jednak słońce zaczęło ostro palić w łeb. Na dodatek moja dzielna Towarzyszka traciła siły i wolę walki. Zaliczyła jakąś lekką wywrotkę i odeszła jej ochota do dalszego marszu w dół. Pojawił się ból kolan, zmęczenie i strach przed kolejnym upadkiem. Próby delikatnej perswazji nie przynosiły rezultatów. Zaczęło się gadanie o rezygnacji, o wynajęciu muła, o poszukiwaniu transportu kołowego (który kursuje wzdłuż kanionu mniej więcej raz na tydzień). Sprawy miały się źle. Nie pozostało mi nic innego, jak ulżyć trochę obolałym kolanom Towarzyszki i zarzucić jej plecak na mój własny grzbiet. Na szczęście Towarzyszka spakowała się trochę mądrzej niż ja i waga jej plecaczka była raczej niewielka. Niosłem więc dwa, odgrywając szarmanckiego bohatera, ale prawda była taka, że chyba nie miałem innego wyjścia.

Mnie też słońce trochę dawało się we znaki, mimo że obwiązałem sobie łeb własnymi gaciami (bo czapka była na głowie Towarzyszki). Ale w końcu dotarliśmy do rzeki Colca, która przez miliony lat wyrzeźbiła sobie ten kanion. Postój przy moście, parę fotek i pełzliśmy dalej w stronę San Juan, gdzie czekał na nas cień, obiad i chwila odpoczynku. A potem trzeba było znów maszerować z dwoma plecakami. Ale w końcu doszliśmy do kolejnego mostu, za którym była już oaza Sangalle z zimnymi prysznicami, ale za to względnie ciepłą wodą w basenie.

Kolacja i piwko po takim dniu zawsze smakują doskonale, a śpi się cudownie nawet w prymitywnej chatce z pająkami i komarami. Więc spało nam się zaiste cudownie, chociaż trochę krótko, bo o 5 rano nastąpił wymarsz w górę. Towarzyszka dzielnie maszerowała pod górę, ja się trochę wlokłem, ale w końcu, po jakichś 4 godzinach, doczłapaliśmy do krawędzi kanionu, z której zrobiliśmy sobie pamiątkowe słitfoteczki. I poszliśmy dalej do Cabanaconde na skromne śniadanie i krótki odpoczynek na placu.

To nie był koniec wycieczki. Pojechaliśmy jeszcze do pobliskiej wiochy z kościółkiem, gdzie lokalsi raczą białasów lokalną odmianą pisco sour, zdaje się z sokiem z opuncji. No pyszne to było. Pan z orłem ciągle ten sam co trzy lata temu. A z kolejnego punktu widokowego było widać nie tylko rozległe zielone tarasy, ale też wulkan Mismi, gdzie - jak ustalił Jacek Pałkiewicz i jego ekipa - znajduje się oficjalne źródło Amazonki.

Potem gringobus zawiózł nas na dosyć drogi gringo-obiad w Chivay, a stamtąd pojechaliśmy do zupełnie nie-gringo gorących źródeł. A może źródła były przed obiadem? Kto by to pamiętał. W każdym razie podczas obiadu białasy i żółtki poszukiwały sygnału wifirifi, a w gorących źródłach było bardzo przyjemnie. I gorąco. Dla odmiany za jakąś godzinę było nam znów strasznie zimno, bo w drodze powrotnej do Arequipy zatrzymaliśmy się na jakiejś przełęczy tuż poniżej 5 tysięcy metrów. Nie było widać zbyt wiele, więc szybko uciekliśmy z powrotem do gringobusa.

W hostelu czekała mnie niezbyt miła niespodzianka. Moje skarpetki, suszące się na tarasie na dachu, zaginęły w niewyjaśnionych okolicznościach. Próby ich odnalezienia spełzły na niczym. Więc lekko wkurwiony i bezradny spakowałem pozostałe graty, i wraz z Towarzyszką i absolutnie pierdolniętym taksówkarzem udałem się na Terminal Terrapuerto, skąd odchodził nasz wypasiony Krzyż Południa. Było wifi, były filmy do wyboru, jedzenie i picie. A krzyżowy kierowca był dla odmiany całkiem normalny, i przez ciemną noc dowiózł nas do deszczowego Cusco.

Kanion Colca - informacje praktyczne (styczeń 2013):

Chyba coś na ten temat napisałem już trzy lata temu, ale od tamtego czasu zaszły dość znaczące zmiany. Przede wszystkim wprowadzono nową opłatę turystyczną/klimatyczną/środowiskową, która jest pobierana od wszystkich turystów wjeżdżających w okolice kanionu, zdaje się gdzieś tuż przed Chivay. Podejrzewam że lokalne agencje mają jakiś układ z personelem zbierającym opłaty, bo raczej niechętnie patrzą na tych, którzy tę opłatę chcą uiścić samodzielnie. Opłata wynosi dość sporo, chyba 75 soli, i nie jest wliczona w cenę zorganizowanych wycieczek do Kanionu Colca. Więc jeśli bardzo chcecie zaoszczędzić, to możecie spróbować tej opłaty uniknąć, na przykład jadąc zwykłym autobusem do Chivay albo Cabanaconde. Możecie też po prostu olać agencje, pojechać tam na własną rękę i samodzielnie pospacerować po kanionie. Zgubić się ciężko, bo rzeka jest zawsze na dole. W kanionie są wioski, w których zawsze znajdzie się coś do jedzenia, a miejsce do spania znajdziecie w oazie Sangalle na samym dnie kanionu.

Standardowa trasa zaczyna się na przedmieściach Cabanaconde, prowadzi w dół do mostu przy San Juan, potem północną stroną kanionu do kolejnego mostu i oazy Sangalle, gdzie jest kilka "ośrodków" z miejscami do spania, niektóre mają nawet baseny z niezbyt ciepłą wodą geotermalną. A wczesnym rankiem można wyruszyć w górę, z powrotem do Cabanaconde. Różnica poziomów wynosi jakieś 1200 metrów, więc jeśli macie problemy z kolanami, to zastanówcie się dobrze, czy ta zabawa jest dla Was. Ale w ostateczności możecie wynająć muła czy osła, który zaniesie Wasze zmęczone cielska z powrotem do cywilizacji. W kanionie już chyba jest prąd, ale w Sangalle go nie ma, więc nie liczcie na ładowanie Waszych nowiutkich szajsfonów, tabletów i innych gadżetów.

niedziela, 08 grudnia 2013

No i znowu powtórka z rozrywki. Trzy lata temu też byłem w Arequipie, i też główną atrakcją była wizyta w klasztorze Świętej Kaśki. Wtedy było trochę bardziej szaro, teraz pięknie świeciło słońce, dzięki czemu klasztorne zakamarki nabrały dodatkowych barw.

Więc zrobiliśmy sobie luźny, klasztorny dzień, z ciastkiem w klasztornej kafejce. Menu zawiera dość zabawne aluzje do grzesznej natury człowieka. Ale może to tylko mnie wydało się to zabawne.

Zabawny był też obiad. Daliśmy się zagonić do jednej z knajp przy Plaza de Armas, i postanowiliśmy wreszcie zjeść peruwiańskie danie flagowe numer dwa. A może numer jeden. Cuy! Czyli świnka morska na talerzu.

Cuy nie wyglądał na specjalnie zadowolonego, ale my skonsumowaliśmy jego żylaste mięsko bez wyrzutów sumienia, popijając piwkiem. Przy sąsiednim stoliku peruwiańska parka spędzała romantyczny wieczór moich marzeń. Ona, on i cztery duże browary. No, jeszcze lepszy jest śledź, tatar i wódka w Towarzyskiej. O ile ktoś będzie się chciał ze mną umówić.

Poszliśmy jeszcze pstryknąć parę fotek wulkanom oświetlonym przez zachodzące słońce. A jak wiadomo, najlepsze wulkany są na Puente Grau.

A potem znów padliśmy na pysk, nie wypijając ani jednego browara. Bo o barbarzyńskiej drugiej w nocy trzeba było wstać i jechać do jakiejś wielkiej dziury w ziemi.

Oczywiście wiadomo było, że bus nie przyjedzie o ustalonej porze. Mogliśmy pospać z godzinę dłużej. Ale w końcu przyjechał. Szybka runda po mieście w celu zgarnięcia pozostałych białasków, i cisnęliśmy przez puste ulice w kierunku wyjazdu z miasta, a potem na północ w stronę Chivay. Co było dalej - dowiecie się w następnym odcinku.

wtorek, 26 listopada 2013

Jak powszechnie wiadomo, słynne kreski na płaskowyżu Nazca są dziełem gości z innej planety. Albo może i zrobili je lokalsi, ale na pewno dla kosmitów. Z ziemi ich nie widać, za to widać je z powietrza. Przynajmniej teoretycznie. Żeby je naprawdę było widać, trzeba chyba być na jednym z pierwszych porannych lotów. My lecieliśmy koło południa i szału nie było. Kilka figur po prostu przeoczyłem. Może dlatego, że moje słuchawki były zepsute i nie słyszałem wskazówek drugiego pilota. A może dlatego, że przez cały czas myślałem o tym, żeby nie rzygać? Grunt, że się udało.

Podczas mojej poprzedniej wizyty w Nazca latało się tylko z jednym pilotem. Ale jak tylko wyjechałem, jeden z samolotów się rozbił, zginęło kilka osób, i postanowiono poważnie wziąć się za bezpieczeństwo. Jedną ze zmian jest konieczność latania z drugim pilotem. Na lotnisku pojawił się też profesjonalny sprzęt ratunkowy w postaci ręcznej gaśnicy stojącej na środku płyty postojowej. A najważniejszą zmianą jest wzrost cen. 3 lata temu lot kosztował od 45 dolków w górę. Teraz chyba nie da się zejść poniżej 80. Zapłaciliśmy 85, a są tacy, którzy latali za 120. Może to te lepsze, poranne loty są droższe?

Ponieważ nie mieliśmy czasu na żadne inne atrakcje Nazca (należą do nich sandboarding i jazda terenowymi autami po wydmach), wzięliśmy plecaki na grzbiet i zdążyliśmy o 13:45 wsiąść do autobusu jadącego do Arequipy. Fajnie się jechało, znowu pustynne krajobrazy, a potem się zrobiło ciemno i zamiast krajobrazów mieliśmy filmy.

Do Arequipy dojechaliśmy o północy, ale dzięki zdobyczom cywilizacji mieliśmy już rezerwację hostelu. Krótka jazda taksówką pustymi ulicami i dostaliśmy całkiem spory pokój, którego główną wadą był hałas dobiegający z ulicy. Ale byliśmy tak padnięci, że nam to kompletnie nie przeszkadzało.

 

Nazca - informacje praktyczne (styczeń 2013):

Dojazd: Nazca leży na głównym szlaku wzdłuż wybrzeża i przejeżdżają tędy wszystkie autobusy jadące z Limy na południe, np. do Arequipy czy Cusco. Część autobusów jedzie w nocy, ale jest jeden lub dwa autobusy do Arequipy wczesnym popołudniem. Czas podróży to około 10 godzin, więc lepiej się szarpnąć na jakąś droższą firmę typu Cruz del Sur.

Noclegi: Jest ich cała masa, większość ludzi spędza w Nazca tylko jedną noc. Oprócz tych z Hostelworld czy LP jest też cała masa innych prawie na każdym rogu ulicy. Spaliśmy w Hospedaje Brabant, bardzo skromnie ale tanio: 35 czy 40 soli za ciasną dwójkę z łazienką na korytarzu.

Atrakcje: Wiadomo, lot nad kreskami. Kosztuje od 80 dolków w górę. Do tego dochodzi opłata lotniskowa, zdaje się 25 soli. Można to załatwić przez hostel, można samemu pojechać na lotnisko i się potargować z poszczególnymi firmami - jest ich kilkanaście. Lot trwa niecałą godzinę, trochę trzęsie więc jeśli macie problemy z chorobą lokomocyjną to polecam aviomarin. Pilotów jest dwóch, jeden pilotuje, a drugi pokazuje figury na ziemi, bo naprawdę ciężko je samemu wypatrzeć. Zwykle przy każdej figurze samolot przechyla się w skręcie najpierw na jedno, potem na drugie skrzydło, dzięki czemu pasażerowie z obu stron samolotu mogą spokojnie zobaczyć rysunki, a nawet je sfotografować przy odrobinie szczęścia. Trzeba tylko potem straszliwie podkręcać kontrast na zdjęciach, żeby było cokolwiek widać. Wszystkie foty geoglifów w tej notce są naprawdę mocno zmanipulowane, z wyjątkiem tej jednej. Wiadomo której.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...