Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.

Filipiny 2006

piątek, 21 marca 2008

Z powodu słabej pogody i marnej kondycji (spowodowanej oczywiście wczorajszą konsumpcją alkoholu) zakończyłem kalekie popisy na stoku i zajrzałem sobie do statystyk własnego blogaska. I widzę, że chyba w telewizji coś z Filipin dziś pokazują, skoro wszyscy tak namiętnie wpisują w Googla słowo "Cutud". No a skoro jest popyt na takie informacje, to będzie też podaż.


Napisałem już kiedyś notkę na ten temat, ale zupełnie nie wiem czemu nie ma żadnych zdjęć. Chyba jeszcze wtedy nie byłem takim zajefajnym blogownikiem i wrzucanie zdjęć mi słabo wychodziło. No ale teraz mi już wychodzi, więc sobie pooglądajcie, skoroście tacy żądni krwi...


Zacznijmy od tego, że to całe Cutud to nie jest żadna mała wioska, jak przeczytałem gdzieś w necie, ale przedmieście miasta San Fernando w prowincji Pampanga na Filipinach. Nazywa się to San Pedro Cutud. I właśnie w tym miejscu, co roku w Wielki Piątek, w samo południe, wyjątkowo głęboko wierzący filipińscy katolicy przybijają się do krzyży. Nie wszyscy na szczęście, ale kilkunastu śmiałków się co roku znajduje. Mistrzem świata w udawaniu Chrystusa jest niejaki Ruben Enaje, lat 47, który w tym roku dał się ukrzyżować bodajże po raz dwudziesty drugi.


Oprócz chętnych do udawania Chrystusa i do posiadania dziurawych dłoni jest też trochę mniej odważnych, ale za to chyba bardziej spektakularnych biczowników. Drogą z centrum San Fernando do San Pedro Cutud kroczą dziesiątki mężczyzn i chłopców z zasłoniętymi twarzami i odsłoniętymi torsami, którzy kaleczą sobie plecy rytmicznie uderzając w nie wiązkami listewek na sznurku. Rany nie są głębokie, ale krwi jest mnóstwo, a moja filipińska koszula do dziś nosi tej krwi ślady.


Czemu ci ludzie to robią? Poważna odpowiedź na to pytanie nie jest prosta. Ja twierdzę, że powody są dwa: z jednej strony głęboka wiara Filipińczyków w ogóle, w tych szczególnych przypadkach zahaczająca o fanatyzm, a z drugiej jednak chęć pokazania swojej odwagi. Nie wszystkim udaje się tę odwagę pokazać - kiedy byłem tam dwa lata temu, pewien strachliwy Brytol uciekł spod krzyża tuż przed wbiciem pierwszego gwoździa. Ale wcześniej wszystkie światowe telewizje pokazały, jak kroczy drogą z umęczonym wyrazem twarzy, taszcząc krzyż na plecach.


Cała impreza, bo tak należy to nazwać, ma ogólny charakter wiejskiego festynu. Wzdłuż drogi stoją masy okolicznych mieszkańców oraz turystów, którzy przyglądają się biczownikom, wannabe Chrystusom, oraz całemu orszakowi ludzi przebranych za rzymskich żołnierzy. Jest nawet Maria Magdalena. Na placu, na którym znajduje się Golgota (w tym przypadku kilkumetrowe podwyższenie z trzema krzyżami), gromadzi się kilkutysięczny tłum. Naprzeciwko Golgoty jest podest wypełniony po brzegi foto- i wideoreporterami z całego świata. Kamery stoją na potężnych statywach, a dziesiątki długaśnych obiektywów celują w kierunku ceremonii ukrzyżowania.


Głównym mistrzem tejże ceremonii jest MC Hammer vel Młotkowy, czyli gość wbijający gwoździe w dłonie Chrystusów-ochotników. Dłonie są smarowane jakąś substancją, zapewne dezynfekującą i powstrzymującą krwawienie. Chrystusi są twardzi, nie krzyczą i nie jęczą przy wbijaniu gwoździ, chociaż po ich minach widać, że wielkiej przyjemności im to nie sprawia. No ale czego się nie robi dla wiary i sławy. Ruben, 22-krotny Chrystus, twierdzi, że co roku daje się ukrzyżować w podzięce za uratowanie życia całej rodziny. Ale bliższych szczegółów tego cudownego zdarzenia nie udało mi się odnaleźć.


Mimo sporego tłoku można podejść na tyle blisko do Golgoty, żeby zobaczyć na własne oczy (i przy okazji sfotografować), jak gwoździe przebijają ciało. Potem krzyże są podnoszone, i nieszczęśnicy wiszą sobie przez kilkanaście minut. Kiedy im się znudzi, albo ból stanie się nie do zniesienia, są z tych krzyży zdejmowani, i przychodzi kolej na następną trójkę. Dookoła masa ludzi, mamusie z dziećmi, parasole, lody, napoje, wata cukrowa itp. Normalny festyn, jak w każdej wsi.


Filipiński Kościół katolicki nie popiera tych zabaw, ale chyba jakoś zbyt skutecznie ich nie potępia, skoro zabawy trwają w najlepsze. Jakby ktoś chciał je zobaczyć na własne oczy, to nie ma problemu. Poniżej kilka przydatnych informacji na ten temat.

Dojazd: San Fernando leży około 2 godzin jazdy na północ od Manili. Można bez problemu znaleźć bezpośredni autobus. W 2006 roku kosztował 90 peso, czyli niecałe 2 dolary. O ile dobrze pamiętam, autobus zatrzymuje się na skrzyżowaniu koło MacDonalda, i stamtąd trzeba jeepney'em dotrzeć do centrum.

Aby dotrzeć do San Pedro Cutud w Wielki Czwartek, wystarczy iść tam gdzie wszyscy. Czyli przejść most koło katedry i skręcić w prawo. Albo spytać kogokolwiek. Taksiarze i tuk-tukowcy będą chcieli Was zawieźć, ale to naprawdę nie jest daleko. Poza tym po drodze jest co oglądać i fotografować. Warto wziąć ze sobą coś do picia i jakieś nakrycie głowy - południowe słońce jest naprawdę ciężkie do zniesienia.

Noclegi: W samym centrum, naprzeciwko katedry, jest syfiasty hotel o nazwie Pampanga. Pokój z wiatrakiem i umywalką kosztował około 6 dolków. Nie polecam, ale być może to jedyna opcja w centrum.

Więcej informacji na temat Filipin znajdziecie TUTAJ (to u mnie), a jeszcze więcej na Wikitravel.

Na dokładkę zamieszczam mały filmik z biczownikami w rolach głównych. I obiecuję relację na żywo z ukrzyżowań za rok :)

wtorek, 08 sierpnia 2006

Dziś rano obudził mnie telewizor, zobaczyłem w nim buchający dymem wulkan i wydał mi się jakoś dziwnie znajomy. Przetarłem oczy i ... Fuck! Przecież to ten sam wulkan, na którego (prawie) szczycie konsumowałem śniadanko w południe jakieś trzy miesiące temu! I mam trochę mieszane uczucia - z jednej strony fajnie, że nie wybuchł pod naszymi nogami, z drugiej - szkoda, że mnie tam teraz nie ma, bo widoki są co najmniej ciekawe. No i przyznam się szczerze do popełnienia kolejnego przestępstwa, albo co najmniej wykroczenia - ukradłem zdjęcie autorstwa agencji AP i umieściłem je poniżej. Nawet jeśli mnie za to wsadzą, to chyba warto zaryzykować :)

Photobucket - Video and Image Hosting

Przy okazji zauważyłem, że lawa płynie dokładnie tą drogą, którą w kwietniu w pocie czoła podążaliśmy na szczyt. I wyobraziłem sobie, jak szybko byśmy wtedy zeszli, gdyby pojawiła się TAKA motywacja :)))

Nie przepadam za Onetem, ale mają najlepsze zdjęcia Mayonu. Niestety nie mogłem ukraść wszystkich. Do obejrzenia TUTAJ.

Update: znalazłem też film ze szczytu wulkanu, który teraz pewnie wygląda trochę inaczej...




wtorek, 30 maja 2006

Trochę dłuższy film, który zmontowałem ze ścinków nakręconych w drodze na ukrzyżowania w San Pedro Cutud. Najpierw Mr Coward, czyli tchórzliwy Brytol, który ładnie wyglądał z krzyżem na plecach, ale uciekł, kiedy go mieli przybić. Potem różni biczownicy po drodze, na koniec ogólny widok placu przed Golgotą. Niestety w momencie rozpoczęcia ukrzyżowań mój aparat napisał do mnie "Charge the battery pack", zaświecił na czerwono i powiedział do widzenia. Więc filmu z samego ukrzyżowania nie ma, ale jak tam pojadę następnym razem, to sfilmuję to z każdej strony, może nawet z samolotu ;)


Tymczasem proszę dzieci oraz osoby wrażliwe na widok krwi o oddalenie się sprzed komputera, zmianę oglądanej strony, i w żadnym wypadku proszę nie klikać na przycisk "Play"!



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...