Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.

Europa

czwartek, 02 listopada 2017

To się musiało źle skończyć. Pan Minister ostrzegał. Mówił że w Ojczyźnie jestem bezpieczny. A tam, w tej zepsutej, lewackiej Europie, to normalnie sodomia, gomoria, dżender i multi-kulti. Egzotyczne choroby, pasożyty, islamskie getta, do których policja nie wjeżdża, gwałty na ulicach i terroryści z siekierami w pociągach. Naprawdę trzeba było zostać w domu lub w ostateczności pojechać do Kołobrzegu - w końcu najstarsi Niemcy już dawno tam uciekli.

Ale ja nie posłuchałem. Żeby dopasować się do wszechobecnej lewackiej ideologii, przebrałem się za cyklistę i wegetarianina. Do milionowych rzesz uchodźców nie musiałem się na szczęście specjalnie upodabniać - moja morda jest wystarczająco ciapata, żeby wziąć mnie za przybysza z Bliskiego lub nieco dalszego Wschodu. No może jestem odrobinkę zbyt stary. Trochę się bałem, że zostanę rozpoznany po telefonie - co zrobić, nie stać mnie na najnowszego szajsfona. Kolega z litości oddał mi swój stary rower za pół ceny. Nadszedł lipiec i byłem gotowy do drogi.

No i skończyło się źle.  Bardzo źle. Cały czas musiałem pedałować przed siebie, po 100, 120, a czasem nawet 160 km dziennie. Jechałem pod górę. Pod wiatr. W deszczu. Wśród piorunów. Z ciężarówkami. Z peletonem emerytowanych kolarzy. Nawet raz z maniakalnym triathlonistą. Spałem w podłych hotelach, pod namiotem nad rzeczką lub u gościnnych rodaków. Szlajałem się po opustoszałych miastach, których mieszkańcy ze strachu dawno uciekli. Musiałem szczekać po niemiecku lub nieudolnie próbować się porozumieć po francusku. Mijałem hordy najeźdźców z Bliskiego Wschodu i północnej Afryki, ale jeszcze gorsze było spotkanie z hordą jasnowłosych najeźdźców z Niderlandów. W każdym prawie mieście spotykałem przejawy zepsucia i lewactwa. Jak nie gejowskie festiwale, to deptaki, strefy piesze, zakazy wjazdu dla samochodów. I te wszechobecne ścieżki rowerowe pełne emerytów na elektrycznych rowerkach. Straszne to było. Ale absolutnie, absolutnie najgorsze były absurdalne tłumy turystów na katalońskim wybrzeżu w szczycie sezonu.

Musiałem więc Panu Ministrowi przyznać rację. Nie należało tej stonki wpuszczać. Stonka zdecydowanie powinna siedzieć w domach. A najsmutniejszym kawałkiem tej historii jest to, że ja też musiałem wrócić do domu.

A więc oto skrót tego, jak spędziłem drugą połowę lipca:

- przejechałem przez Niemcy, zadając sobie nieustannie pytanie "gdzie oni wszyscy się podziali?";

- ani razu nie zgubiłem się na idealnych asfaltowych trasach rowerowych, chociaż raz drogowskaz poprowadził mnie pod prąd drogą szybkiego ruchu;

- spóźniłem się na gejowski festiwal w Lipsku, ale za to przejechałem pod skrzydłem Iljuszyna i wypiłem kilka piwek w towarzystwie Rodaków;

- odwiedziłem wymarłe miasto Gera, w której nawet liczni muzułmańscy uchodźcy boją się po zmroku chodzić po ulicach;

- zdyszany wspiąłem się na pagórki na pograniczu Turyngii i Bawarii, podziwiając piękne widoki nad zalewem rzeki Soławy, lokalnie zwanej Saale;

- pięknym, długim zjazdem dotarłem do średniowiecznej warowni w Kronach, a potem do katedry w Bambergu; niestety biskup Otto nie raczył mnie przyjąć;

- spędziłem cudowną noc na kempingu nad wartką rzeką Men;

- oszukałem trochę wsiadając w pociąg i omijając zatłoczoną Norymbergę;

- ostatkiem sił i znów z pomocą Deutsche Bahn dojechałem nad Dunaj;

- spotkałem pięciogłową żyrafę;

- pod wiatr i lekko pod górę pedałowałem na zachód, mijając miasto Ulm, gdzie zamiast meczetu ujrzałem wielką katedrę, a zamiast wegetariańskiej sałatki spożyłem wielkiego kotleta;

- dojechałem do szwajcarskiej granicy, którą przekroczyłem nie zatrzymywany przez nikogo;

- schowałem się przed burzą do pociągu, a nawet pojechałem kawałek na gapę;

- przed kolejną burzą schowałem się pod gościnnym szwajcarskim dachem;

- nie mogłem tam siedzieć za długo, a burze trwały nadal, więc skorzystałem z promocji szwajcarskich kolei i pojechałem do miasta z wielką fontanną na środku jeziora, gdzie rowerzyści w garniturach jeżdżą nawet po torowiskach tramwajowych;

- jechałem autobusem, w którym najprawdopodobniej miałem najniższe IQ (no może poza kierowcą, chociaż też nie mam pewności), a pod ziemią zderzały się hadrony, czasem nawet pojawił sie bozon Higgsa. Nic z tego nie rozumiem, za to wszyscy pasażerowie autobusu łapią bozony Higgsa na śniadanie;

- na francuskiej ziemi jechałem przez góry wzdłuż rzeki Rodan, po świetnym szlaku, którego przeważnie nie ma;

- dotarłem do przecudnego Lyonu, który zwiedzałem piechotą w nocy i rowerem w dzień; tamtejsi rowerzyści wygrywają konkurs pt. kto częściej przejedzie na czerwonym świetle; mój rower otrzymał zaszczytne miejsce w hotelowym holu, a ja rano dostałem butelkę wody na drogę;

- trochę pociągiem, a trochę na własnych kołach dojechałem do Awinionu, w którym chciałem zatańczyć na moście, ale Grzesia Skawińskiego nie było w pobliżu; nie było też żadnego papieża, za to odbywała się miesięcznica (czyli festiwal trwający cały miesiąc);

- regionalny francuski pociąg zawiózł mnie do hiszpańskiej granicy, nie żebym sam nie dał rady dojechać, ale po prostu czas się już kończył;

- granicę przejechałem piękną, krętą drogą przez górki;

- trafiłem do holenderskiego getta kempingowego, z którego na szczęście czym prędzej uciekłem;

- omijając zakorkowane drogi i tłumy turystycznej szarańczy przejechałem jeszcze piękniejszą i jeszcze bardziej krętą drogą GI-682, aż dotarłem do gościnnego Lloret de Mar, zapchanego turystami do granic możliwości;

- spędziłem chwilę na ulubionej plaży, a nawet w wodzie;

- żeby zwalczyć poczucie niedosytu związane z oszukańczymi podróżami pociągiem wspiąłem się rowerem na całkiem pokaźną górkę o nazwie Turo de l'Home, na której szczycie powitały mnie holenderskie brawa i katalońska flaga;

- odwiedziłem najbardziej wysuniętą na wschód restaurację w kontynentalnej Hiszpanii (na razie w Hiszpanii, a co będzie dalej, wie tylko Marian Rachoj);

- zapakowałem rower do kartonu podarowanego przez jeden ze sklepów w Lloret, wsiadłem w autobus, pojechałem na lotnisko, gdzie wskutek strajku pracowników musiałem sam zanieść ten karton do samolotu (no, prawie).

No i wróciłem do mojego cudownego, spokojnego i bezpiecznego miasteczka, do którego za chwilę przypłynęły żaglowce i zwaliła się stonka chyba jeszcze liczniejsza, niż do Katalonii.

23:41, lachmani , Europa
Link Komentarze (3) »
środa, 19 listopada 2014

Przez całe lata, a może nawet dziesięciolecia, Słupsk był dla mnie niepotrzebną przeszkodą na drodze ze Szczecina do Gdańska. Kiedy w końcu wybudowano obwodnicę, zupełnie mi go nie brakowało. Jeszcze może ze dwa razy przejechałem tamtędy w drodze na festiwal rockowej nekrofilii, i nadal nie zauważyłem nic ciekawego. Ale jakieś dwa miesiące temu okazało się, jak bardzo się myliłem.

Słupsk bowiem okazał się być całkiem przyjemnym miasteczkiem. Oprócz hotelu w dawnym browarze oraz inkubatora technologii posiada też rzeczkę Słupię, nad którą stanąłem osłupiały z powodu jej uderzającego piękna. Wzdłuż rzeczki ciągnie się niewielki park. Jeden z somelierów okupujących parkowe ławeczki zapytał nas, skąd jesteśmy. Kiedy usłyszał, że ze Szczecina, oświadczył, że zna dobrze Krzekowo, bo siedział tam w poprawczaku. Obok ławeczki z somelierami znajduje się Baszta Czarownic, jest też okrągły kibelek, niestety nieczynny.

A w centrum miasta, na deptaku, stoi tramwaj, chociaż linii tramwajowych w mieście brak. Szkoda trochę. Jest za to sporo ścieżek rowerowych, niestety zbudowanych w typowo polskim stylu - ich krótkie odcinki kończą się na przejściach dla pieszych albo na ścianach budynków. A przecież w mieście tej wielkości można by spokojnie zrobić jakiś sensowny system rowerowy. Zresztą gdzieniegdzie widać hasełka typu "Słupsk miastem rowerów". Co ciekawe, kilka lat temu Słupsk zajął drugie miejsce - za Gdańskiem - w rankingu polskich miast przyjaznych rowerom. Marnie to świadczy o tej polskiej "przyjazności".

No nic, roweru nie miałem, więc nie pojeździłem. Wypiłem z kolegą moim przemiłym kawkę w Kafeinie na deptaku, pstryknąłem parę fotek i pojechałem do kolejnego miasta, w którym 25 lat temu zawalił się mur.

18:09, lachmani , Europa
Link Komentarze (3) »
wtorek, 18 listopada 2014

Jest takie miasto w Polsce, które ma w sercu mym miejsce szczególne. Nie tylko dlatego, że się tam urodziłem. Przede wszystkim dlatego, że panuje tam naprawdę pozytywny klimat, którego brakuje wielu innym miastom naszego pięknego kraju. Klimat, który przypomina mi - może nieco absurdalnie - połączenie Sopotu z Zakopanem, ale bez tłumów turystów.

Niestety moje wizyty w Zielonej Górze nie zdarzają się tak często, jak bym tego chciał. Poprzednio byłem tam chyba ze 3 lata temu. Teraz miałem bardzo niewiele czasu, do tego było trochę szarawo, ale nie przeszkodziło mi to w przejściu się po Deptaku, wypiciu paru piwek w Hauście i spróbowaniu indyjskiej kuchni w Namaste. Były też obowiązkowe odwiedziny na wzgórzu przy Palmiarni. No i spostrzeżenie, że moda na kłódeczki miłości też tu dotarła.

Szkoda, że tak krótko, ale trzeba było jechać dalej. Było warto. Stay tuned. A do Zielonej Górki na pewno jeszcze kiedyś wrócę.

20:36, lachmani , Europa
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 28
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...