Nie jedź nigdzie - zostań w domu. Ja pojadę za Ciebie.

Stupid Summer 2011

niedziela, 02 października 2011

Prognozy pogody się czasem sprawdzają. Zwłaszcza wtedy, kiedy pogoda ma być fatalna. Tak właśnie było w ostatnim dniu mojego pobytu w Szkocji. Miałem w planie odwiedzenie jeszcze kilku miejsc przed powrotem do gościnnego Norfolku. Ale prognozy były jednoznaczne: będzie lać, i to przez co najmniej kilka dni. Co gorsza, prognozy się zaczęły sprawdzać właśnie w John O'Groats.

Pozostało mi więc zaczekać na kilkuminutową przerwę w deszczu, spakować mokry namiot i ruszyć w drogę. Ale najpierw musiałem jeszcze ujrzeć i uwiecznić jeden niezwykły widok. Duncansby Stacks, czyli skaliste iglice wystające z morza parę kilometrów na wschód od ohydnego nie-wiadomo-czego będącego wątpliwą ozdobą John O'Groats. Widok był miażdżący, nawet pomimo deszczu ignorującego grawitację i padającego w górę wzdłuż klifu.

Postałem, popatrzyłem, popstrykałem, ale deszcz lecący do góry przelał czarę mej goryczy. Więc wróciłem do auta i w deszczu podążyłem na południe. Udało mi się jeszcze złapać jakąś godzinkę słońca na plaży w okolicy miejscowości Dornoch, ale potem znów zaczęło lać. I ten deszcz tak mnie zmobilizował do jazdy, że... wysiadłem dopiero jakieś 11 godzin później i 1000 km dalej na południe, czyli na norfolskim wybrzeżu.

Przez kolejne dwa dni dupsko mi prawie przyrosło do kanapy. Po pierwsze - lało prawie non stop, a po drugie - nie miałem po co wstawać. Przejrzałem fotki, wybrałem co lepsze, pokazałem gospodarzom, wypiłem z nimi sporą ilość alkoholu, a potem którejś nocy pożegnałem się czule, zabrałem ze sobą radosne młode dziewczę i ruszyłem w kierunku lotniska Stansted, z którego bydłolot zawiózł nas oboje do wytęsknionej Ojczyzny. W której to Ojczyźnie - jak już wszyscy dobrze wiemy - przez kolejnych kilka tygodni lało równie okrutnie, co w Zjednoczonym Kurestwie.

Ale wiadomo było, że w ojczyźnie zbyt długo nie wytrzymam. No i nie wytrzymałem, wsiadłem do czeskiego pociągu i pojechałem w dal. A dokąd - o tym za chwilę.

piątek, 30 września 2011

Rano do mojego ciasnego namiociku zapukał pewien miły pan i zażądał 8 funtów za nocleg. Zabawne trochę było jego pytanie, ile nas tam w tym namiociku śpi, chociaż sam z trudem się zmieściłem. Ale szybko się wygrzebałem z namiociku i pojechałem do Keoldale, na przystań, z której łódka miała mnie zabrać na Cape Wrath, czyli Przylądek Gniewu.

Nie jest to jednak takie proste, jak by się mogło wydawać. Łódka nazywa się szumnie "promem", i rzeczywiście zwykle pływa tam coś większego. Ale przy niskim stanie wody "prom" nie daje rady, i kursuje tylko łódeczka, która zabiera maksymalnie 10 osób. A kursuje tylko raz na godzinę. Na dodatek jeden z czekających przede mną Niemców poinformował mnie tonem nie znoszącym dyskusji, że łódka może pomieścić tylko 8 osób, co było o tyle złą wiadomością, że byłem akurat dziewiąty.

Na szczęście była to wiadomość nieprawdziwa. Zresztą ostatecznie ilość osób oczekujących na łódkę wzrosła do 13, pojawiły się też dwa rowery, ale kapitan łódki obrócił dwa razy i tym samym problem został rozwiązany. Cały motyw z dojazdem do Cape Wrath polega na tym, że nie ma tam żadnej bezpośredniej drogi. Trzeba przeprawić się przez wodę, a potem jechać 20 km po wąskiej wstążce pokruszonego, dziurawego asfaltu, która może kiedyś była drogą, ale teraz na to zaszczytne miano już zdecydowanie nie zasługuje. Tych 20 km można pokonać albo na własnych nogach (bardzo czasochłonne), albo rowerem (dość wyczerpujące, no i rower trzeba mieć), albo minubusem. I takie dwa minibusy kursują między promem a latarnią morską stojącą dzielnie na smaganym falami Przylądku Gniewu.

Wraz z niemieckimi turystami oraz parą Szkotów, z którą zdążyłem sobie uciąć miłą pogawędkę na przystani, wsiadłem do minibusa i po dość długiej, nudnawej i wyboistej podróży, urozmaicanej jedynie pięknymi widoczkami, wysiadłem na placyku przed latarnią morską. Bez zbędnej zwłoki przeszedłem się po klifie przy samej latarni, po czym skierowałem swe kroki na pobliskie wzgórze, z którego widok był zdecydowanie fajniejszy niż samej latarni. A przy okazji spotkałem tych trzech zaciekawionych i lekko wystraszonych kudłatych gości. Przyglądali mi się z równym zainteresowaniem, co ja im.

Po pstryknięciu paru fotek wróciłem do zabudowań przylatarnianych, gdzie zdążyłem jeszcze spożyć szybką kawkę w mini-kawiarence, w której można sobie też poczytać o historii latarni morskich w Szkocji, nie tylko tej na Cape Wrath. Można też oddać krew. Niekoniecznie dobrowolnie. Na Cape Wrath miałem do czynienia z największą ilością niemożliwe upierdliwych muszek-meszek-kuczmanów, zwanych tutaj midges. To jebane kurestwo, namolny bękart ewolucji, jest ponoć zmorą całej Szkocji, ale takich rojów jak na Przylądku Gniewu to nie widziałem nigdzie. Moi współpasażerowie nerwowo machali łapskami, próbując odgonić atakującą chmarę, ale ich próby były tyle żałosne, co bezskuteczne. Ja ograniczyłem się do naciągnięcia na głowę kaptura i ukryłem się we wnętrzu minibusa. Ale nawet kiedy już ruszyliśmy, fruwające tałatajstwo nie dało nam spokoju. Dopiero po kilkunastu minutach nerwowego i krwawego rozgniatania na szybach, dłoniach i elementach garderoby można było odtrąbić zwycięstwo ludzkości nad światem owadów.

Po 20 kilometrach drogi powrotnej oraz parunastu minutach na łódce mogłem znów wsiąść w Kijankę i ruszyć dalej. A ponieważ na północ się już nie dało, pojechałem na wschód. Najpierw zahaczyłem pobliską jaskinię o ujmującej nazwie Smoo, a potem jechałem dalej. Po drodze trafiłem na Dunnet Head, czyli chyba najbardziej "północne" miejsce na Brytanii Wielkiej, gdzie oczywiście stoi latarnia morska, a okoliczne skały wyglądają jak skamieniałe jaszczury czy słonie.

Trafiłem też do miasteczka Thurso, gdzie zaopatrzyłem się w prowiant i paliwko. Poza łódeczką o imieniu Jenny Lee nie znalazłem tam zbyt wielu ciekawych rzeczy. Ruszyłem więc dalej, i dojechałem tam, gdzie dojechać miałem. Do John O'Groats, (prawie) najodleglejszego miejsca na największej z brytyjskich wysp. Wpadłem chwilę przed zamknięciem recepcji na kempingu, dostałem kluczyk do toalet i pryszniców, skądinąd całkiem przyjemnych, rozstawiłem namiocik i na tym zakończyłem ten pełen radosnych doznań dzień.

Informacje praktyczne:

Żeby dotrzeć do Cape Wrath, trzeba najpierw dojechać do przystani w Keoldale. Stamtąd pływa prom (lub łódka, w zależności od stanu wody). Kosztuje to 5,50 funta. Po drugiej stronie następuje przesiadka do minibusa (10 funtów), no chyba że macie parę w nogach i/lub rower, wtedy możecie tych 20 km pokonać siłą własnych mięśni. A jak już pokonacie, to możecie podziwiać widoki wysokich skał smaganych atlantyckimi falami i wiatrami. Podejrzewam, że z Durness można też popłynąć jakimś statkiem i podziwiać skały Cape Wrath z wody, ale tego nie sprawdziłem. Jeśli Wy sprawdzicie - dajcie znak.

Cape Wrath to tak naprawdę wcale nie "Przylądek Gniewu", tylko "Przylądek Przylądkowy". Serio. Jeśli chcecie się dowiedzieć dlaczego, zajrzyjcie na durness.org, gdzie znajdziecie sporo informacji o Cape Wrath, Durness i okolicach.

sobota, 03 września 2011

Kolejny dzień miał być dniem wielkim i pamiętnym. I w sumie taki był. Miałem bowiem w planie wizytę na rzekomo najpiękniejszej plaży Wielkiej Brytanii. Sandwood Bay się ona zwie, i leży kawałek na północ od miejscowości Oldshoremore, a kawałek na południe od Cape Wrath, czyli "górnego lewego" narożnika Szkocji. Jedynym drobiazgiem, który ten wielki, pamiętny i piękny dzień nieco popsuł, była pogoda. Ale po kolei.

Kawałek na północ od Ullapool trafiłem na coś, co się zwie Knockan Crag. Nie mam pojęcia co to Knockan ani co to Crag, ale wyszło na to, że chodzi o jakieś skalne wypiętrzenie. Zatrzymałem się więc na parkingu i poszedłem pod górkę. Lekkim zaskoczeniem była dla mnie wielka kula zrobiona z płaskich kawałków skał, ale kiedy przeczytałem parę tablic informacyjnych, to zrozumiałem, że Knockan Crag jest bardzo fajnym miejscem na poznanie warstwowej struktury skał i geologicznej historii Szkocji. A przy okazji widoczki na okoliczne góry też były niczego sobie.

Po obejrzeniu górek trzeba było przez nie przejechać. Wybrałem boczną drogę, oznaczoną jako "nieodpowiednia dla autobusów i campervanów", która po jakimś kawałku zmieniła się w fajną, krętą serpentynę. A potem przejechałem na drugą stronę przełęczy i zjechałem w stronę wybrzeża. Jakiś zrujnowany zameczek też się trafił po drodze. To Ardvreck Castle, niegdysiejsza własność klanu MacLeodów. Tak, tych od "Nieśmiertelnego".

Toczyłem się na północ, i byłem coraz bliżej upragnionej plaży. Niestety, coraz bliżej były też ciemne, deszczowe chmury. Więc kiedy dojechałem wreszcie do parkingu, z którego miałem ruszyć na plażę, padało w najlepsze. Ja byłem jednak dość dobrze przygotowany na taką ewentualność. W końcu jak się jedzie do Szkocji, to dobrze mieć coś na wypadek deszczu. Więc założyłem wodoodporne spodnie, kurtkę, zawinąłem aparaty w foliowe worki, i ruszyłem z buta.

Sandwood Bay leży jakieś 9 kilometrów od najbliższej drogi, więc raczej nie spodziewałem się tam tłumów. I rzeczywiście, na tych 9 kilometrach marszu ścieżką przez mokradła spotkałem tylko kilku zmokniętych piechurów. Nawet jakiś zagubiony surfer się znalazł. Kiedy doszedłem do celu, widok ukazał się mym oczom niezwykły. Najpierw pokryte wyłysiałą trawką wydmy, potem spore jeziorko, a w końcu wielka łacha piachu ogrodzona po obu stronach wysokimi skałami. Jakby tego było mało, u jej południowego końca z morza sterczy spory skalny szpikulec.

Całą tę plażową rozkosz popsuł deszcz. Co prawda przestało padać akurat wtedy, kiedy dotarłem do plaży, ale po godzinie marszu woda ściekająca z przeciwdeszczowych spodni sprytnie znalazła drogę do moich zupełnie nie-przeciwdeszczowych butów. Więc zaczęło mi trochę chlupotać. A ponieważ nic nie wskazywało na rychłą poprawę pogody, ruszyłem w chlupoczących butach w drogę powrotną.

A potem pojechałem jeszcze dalej na północ, tak daleko, że dalej się już nie dało. W Durness rozbiłem namiot na najpiękniej chyba położonym kempingu na świecie, na szczycie wysokiego klifu opadającego do piaszczystej plaży i zielonkawej wody. Estetycznej ekstazy dopełnił krwawy zachód słońca i tęcza nad dachami przyczep kempingowych. Chociaż przez chwilę pomyślałem o Jeremy Clarksonie i miałem nadzieję, że to pożar...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...